Stanisław Kozłowski nie żyje, jego brat może wiedzieć dlaczego, tylko że własny mózg powoli odbiera mu możliwość opowiedzenia o tym komukolwiek. Trudno o bardziej złośliwy punkt wyjścia dla kryminału. Policja może przesłuchiwać, porównywać zeznania, sprawdzać alibi i grzebać w rodzinnej przeszłości, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim znajduje się człowiek z chorobą Alzheimera i wspomnienie, którego być może za chwilę już nie będzie. Ałbena Grabowska w Wyspach pamięci robi z tego coś więcej niż medyczną ciekawostkę. Pamięć staje się tutaj jednocześnie tropem, problemem i chyba najbardziej niewiarygodnym świadkiem w całym śledztwie.
Zaczyna się znacznie zwyczajniej. Emerytowany neurolog zostaje znaleziony martwy we własnym domu. Początkowo można nawet pomyśleć o naturalnej śmierci, ale obrażenia szybko podważają tę wygodną wersję. Ktoś próbował go udusić, a brak śladów włamania zawęża krąg osób, które mogły znaleźć się w środku. Rodzina, klucze, pieniądze, spadek, dawne konflikty. Materiał na kryminał właściwie układa się sam. Tyle że kiedy śledczy próbują dopasować do siebie pierwsze elementy, okazuje się, że prawie każdy z nich ma jakiś wystający kant.
To trzecie spotkanie z Franciszkiem Stawickim i Mają Kwiatkowską, więc poza kolejną sprawą ciągną się za nimi wydarzenia z wcześniejszych tomów. Samo śledztwo można śledzić bez wielkiej archeologii poprzednich części, choć w prywatnych perypetiach bohaterów osoba wchodząca do serii właśnie tutaj może początkowo zastanawiać się, ile rzeczy zdążyło się wydarzyć bez niej. A wydarzyło się sporo. Zwłaszcza Stawicki niesie za sobą taki bagaż uczuciowy, że chwilami zastanawiałam się, czy większego porządku wymaga sprawa morderstwa, czy jego życie osobiste.
Maja ma za to znacznie bardziej bezpośredni problem. Rodzina zamordowanego nie jest jej obca, a jeden z podejrzanych był kiedyś kimś bardzo jej bliskim. Jej odsunięcie od części działań jest więc naturalne, ale dla samej historii staje się wygodnym źródłem napięcia. W kryminale zawsze przyjemnie obserwuje się śledczego układającego fakty na chłodno, dopóki jeden z tych faktów nie ma znajomej twarzy. Wtedy wszystkie deklaracje o zawodowym dystansie zaczynają kosztować trochę więcej.
Grabowska prowadzi równolegle drugą opowieść, schowaną w przeszłości rodziny Kozłowskich. Stanisław i Jan, Wanda i Adela, uczucia, zdrady, zazdrość, dziecko i decyzje, których konsekwencje nie zniknęły tylko dlatego, że minęło wiele lat. Początkowo nazwisk i wzajemnych powiązań jest tyle, że trzeba się trochę pilnować. Kto był z kim, kto kogo kochał, kto wyjechał, kto został, kto komu czego nigdy nie wybaczył. Stopniowo ten rodzinny supeł zaczyna się jednak rozluźniać i wtedy widać, dlaczego współczesnego zabójstwa nie da się potraktować wyłącznie jako wydarzenia z teraźniejszości.
Podoba mi się, że przeszłość nie została tu potraktowana jak osobny zestaw retrospekcji z wielkim napisem „oto rozwiązanie”. Wspomnienia poszczególnych osób są niepełne, emocjonalne i obciążone tym, co wydarzyło się później. Jedna sytuacja potrafi mieć kilka wersji, bo każdy zapamiętał z niej coś innego albo przez lata nauczył się opowiadać ją sobie w wygodniejszy sposób. Pamięć w tej książce nie jest archiwum. Bardziej przypomina tekst, który bez naszej wiedzy bezustannie sam się redaguje.
Wtedy medyczne zainteresowania Grabowskiej zaczynają naprawdę pracować na kryminał. Dostajemy informacje o funkcjonowaniu mózgu, powstawaniu i utracie wspomnień, o chorobie Alzheimera, ale nie miałam poczucia, że śledztwo nagle zostało zatrzymane, bo trzeba przeczytać kilka stron podręcznika. Wiedza jest potrzebna bohaterom. To od niej zależy, czy wspomnienie można uznać za wiarygodne, co właściwie znaczy „zapomnieć” i czy coś, co wydaje się utracone, może jeszcze przez chwilę wypłynąć na powierzchnię. Wprowadzenie profesor Alicji Bloch pozwala pójść w tym kierunku dalej. Próba dotarcia do wspomnień człowieka cierpiącego na Alzheimera ma w sobie coś przejmującego nawet bez kryminalnej otoczki. Śledczy chcieliby potraktować pamięć jak sejf: znaleźć właściwą kombinację, otworzyć drzwiczki i wyjąć informację. Tylko mózg tak nie działa. Wspomnienie może pojawić się w kawałkach, zostać połączone z czymś innym albo zniknąć dokładnie wtedy, kiedy zaczyna być potrzebne.
To chyba najlepsza rzecz w Wyspach pamięci: temat powieści i mechanizm zagadki rzeczywiście są ze sobą połączone. Neurolog nie został ofiarą dlatego, że zawód dobrze wygląda na okładce kryminału medycznego. Jego specjalizacja, choroba jednego z bohaterów, dawne wydarzenia i sposób dochodzenia do prawdy zaczynają odbijać się od siebie. Im bardziej śledztwo zależy od pamięci, tym mniej komfortowe staje się założenie, że pamiętanie oznacza wiedzę.
Sama zagadka nie jest przy tym niemożliwa do rozgryzienia przed bohaterami. Miałam swoje podejrzenia dość wcześnie i niektóre elementy rodzinnej przeszłości układają się szybciej, niż Stawicki zdąży je połączyć. Nie odbierało mi to specjalnie przyjemności, bo tym razem bardziej niż nazwisko sprawcy interesował mnie mechanizm: jak wydarzenia sprzed lat doprowadziły wszystkich dokładnie do tego miejsca. To nie jest kryminał oparty na jednym szalonym zwrocie, który ma sprawić, że czytelnik wyrzuci książkę w powietrze. Znacznie ważniejsze jest powolne odkopywanie tego, co rodzina przez lata skutecznie przykrywała.
Trochę gorzej mam ze Stawickim. W poprzednich częściach jego prywatność dodawała postaci charakteru, tutaj chwilami zaczyna żyć własnym, zdecydowanie zbyt bujnym życiem. Franciszek miota się uczuciowo z energią człowieka, który potrafi analizować miejsce zbrodni, ale po wyjściu z pracy zostawia część zdolności logicznego myślenia w szufladzie biurka. Jeszcze jedna komplikacja i naprawdę zaczęłabym rozrysowywać jego życie romantyczne obok drzewa genealogicznego Kozłowskich.
Gdyby te fragmenty były nieco oszczędniejsze, książka tylko by na tym zyskała. Nie mam nic przeciwko prywatnemu życiu śledczych, przeciwnie, dzięki niemu kolejne tomy serii nie są wymiennymi zagadkami z tymi samymi nazwiskami na okładce. Tutaj proporcje chwilami uciekają. Stawicki potrafi też przeoczyć rzeczy, które czytelnik zauważa wcześniej, więc momentami bardziej niż pytanie „czy odkryje prawdę?” dręczyło mnie „Franciszek, ile jeszcze potrzebujesz?”.
Na szczęście rodzinne śledztwo jest wystarczająco mocne, żeby te zgrzyty przykryć. Szczególnie że Grabowska nie opowiada o jednej tajemnicy, tylko o całym systemie przemilczeń. Kłamstwo wypowiedziane dawno temu zmienia późniejsze relacje, decyzje rodzą kolejne urazy, a po latach ludzie potrafią już nie pamiętać, od czego właściwie wszystko się zaczęło. Albo pamiętają doskonale, tylko bardzo nie chcą, żeby dowiedział się o tym ktoś jeszcze. W Wyspach pamięci jest więc coś dość przewrotnego. Z jednej strony mamy człowieka, który chciałby pamiętać, ale choroba stopniowo mu to odbiera. Z drugiej są ludzie zdrowi, którzy całymi latami wykonują ogromną pracę, żeby pewnych rzeczy właśnie nie pamiętać, przemilczeć je albo nadać im inną wersję. Alzheimer niszczy wspomnienia bez pytania. Rodzina Kozłowskich robiła coś podobnego całkiem świadomie.
Grabowska nie buduje przy tym ciężkiego medycznego traktatu. Książkę czyta się szybko, rozdziały sprawnie przerzucają uwagę między śledztwem a dawnymi wydarzeniami, a kolejne informacje pojawiają się wystarczająco często, żeby historia nie grzęzła. Nawet kiedy domyślałam się części odpowiedzi, chciałam sprawdzić, czy dobrze zrozumiałam drogę, która do nich prowadzi. Przy kryminale to wcale nie jest mało. Nie zawsze trzeba oszukać czytelnika, jeśli można sprawić, żeby z przyjemnością patrzył, jak wzór wychodzi spod kolejnych warstw.
Trzeci tom serii najmocniej przekonuje mnie więc nie samym morderstwem, ale pomysłem, żeby uczynić z pamięci narzędzie śledcze, któremu właściwie nie można do końca zaufać. Trochę słabiej radzi sobie z uczuciowym serialem Stawickiego, chwilami pozwala też czytelnikowi pobiec przed śledczymi. Za to medyczna warstwa nie została doklejona do kryminału, rodzinny konflikt ma odpowiednio długi cień, a przeszłość rzeczywiście zachowuje się tutaj jak coś żywego. Tytułowe wyspy pasują do tego wyjątkowo dobrze. Zostają pojedyncze obrazy, twarze, miejsca, urwane zdania. Pomiędzy nimi robi się coraz więcej pustej przestrzeni. Śledczy muszą z tych kawałków odtworzyć drogę do mordercy, zanim morze zabierze kolejny fragment.

