Szkielet zwykle przypomina o końcu. Christian Watson robi coś odwrotnego: wykorzystuje Mr Skelly’ego, żeby przypominał o życiu. To prosty pomysł, ale bardzo skuteczny, bo cała książka wyrasta właśnie z tego paradoksu. Bohater zbudowany z kości przemierza zielone wzgórza, lasy, łąki i ruiny, obserwuje świat, traci, szuka, zmienia kierunek i próbuje nauczyć się akceptować rzeczy, na które nie ma wpływu. Ale mam szczęście nie jest przy tym klasyczną opowieścią ani komiksem w zwyczajnym sensie. Bardziej przypomina ilustrowany zbiór refleksji, które mają zatrzymać czytelnika na kilka sekund dłużej niż zwykły motywacyjny slogan.
Pierwsze wrażenie robią ilustracje i trudno się temu dziwić. Watson tworzy miękkie, bardzo nastrojowe obrazy, w których Mr Skelly niemal zawsze wydaje się mały wobec otaczającej go natury. Las, trawa, strumienie, skały, mgła i światło nie są tylko dekoracją dla tekstu. Budują poczucie ciszy i oddechu. Nawet wtedy, gdy książka mówi o stracie czy lęku, wizualnie nie jest ciężka. Raczej uspokaja, pozostawiając dużo przestrzeni między kolejnymi myślami. Mr Skelly jest przy tym bardzo wdzięcznym bohaterem właśnie dlatego, że wygląda tak niegroźnie. Szkielet mógłby łatwo zostać wykorzystany jako makabryczny żart albo symbol śmierci, ale tutaj szybko zaczyna funkcjonować jak ktoś znajomy. Jego konstrukcja jest pozbawiona indywidualizujących cech, co paradoksalnie zwiększa uniwersalność postaci. Każdy może zobaczyć w nim trochę siebie. Pod skórą, strojem, wiekiem i społecznymi rolami rzeczywiście wszyscy wyglądamy podobnie.
To bardzo prosta metafora, może nawet oczywista, ale Watson potrafi ją dobrze wykorzystać. Śmierć nie zostaje potraktowana jako groźba czekająca gdzieś na końcu. Jest obecna od początku, bo Mr Skelly sam jest jej wizualnym przypomnieniem. Dzięki temu książka może mówić o przemijaniu bez konieczności zmiany tonu. Bohater stojący pośród kwiatów i drzew jednocześnie reprezentuje życie i jego kres. Najlepsze fragmenty wyrastają właśnie z tego zestawienia. Myśl o śmiertelności nie ma prowadzić do rozpaczy, tylko do uważności. Skoro nie będziemy tutaj zawsze, zwykła chwila nabiera większej wartości. Nie dlatego, że każdy dzień musi być niezwykły, ale dlatego, że jego powtarzalność też kiedyś się skończy. Watson dobrze radzi sobie z takimi obserwacjami, bo nie potrzebuje do nich wielu słów.
W tym sensie Ale mam szczęście działa odwrotnie niż wiele książek rozwojowych. Zamiast rozwijać jedną myśl przez trzydzieści stron, potrafi zamknąć ją w jednym zdaniu i ilustracji. Czasami rzeczywiście daje to większy efekt niż długa argumentacja. Czytelnik ma przestrzeń, żeby sam dopowiedzieć znaczenie i odnieść je do własnego życia. Nie oznacza to jednak, że każda myśl trafia równie mocno. Część tekstów zbliża się niebezpiecznie do dobrze znanych fraz o odpuszczaniu, zmianie, wierze w przyszłość i przekonaniu, że wszystko jakoś się ułoży. W izolacji nie byłyby szczególnie interesujące. Ich siła bierze się przede wszystkim z oprawy wizualnej i kontekstu całej książki. To ważna różnica, bo gdyby usunąć ilustracje i zostawić same zdania, Ale mam szczęście mogłoby w niektórych miejscach przypominać zestaw internetowych afirmacji. Watson nie zawsze ucieka od banału. „Zrób, co możesz”, „odpuść to, czego nie kontrolujesz” czy „wszystko będzie dobrze” należą do myśli powtarzanych już niezliczoną liczbę razy. Sam fakt, że są prawdziwe albo pocieszające, nie sprawia jeszcze, że stają się odkrywcze.
Książka broni się jednak tym, że nie próbuje być traktatem filozoficznym. Jej funkcja jest inna. Ma być czymś, do czego można wrócić w trudniejszym dniu, otworzyć na przypadkowej stronie i znaleźć myśl, która akurat w danym momencie okaże się potrzebna. W takim zastosowaniu prostota przestaje być wadą. Najwięcej zostaje jednak z fragmentów, które nie obiecują zbyt wiele. Watson jest ciekawszy wtedy, gdy mówi o stracie, niepewności i przemijaniu, niż wtedy, gdy próbuje uspokajać czytelnika zapewnieniem, że wszystko znajdzie swoje miejsce. Nie każda strata prowadzi przecież do czegoś lepszego. Nie każda trudność okazuje się lekcją, a nie każdy kryzys kończy się rozwiązaniem, które z perspektywy czasu można nazwać błogosławieństwem.
Dlatego zdanie sugerujące szczęście wynikające z utraty tego, czego się chciało, działa najlepiej wtedy, gdy traktuje się je jako możliwość, a nie życiową zasadę. Czasami utrata rzeczywiście otwiera przestrzeń na coś nowego. Czasami po prostu boli. Książka bywa najbardziej dojrzała właśnie wtedy, gdy nie próbuje tych dwóch sytuacji wrzucać do jednego worka. Interesujący jest też motyw odchodzenia z miejsca, które przestało dawać bohaterowi spełnienie. Mr Skelly opuszcza to, co zna, i rusza w nieznane. Nie dostaje natychmiastowej nagrody. Pojawia się chaos, niepewność, zagubienie i okres przejściowy. Ten fragment wypada przekonująco, bo zmiana nie zostaje przedstawiona jako jednorazowy akt odwagi, po którym wszystko magicznie układa się lepiej.
Wizualnie ta droga ma jeszcze większą siłę niż tekstowo. Krajobrazy mogą być jednocześnie piękne i puste, spokojne i niepokojące. Mr Skelly jest w nich obecny, ale nigdy nad nimi nie dominuje. To dobrze współgra z przesłaniem książki o ograniczonej kontroli. Człowiek nie jest centrum wszystkiego i nie może zmusić świata, żeby zachowywał się zgodnie z jego planem. Bardzo dobrze działa także wątek odpoczynku. W książkach motywacyjnych zwykle mówi się o działaniu, produktywności i robieniu kolejnego kroku. Watson częściej przypomina, że zatrzymanie również może być potrzebne. To może brzmieć banalnie, ale w połączeniu z ilustracjami ma odpowiednią miękkość. Mr Skelly nie wygląda jak ktoś, kto „pracuje nad sobą”. On po prostu istnieje, obserwuje i czasem niczego nie próbuje naprawiać.
To jedna z sympatyczniejszych cech całego projektu. Nie ma tutaj agresywnego języka samorozwoju, list celów ani przekonania, że człowiek musi stale stawać się lepszą wersją siebie. Znacznie częściej pojawia się zgoda na niedoskonałość. Życie nie musi być idealne, żeby było warte przeżycia. Właśnie ta myśl brzmi bardziej przekonująco niż wszystkie zapewnienia o tym, że los na pewno prowadzi nas tam, gdzie powinniśmy trafić. Równie dobrze wypadają fragmenty dotyczące relacji. Książka przypomina o zwykłej życzliwości, o dostrzeganiu ludzi i o tym, że okazja do powiedzenia czegoś ważnego nie jest dana na zawsze. W kontekście obecności śmierci nabiera to większej mocy. Nie chodzi o patetyczne „żyj, jakby jutra miało nie być”, tylko o prostszą świadomość, że nie wszystko można odłożyć bez końca.
Najbardziej przekonujące jest to, że śmierć nie zostaje tutaj przeciwstawiona życiu. To właśnie ona nadaje życiu jego ciężar. Gdyby czasu było nieskończenie wiele, codzienne chwile nie miałyby takiej wartości. Watson wraca do tej myśli w różnych wariantach i właśnie wtedy książka osiąga swoją najlepszą równowagę między prostotą a rzeczywistą refleksją. Pojawiające się między ilustracjami dłuższe teksty autora są mniej potrzebne. Nie psują całości, ale też nie zawsze dodają coś, czego nie dało się już odczytać z obrazu i pojedynczych zdań. W niektórych miejscach wręcz lepiej byłoby zaufać ilustracji i zostawić ją bez objaśnienia. Watson jest najmocniejszy wtedy, gdy pozwala czytelnikowi samemu pobyć z konkretnym obrazem.
To zresztą książka, której szybkie przeczytanie od początku do końca trochę mija się z celem. Można ją zamknąć w jeden wieczór, ale wtedy poszczególne myśli łatwo zlewają się ze sobą. Znacznie lepiej działa czytana fragmentami. Jedna strona, chwila przerwy, powrót po kilku dniach. W takiej formie również powtarzalność staje się mniej uciążliwa. Trudno też oddzielić samą treść od sposobu wydania. Przy albumie tego typu papier, reprodukcja kolorów i format są częścią doświadczenia, nie dodatkiem. Ilustracje mają tu tak duże znaczenie, że fizyczna forma książki właściwie współtworzy jej sens. To przedmiot, który ma leżeć w zasięgu ręki i do którego można wracać, a nie tylko tekst do jednorazowego przeczytania.
Porównania do Chłopca, kreta, lisa i konia są zrozumiałe, bo oba tytuły korzystają z połączenia ilustracji, krótkich refleksji i pocieszającego tonu. Nie ma jednak większego sensu rozpatrywać Watsona jako kolejnej wersji tej samej książki. Mr Skelly ma własny język wizualny, a obecność szkieletu nadaje rozważaniom o przemijaniu bardziej bezpośredni charakter. Nie widzę też potrzeby robienia z Ale mam szczęście współczesnego odpowiednika Małego Księcia. Skala ambicji jest inna. Watson nie tworzy rozbudowanej przypowieści ani literackiej paraboli z pełną fabułą. Daje serię obrazów i myśli, czasem bardzo trafnych, czasem zbyt oczywistych. I właśnie w tej mniejszej formie najlepiej ją oceniać. Największy problem pojawia się wtedy, gdy książkę potraktuje się jako realną odpowiedź na poważne kryzysy. Prosta afirmacja może komuś pomóc przeżyć gorszy wieczór, ale nie rozwiąże żałoby, depresji, problemów finansowych czy sytuacji, w której człowiek rzeczywiście nie ma dobrych wyborów. Sam tekst chwilami zbyt łatwo zakłada, że zmiana perspektywy wystarczy. Nie zawsze wystarczy.
Nie odbiera to jednak wartości całości, o ile pamięta się, czym ta książka jest. Nie poradnikiem terapeutycznym, lecz przedmiotem do chwilowego zatrzymania. Nie obietnicą, że wszystko będzie dobrze, lecz przypomnieniem, że nawet w okresie, gdy dobrze nie jest, mogą istnieć drobne rzeczy warte zauważenia. Ale mam szczęście najbardziej przemawia więc obrazem. Tekst pomaga, ale często to właśnie Mr Skelly stojący samotnie na wzgórzu, siedzący pośród kwiatów albo idący przez las mówi więcej niż zdanie wydrukowane obok. Watson potrafi wykorzystać coś, co zwykle kojarzymy ze śmiercią, i nadać temu niezwykłe ciepło. Szkielet nie odstrasza, lecz uspokaja.
To książka prosta, ale niekoniecznie płytka. Nie każda myśl jest oryginalna, nie każda afirmacja zasługuje na zapisanie w notesie, a miejscami łatwo przewrócić oczami na zbyt pocieszające sformułowanie. Mimo to całość potrafi osiągnąć coś, czego wiele znacznie bardziej rozbudowanych książek o życiu nie potrafi: stworzyć chwilę ciszy. Mr Skelly nie odkrywa przed czytelnikiem wielkiej tajemnicy. Przypomina tylko, że jesteśmy tutaj przez ograniczony czas i że właśnie dlatego warto czasem spojrzeć uważniej na to, co już mamy. W najlepszych momentach Ale mam szczęście nie mówi nawet nic więcej. I dobrze, bo przy temacie życia, straty i śmierci kilka dobrze dobranych słów może znaczyć więcej niż kolejny rozdział tłumaczący, jak powinniśmy się czuć.

