Powrót do Londynu po ucieczce z Szeolu I nie jest powrotem do domu. To raczej wejście w miasto, które pamięta twarz Paige Mahoney lepiej niż ona sama chciałaby pamiętać. Sajon zamienia ją w symbol zagrożenia, podziemie w problem do opanowania, a prawda, którą niesie ze sobą z kolonii karnej, okazuje się zbyt niewygodna, by ktokolwiek chciał jej słuchać. Zakon mimów zaczyna się dokładnie tam, gdzie pierwszy tom zostawił czytelnika, w miejscu pełnym adrenaliny i bólu, ale szybko pokazuje, że ucieczka była tylko wstępem. Teraz zaczyna się walka o narrację, o wpływy i o przetrwanie w świecie, w którym każdy sojusz ma cenę, a każde słowo może zostać użyte jako dowód winy.
Samantha Shannon robi w tej części coś bardzo sprytnego. Zmienia perspektywę z opowieści o przetrwaniu na opowieść o systemie. Jeśli w Czasie żniw najważniejsze było to, jak nie dać się złamać, tak tutaj kluczowe staje się pytanie, jak nie dać się wciągnąć z powrotem w mechanizmy, które wcześniej pozwalały żyć w półbezpiecznym kłamstwie. Londyn jasnowidzów, jego hierarchie, gangi, zasady mim zbrodni, cała ta podziemna infrastruktura, która wcześniej była tylko tłem dla dramatycznych wydarzeń, teraz wysuwa się na pierwszy plan. I nagle okazuje się, że największym zagrożeniem nie są potwory z cieni, tylko ludzie, którzy od lat nauczyli się oddychać strachem, targować lojalnością i sprzedawać prawdę w porcjach, jeśli w ogóle uznają ją za opłacalną.
Paige w tej odsłonie wypada szczególnie mocno, bo nie jest już tylko dziewczyną rzuconą w tryby opresji. To bohaterka, która wraca z doświadczeniem, z raną i z wiedzą, której nie da się odłożyć na półkę. Jej determinacja nie ma w sobie heroicznej pozy, jest raczej uparta, zmęczona i cholernie ludzka. Shannon pozwala jej popełniać błędy, podejmować decyzje podszyte emocjami, czasem zbyt ufne, czasem zbyt gwałtowne, ale dzięki temu Paige nie staje się figurą rewolucji, tylko kimś, kto dopiero uczy się, że zmiana wymaga nie tylko odwagi, ale też politycznej bezwzględności. I że w świecie Sajonu samo posiadanie racji nie ma żadnej wartości, jeśli nie masz narzędzi, by zmusić innych do wysłuchania.
Na tym tle świetnie działa przesunięcie ciężaru na intrygę i strategię. Zakon mimów jest bardziej gęsty, bardziej społeczny, mniej oparty na prostym pędzie wydarzeń, a bardziej na napięciu między grupami interesu. Mamy tu układy, zdrady, testowanie granic, przeciąganie liny o władzę, a wszystko podszyte świadomością, że Refaici i Emmici nie są już legendą, tylko realnym zagrożeniem. Najciekawsze jest jednak to, że nawet prawda o nich nie jest w stanie automatycznie zjednoczyć ludzi. Przeciwnie, działa jak zapalnik do kolejnych podziałów, bo zmusza bohaterów do odpowiedzi na pytanie, czy wolą ratować społeczność, czy własne pozycje.
Wątek romantyczny pozostaje tu dokładnie tym, czym powinien być w tego typu historii, delikatnym napięciem, cieniem na marginesie, sygnałem, że pod warstwą strategii i przemocy wciąż jest w Paige ktoś, kto pragnie bliskości. To nie jest opowieść o romansie, ale o zaufaniu, które rodzi się w świecie, gdzie zaufanie jest luksusem. Najlepsze momenty emocjonalne nie wynikają z deklaracji, tylko z drobnych gestów i z tego, co bohaterowie przemilczają. I to działa, bo Shannon nie pozwala, żeby uczucie przykryło stawkę polityczną ani zagrożenie.
Warto też docenić język i konstrukcję świata, bo nawet jeśli czytelnik czasem czuje natłok pojęć, reguł i nazw, to jest to natłok sensowny. Ten świat ma swoją logikę, a Shannon konsekwentnie rozbudowuje go tak, żeby kolejne elementy nie były ozdobą, tylko mechanizmem napędzającym fabułę. Dzięki temu Londyn Sajonu nie jest dekoracją, tylko organizmem, miastem, które żyje własnym rytmem, karmi się przemocą i elegancko udaje, że wszystko jest pod kontrolą.
Jeśli miałabym wskazać coś, co może zadziałać nierówno, to tempo pierwszych rozdziałów. Początek bywa bardziej ustawianiem figur niż ruchem, więcej tu koniecznych przesunięć i układania sytuacji niż gwałtownych zwrotów. Ale kiedy fabuła zaczyna działać na pełnych obrotach, trudno się od niej oderwać, bo Shannon umie prowadzić napięcie tak, by każde kolejne rozwiązanie odsłaniało nowy problem zamiast wygodnego spokoju. I chyba o to chodzi w dobrze napisanej kontynuacji. O poczucie, że świat się rozszerza, a konsekwencje rosną.
Zakon mimów to książka, która wyraźnie pokazuje, że seria nie była jednorazowym pomysłem na efektowny start. To drugi tom, który pogłębia konflikt, rozbudowuje polityczne zaplecze świata i pozwala Paige wejść w rolę nie tylko ocalałej, ale też inicjatorki zmian. Nie jest to już historia o tym, czy bohaterka przeżyje. To historia o tym, czy zdoła przekonać innych, że przeżycie nie wystarczy. A kiedy na ulicach Londynu zaczyna się polowanie na śniącego wędrowca, staje się jasne, że gra toczy się o coś znacznie większego niż jedna ucieczka i jedna prawda.

