Johnny Moore nie doczekał pierwszej strony jako żywy człowiek. Leży martwy, jego pancerz Caliburna zniknął, a ludzie, którzy kiedyś byli dla niego całym światem, od dawna właściwie nie są już grupą przyjaciół. Peter Warren zaczyna więc od trupa, ale szybko okazuje się, że ciekawsze od pytania „kto zabił?” może być inne: co właściwie stało się z tymi ludźmi po drodze? Jak dzieciaki, które kiedyś zakopały wspólnie blaszaną puszkę i wydawały się nierozłączne, doszły do momentu, w którym śmierć jednego z nich jest potrzebna, żeby pozostałych ponownie zgromadzić w jednym miejscu?
Pomysł jest znajomy, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Johnny to genialny przedsiębiorca technologiczny, który dzięki własnym rozwiązaniom zmienia życie osób z niepełnosprawnościami, a przy okazji buduje dla siebie zaawansowany pancerz i jako Caliburn zostaje samozwańczym superbohaterem. Skojarzenie z Iron Manem pojawia się natychmiast i Warren nie ma chyba żadnego powodu, żeby przed nim uciekać. Tyle że Klub Blaszanej Puszki znacznie bardziej interesuje się człowiekiem wewnątrz zbroi niż samą zbroją. A jeszcze bardziej ludźmi, którzy znali go na długo przed tym, zanim świat zaczął znać jego nazwisko.
Dlatego bardzo szybko zaczynamy przeskakiwać między teraźniejszością a dzieciństwem bohaterów. I dobrze, bo właśnie tam komiks oddycha najlepiej. Kasia, Adam, Greg i Val nie są grupą zebraną po śmierci Johnny’ego przez scenarzystę tylko po to, żeby każdy mógł wyglądać podejrzanie przez kilka stron. Oni naprawdę mają wspólną przeszłość. Byli dzieciakami, bronili się, pomagali sobie, tworzyli własny mały świat. Niepełnosprawność Johnny’ego była jego częścią, ale nie jedyną rzeczą, która go definiowała. Warren całkiem sprawnie pokazuje też, że pozostali potrafili mu pomagać bez robienia z niego maskotki wymagającej nieustannego współczucia.
Problem zaczyna się później, bo dzieci dorastają i okazuje się, że wspólne wspomnienia nie zabezpieczają przyjaźni przed ambicją, zazdrością, pieniędzmi czy zwyczajnym poczuciem krzywdy. Johnny osiąga niewyobrażalny sukces, a jego dawni przyjaciele zostają gdzieś w orbicie człowieka, który coraz bardziej należy do świata. Każdy ma własny powód, żeby go kochać, każdy ma też coś, za co może mieć do niego żal. Warren nie robi z zamordowanego bohatera świętego tylko dlatego, że łatwiej byłoby wtedy opłakiwać jego śmierć. Johnny potrafi być inspirujący i hojny, ale również egoistyczny, zaślepiony własną sławą i zwyczajnie kiepski w obchodzeniu się z ludźmi, którzy pamiętają go sprzed Caliburna.
Właśnie wtedy Klub Blaszanej Puszki jest najciekawszy. Nie wtedy, kiedy ktoś strzela, pancerz robi coś spektakularnego albo pojawia się następny trop, lecz gdy dorośli bohaterowie wracają myślami do sytuacji, które każdy zapamiętał trochę inaczej. Dawne urazy zaczynają mieszać się ze śledztwem, więc podejrzenie nie wynika wyłącznie z poszlak. Czasem bierze się ze świadomości, że przyjaciel miał powód, żeby nienawidzić Johnny’ego. A kiedy ludzie znają się niemal całe życie, wiedzą również dokładnie, gdzie uderzyć, żeby zabolało.
Sam wątek niepełnosprawności jest potraktowany ciekawiej, niż początkowo się obawiałam. Łatwo byłoby zrobić z Johnny’ego „geniusza, który pokonał własne ciało”, po czym uznać temat za zamknięty. Warren próbuje czegoś mniej banalnego. Technologia pozwala bohaterowi przekraczać część fizycznych ograniczeń i ostatecznie staje się fundamentem jego fortuny, ale jednocześnie sposób, w jaki świat reaguje na Johnny’ego, pozostaje jednym z elementów jego osobowości. Jest w nim ambicja człowieka, który całe życie był przez innych oceniany przez pryzmat tego, czego rzekomo nie może zrobić.
Nie wszystko w tym podejściu jest równie wygodne. Technologia w pewnym sensie pozwala Johnny’emu wyjść z części problemów, których prawdziwa niepełnosprawność nie daje się tak elegancko rozwiązać. Pancerz jest przecież również fantazją o odzyskaniu pełnej kontroli nad ciałem. Komiks przynajmniej nie sprowadza jednak Johnny’ego do inspirującego symbolu i daje mu prawo do bycia człowiekiem trudnym, czasem samolubnym, czasem wręcz irytującym. To znacznie więcej niż kolejna opowieść o heroicznym „pokonywaniu ograniczeń”.
Tylko że Klub Blaszanej Puszki ma dwie dusze i z czasem zaczynają się one ze sobą przepychać. Jedna chce być kryminałem o grupie dawnych przyjaciół, którzy po latach muszą ponownie wejść sobie do głów. Druga bardzo chce być efektownym komiksem superbohaterskim. Początkowo da się je świetnie pogodzić. Caliburn jest przecież naturalnym przedłużeniem historii Johnny’ego, a skradziony pancerz stanowi część zagadki jego śmierci. Później proporcje zaczynają się zmieniać.
Im bliżej finału, tym więcej miejsca zajmują spiski, korporacyjne interesy, wielkie starcie i rozwiązania dobrze znane z superbohaterskiego repertuaru. Nie jest tak, że nagle robi się źle albo nudno. Warren potrafi prowadzić akcję i zostawia po drodze kilka udanych zwrotów. Szkoda tylko, że najciekawsze rzeczy wcale nie potrzebowały tak dużej eksplozji na końcu. Morderstwo Johnny’ego jest dobrym haczykiem, ale emocjonalną zagadką pozostaje rozpad Klubu Blaszanej Puszki. I to ją chciałabym oglądać jeszcze dłużej.
Część bohaterów również zdradza swoje konstrukcyjne przeznaczenie trochę zbyt wcześnie. Adam ma utraconą sportową przyszłość i związany z nią żal, Val własne powody do frustracji, Kasia szczególną relację z Johnnym. Każdy dostaje ranę, którą scenariusz może później nacisnąć. To działa, ale chwilami widać mechanizm pod spodem. Zamiast zastanawiać się, co dana osoba zrobi, zaczynamy podejrzewać, do którego zwrotu fabularnego Warren właśnie ją przygotowuje.
Kasia ma przy tym niewdzięczną rolę, bo musi być jednocześnie emocjonalnym łącznikiem grupy, uczestniczką śledztwa i kimś, kto najmocniej popycha innych do działania. Nie zawsze wychodzi z tego bez szwanku. Zdarzają jej się zachowania, przy których bardziej widzę potrzebę scenariusza niż człowieka. Mimo to cała paczka wypada wystarczająco przekonująco, żeby ich wspólna przeszłość nie była tylko informacją. Kiedy wracają sceny z dzieciństwa, łatwo uwierzyć, że kiedyś naprawdę byli dla siebie ważni.
Francesco Mobili bardzo temu pomaga. Co ciekawe, jego rysunki najbardziej podobają mi się właśnie z dala od typowej superbohaterskiej naparzanki. Twarze są ekspresyjne bez przesadnego teatralizowania, sylwetki mają ciężar, a dorośli bohaterowie rzeczywiście wyglądają jak ludzie, którym życie zdążyło coś zrobić. Mobili potrafi uchwycić napięcie przy stole czy w zwykłej rozmowie równie skutecznie jak fizyczną konfrontację. W retrospekcjach dzieci mają inną energię, więcej swobody, a zestawienie ich z późniejszymi wersjami działa bez konieczności dopisywania wielkiego komentarza.
Sam Caliburn również wygląda dobrze. Pancerz nie jest ciężką, toporną puszką, tylko czymś, co rzeczywiście mogłoby wyrosnąć z technologii tworzonej z myślą o wspomaganiu ruchu. Miększa kreska Mobiliego odbiera mu trochę metalicznej masywności, za to daje wrażenie mobilności. Kolory Chrisa Chuckry’ego dodają mu odpowiedniego połysku, a jednocześnie cały album zachowuje dość przyziemny charakter. Nawet przy futurystycznej technologii nie ma poczucia, że nagle przenieśliśmy się do zupełnie innego świata. Gorzej robi się podczas największych scen akcji. Kadry potrafią być wtedy zatłoczone, a Mobili wydaje się mniej swobodny niż przy rozmowach i bardziej intymnych scenach. Jest w tym nawet pewna ironia. Warren coraz mocniej ciągnie historię w stronę superbohaterskiego widowiska dokładnie wtedy, gdy rysownik najwięcej wyciąga z ludzi stojących naprzeciw siebie bez pancerzy.
Nie mam jednak poczucia, że finał unieważnia to, co wcześniej działało. Raczej trochę przykrywa ciekawszy komiks tym bardziej zwyczajnym. Klub Blaszanej Puszki zaczyna jako morderstwo w cieniu superbohatera, potem przez dłuższą chwilę jest naprawdę niezłą historią o przyjaźni popsutej przez dorosłość, sukces i żal, żeby pod koniec przypomnieć sobie, że przecież wypada jeszcze zrobić wielką konfrontację. Dałam się wciągnąć w śledztwo, ale znacznie bardziej chciałam wiedzieć, dlaczego ci ludzie przestali do siebie dzwonić. Bo blaszana puszka zakopana przez dzieciaki jest tutaj chyba ważniejsza od metalowego pancerza wartego fortunę. Jedno i drugie miało przetrwać lata. Tylko że z czasem znacznie trudniej odkopać to pierwsze.

