Najbardziej ponury wniosek z książki Geoffreya Wawro nie brzmi wcale, że Stany Zjednoczone przegrały wojnę w Wietnamie. Znacznie gorzej: przez znaczną część konfliktu amerykańskie elity polityczne i wojskowe nie potrafiły jasno powiedzieć, co właściwie miałoby oznaczać zwycięstwo. Można było zrzucić więcej bomb, wysłać kolejnych żołnierzy, podbić statystyki zabitych przeciwników, zdobyć wzgórze i po kilku dniach je opuścić, ale żaden z tych sukcesów nie odpowiadał na podstawowe pytanie, po co właściwie prowadzi się tę wojnę. Wawro właśnie na tym buduje Wojnę w Wietnamie: nie na opowieści o jednej katastrofalnej decyzji, lecz o całym łańcuchu decyzji pozornie racjonalnych, które razem stworzyły coś kompletnie nieracjonalnego.
Autor zaczyna właściwą narrację w okresie amerykańskiej eskalacji i szybko pokazuje mechanizm, dzięki któremu Waszyngton coraz głębiej wchodził w konflikt bez momentu, w którym ktoś uroczyście ogłosił: od dziś prowadzimy wielką wojnę lądową w Azji. Najpierw potrzebne były działania lotnicze. Skoro lotnictwo korzystało z baz, bazy należało chronić. Do ochrony trzeba było wysłać oddziały. Skoro już tam były, zaczęły patrolować teren poza obwodem baz. Każdy kolejny krok wynikał z poprzedniego i każdy wyglądał trochę jak rozwiązanie problemu stworzonego przez wcześniejsze rozwiązanie. Wawro jest bardzo dobry właśnie w rekonstruowaniu tej logiki pełzającej eskalacji. Katastrofa nie spadła na administrację Johnsona z nieba. Budowano ją cierpliwie, decyzja po decyzji.
Polityka przez cały czas siedzi przy tym w kabinie pilota. Wawro nie kupuje wygodnego tłumaczenia, że Amerykanie po prostu błędnie ocenili sytuację militarną. Jego interpretacja jest ostrzejsza: kolejni prezydenci obawiali się przede wszystkim politycznych konsekwencji przyznania, że Wietnam Południowy może upaść. Nikt nie chciał wyglądać na człowieka, który „stracił” kolejne państwo na rzecz komunizmu, nawet jeżeli znaczenie samego Wietnamu dla bezpieczeństwa USA było mocno dyskusyjne. Teoria domina dawała tej obawie intelektualne rusztowanie, ale pod spodem Wawro widzi również coś znacznie bardziej przyziemnego, czyli wybory, prestiż, partyjne ataki i strach przed łatką miękkiego wobec komunizmu. Wojna staje się więc czymś, czego nie można zakończyć, ponieważ samo zakończenie wyglądałoby jak przyznanie się do porażki. Taki sposób myślenia ma tę drobną wadę, że każde następne tysiąc ofiar sprawia, iż przyznanie się do błędu jest jeszcze trudniejsze.
Najwięcej swobody Wawro czuje jednak wtedy, gdy schodzi z Waszyngtonu na poziom operacyjny. Bardzo klarownie rozbiera strategię Williama Westmorelanda, w której sukces miał wynikać z wyniszczania przeciwnika. Amerykanie dysponowali ogromną przewagą technologiczną, lotnictwem, artylerią, śmigłowcami i systemem logistycznym, z którym komuniści nie mogli konkurować wprost. Problem polegał na tym, że przewaga ogniowa nie odpowiadała na polityczną naturę wojny. Można było zadać przeciwnikowi potężne straty, a następnie opuścić teren, na który Viet Cong albo Armia Północnego Wietnamu po prostu wracały. Wawro wielokrotnie pokazuje absurd operacji, podczas których zdobywano teren za cenę krwi, tylko po to, żeby później zrezygnować z jego utrzymania. Hamburger Hill urasta tu niemal do symbolu całej wojny. Amerykanie udowadniali, że mogą zdobyć wzgórze. Przeciwnikowi wystarczyło wiedzieć, że nie zamierzają na nim zostać.
Nie znaczy to, że amerykańskie wojsko było bezradne. Gdy udało się zmusić przeciwnika do regularnego starcia, połączenie artylerii, lotnictwa i wojsk lądowych potrafiło być dla sił północnowietnamskich potwornie skuteczne. Wawro tego nie ukrywa. Problem leżał gdzie indziej: taktyczne zwycięstwo można było odnieść dziesięć razy i nadal nie zbliżyć się do politycznego rozwiązania konfliktu. Statystyka zabitych przeciwników stawała się w takich warunkach czymś w rodzaju wojskowego horoskopu. Dostarczała liczb, które można było pokazać przełożonym, ale coraz słabiej opisywała rzeczywistość. Jeśli wojna ma być wygrywana dzięki korzystniejszemu bilansowi trupów, przeciwnik musi jeszcze zgodzić się, że po przekroczeniu odpowiedniej liczby powinien zrezygnować. Hanoi takiego porozumienia najwyraźniej nie podpisało.
Wawro równie bezlitośnie przygląda się Armii Republiki Wietnamu. Jego ocena ARVN jest bardzo surowa i nie należy do tych rewizjonistycznych prób, które mocniej eksponują jej udane operacje. Autor widzi zasadniczą słabość już w samej konstrukcji południowowietnamskich sił zbrojnych. Zbudowano je według amerykańskiego modelu, uzależniono od amerykańskiego sprzętu, lotnictwa, logistyki i pieniędzy, po czym oczekiwano, że po wycofaniu amerykańskiej podpory będą działać jak wcześniej. Wietnamizacja miała przekazać odpowiedzialność Sajgonowi, lecz w praktyce przekazywała mu system, którego możliwości zależały od nieustannego dopływu zasobów z zewnątrz. Gdy ten dopływ zaczął wysychać, fasada pękła bardzo szybko.
W tym miejscu Wawro dotyka zresztą jednej z najmocniejszych tez książki. Wietnam Południowy nie był po prostu słabszym państwem walczącym z silniejszym przeciwnikiem. Miał fundamentalny problem z legitymizacją, korupcją, polityczną niestabilnością i zdolnością mobilizowania własnego społeczeństwa. Amerykanie próbowali zbudować skuteczne państwo podczas prowadzenia na jego terytorium wojny, która równocześnie niszczyła wsie, zabijała cywilów i przemieszczała ludność. Trudno przekonywać mieszkańców, że ratuje się ich przed komunizmem, kiedy chwilę wcześniej ich okolica została potraktowana artylerią, ponieważ gdzieś w pobliżu podejrzewano oddział Viet Congu. Wawro nie romantyzuje komunistów, ale dobrze pokazuje samobójczą sprzeczność amerykańskiej strategii.
Ogrom przemocy zajmuje w książce ważne miejsce. Bombardowania, środki defoliacyjne, ostrzał artyleryjski i operacje poszukiwawcze są pokazane nie tylko jako narzędzia wojskowe, lecz także jako źródło politycznych problemów, które miały rzekomo rozwiązywać. Wawro wraca między innymi do masakry w Mỹ Lai, ale nie potrzebuje dziesiątek stron epatowania grozą. Bardziej interesuje go środowisko, w którym mogło dojść do takiej zbrodni, i sposób, w jaki wojna oparta na poszukiwaniu niewidzialnego przeciwnika zacierała różnicę między mieszkańcem wioski a potencjalnym wrogiem. W innych miejscach przygląda się operacjom balansującym na granicy zbrodni wojennych oraz skutkom prowadzenia działań z ogromnej odległości, gdy artylerzysta czy pilot nie widział człowieka, którego zabijał. Technologia pozwalała ograniczać własne straty. Nie miała jednak żadnego magicznego ustawienia ograniczającego cudze.
Jednocześnie Wojna w Wietnamie nie jest przede wszystkim historią żołnierza w błocie. Pojawiają się sceny pokazujące doświadczenie walki, Khe Sanh, Ia Drang czy Hamburger Hill mają należytą fizyczność, ale punkt widzenia Wawro pozostaje zazwyczaj wysoko nad polem bitwy. Interesują go rozmieszczenie sił, logistyka, koszty, decyzje dowódców i polityczne następstwa operacji. Dla jednych będzie to zaleta, dla innych wyraźne ograniczenie. Kto szuka przede wszystkim indywidualnych historii poborowych, życia plutonu albo codzienności Wietnamczyków, znajdzie tu mniej, niż mógłby sugerować rozmiar tomu. Tytuł uczciwie jednak mówi, czym książka chce być. To historia wojskowa z bardzo mocno dopisaną polityką, nie reportaż z okopu.
Trochę bardziej problematyczna jest perspektywa północnowietnamska. Wawro dobrze rekonstruuje decyzje najwyższego kierownictwa, pokazuje Le Duana i strategiczne kalkulacje Hanoi, potrafi też krytykować komunistyczne dowództwo za kosztowne błędy. Zwykli żołnierze Północy i Viet Congu pojawiają się jednak znacznie słabiej niż Amerykanie. W efekcie ich wytrzymałość oraz zdolność znoszenia strat czasem zaczynają funkcjonować niemal jak właściwość fizyczna materiału. Wiadomo, że chorowali, głodowali, maszerowali i umierali w ogromnych liczbach, ale chciałoby się częściej zobaczyć, co działo się między wielką ideą walki narodowowyzwoleńczej a człowiekiem niosącym karabin setki kilometrów od domu. Tym bardziej że Wawro bardzo mocno podkreśla znaczenie morale po obu stronach.
Jego własny stosunek do konfliktu również trudno przeoczyć. To nie jest kronika napisana tonem człowieka, który uważa, że wszystkie interpretacje są równie interesujące. Wawro uważa amerykańską interwencję za zasadniczy błąd i regularnie do tego wraca. Czasami aż za regularnie. Johnson, Nixon, Westmoreland, południowowietnamscy politycy i cały system podejmowania decyzji otrzymują po głowie tak często, że po pewnym czasie czytelnik nie potrzebuje już kolejnego przypomnienia, że autor uważa daną politykę za katastrofalną. Ta stanowczość ma jednak przewagę nad sztuczną neutralnością. Wawro przedstawia argumenty, pokazuje koszty, zestawia deklarowane cele z osiągniętymi rezultatami i nie udaje, że każda decyzja zasługuje na jednakowo uprzejme potraktowanie.
Szczególnie dobrze wypada jego rozprawa z popularnym pytaniem, czy Ameryka mogła wygrać, gdyby tylko walczyła brutalniej i bez politycznych ograniczeń. Wawro odpowiada, że problemem nie było trzymanie wojska na smyczy. Skala bombardowań Wietnamu, Laosu i Kambodży raczej nie wskazuje, żeby ktoś szczególnie troszczył się o delikatność metod. Inwazja na Północ oznaczałaby ogromne zapotrzebowanie na kolejnych żołnierzy, pieniądze i logistykę, a do tego ryzyko reakcji Chin. Nawet zajęcie części terytorium przeciwnika nie rozwiązywało zasadniczego problemu Sajgonu. Można było powiększyć wojnę. Znacznie trudniej wskazać, w jaki sposób samo jej powiększenie miało stworzyć stabilne państwo południowowietnamskie.
To prowadzi do najbardziej przygnębiającego elementu książki, czyli kosztu ponoszonego długo po tym, gdy sens przedsięwzięcia stał się co najmniej wątpliwy. Wawro bardzo często liczy pieniądze, sprzęt, samoloty, amunicję i żołnierzy. Ma w sobie coś z księgowego zatrudnionego po pożarze, który chodzi między ruinami i zapisuje, ile właściwie spalono. Te liczby nie są jednak pustym fetyszem statystyki. Pokazują skalę zasobów wysysanych przez konflikt i wpływ wojny na całą amerykańską politykę obronną oraz gospodarkę. Im więcej środków włożono w Wietnam, tym trudniej było przyznać, że ich dalsze dokładanie nie odzyska poprzednich.
Wojna w Wietnamie nie jest więc książką idealną ani całkowicie bezstronną. Bywa powtarzalna, wyraźnie mocniej stoi na amerykańskich źródłach i perspektywach, a czytelnik zupełnie nowy w temacie może mieć problem z dość szybko potraktowanym wcześniejszym kontekstem kolonialnym i pierwszą wojną indochińską. Jako opowieść o amerykańskiej fazie konfliktu jest jednak niezwykle sprawna. Wawro łączy politykę, strategię, operacje, technologię i gospodarcze zaplecze bez zamieniania całości w katalog dywizji i ton zrzuconych bomb.
Najbardziej zostaje zaś obraz państwa posiadającego niemal wszystko, czego wojna powinna wymagać: pieniądze, lotnictwo, artylerię, logistykę, technologię i setki tysięcy ludzi, a mimo to niezdolnego przełożyć tej przewagi na sensowny rezultat polityczny. To bardzo niewygodna lekcja, bo nie pozwala pocieszyć się myślą, że zabrakło jeszcze kilku dywizji albo większych bomb. Wawro pokazuje konflikt, w którym instrumenty były potężne, tylko cel pozostawał mętny. A jeśli nie wiadomo, dokąd się idzie, pół miliona żołnierzy pozwala najwyżej zgubić się z większym rozmachem.

