Georgi Gospodinow ma niezwykły dar pisania o rzeczach małych tak, jakby od zawsze były częścią większego porządku. U niego drobiazg potrafi nagle otworzyć przepaść. Imię, hotel, opuszczony dom, rozmowa, wspomnienie ojca, przypadkowa kobieta z alfabetu, kilka minut do końca świata. Wszystko może stać się szczeliną, przez którą widać samotność, pamięć, lęk przed przemijaniem i tę dziwną ludzką potrzebę, żeby nawet najbardziej kruche doświadczenia ocalić w opowieści. I wszystko stało się księżycem jest właśnie takim zbiorem. Niewielkie teksty, krótkie formy, migawki, czasem anegdoty, czasem miniatury filozoficzne, a jednak po kilku stronach człowiek ma wrażenie, że ktoś dotknął miejsca, którego sam nie umiał nazwać.
To nie jest książka do czytania zachłannie, jednym ciągiem, choć objętość mogłaby do tego zachęcać. Gospodinow wymaga pauzy. Nie dlatego, że jest trudny w hermetycznym sensie. Przeciwnie, jego język bywa prosty, miękki, pozornie bardzo dostępny. Ale ta prostota działa jak dobrze ustawiona pułapka. Zdanie wydaje się lekkie, zwyczajne, niemal mimochodem rzucone, a po chwili okazuje się, że niesie ciężar większy niż cały rozdział w innej książce. Właśnie dlatego ten zbiór najlepiej czytać powoli, tekst po tekście, pozwalając im wybrzmieć. To literatura, która nie krzyczy o swoją głębię. Ona zostawia ją w pokoju i czeka, aż sami ją zauważymy.
Pierwsze opowiadanie, Osiem minut i dziewiętnaście sekund, od razu ustawia ton całości. Pytanie jest proste i absurdalnie wielkie: co można zrobić w ostatnich minutach istnienia świata? Uciekać? Pakować się? Dzwonić do bliskich? Milczeć? Gospodinow nie interesuje się apokalipsą jako widowiskiem. Nie chodzi mu o kosmiczną katastrofę, efekty specjalne ani zbiorową panikę. Interesuje go ta ostatnia, intymna chwila, w której człowiek zostaje sam ze swoim odruchem, lękiem, czułością albo bezradnością. Koniec świata jest tu mniej ważny niż pytanie, co w ostatniej chwili okaże się naprawdę nasze.
To bardzo charakterystyczne dla autora. Gospodinow lubi wielkie tematy, ale nie podchodzi do nich od strony pomnika. Nie buduje filozoficznych traktatów. Woli uchwycić detal. Zamiast mówić o samotności, pokazuje kogoś stojącego przed hotelem, kogoś wracającego do starego domu, kogoś próbującego znaleźć ojca tam, gdzie ojca nie ma. Zamiast wykładać teorię pamięci, pozwala jej działać w scenie, obrazie, zdaniu, w zapachu dawnego miejsca albo w poczuciu, że przeszłość nadal oddycha gdzieś za ścianą.
W tym zbiorze powracają tematy dobrze znane czytelnikom Gospodinowa: dzieciństwo, komunizm, rozpad świata sprzed transformacji, emigracja, odchodzenie rodziców, starzenie się, utrata wspólnoty i nostalgia, która nigdy nie jest do końca niewinna. Autor nie idealizuje przeszłości. Wie, że pamięć potrafi posrebrzać rzeczy, które w chwili przeżywania były biedne, szare albo bolesne. Ale nie odbiera wspomnieniom prawa do czułości. W jego prozie nostalgia nie jest prostym pragnieniem powrotu. Jest raczej sposobem obchodzenia się z tym, czego nie da się już odzyskać.
Gospodinow pisze tak, jakby pamięć była księżycem: świeci cudzym światłem, zniekształca kontury, ale pozwala zobaczyć to, co w pełnym słońcu byłoby nie do zniesienia. Jednym z najpiękniejszych i najbardziej bolesnych tekstów jest Uojcowienie. Już sam tytuł przykuwa uwagę, bo brzmi jak słowo wymyślone z potrzeby, której zwykły język nie potrafił obsłużyć. Opowiadanie dotyka pragnienia ojca, figury brakującej, wyczekiwanej, zastępowanej przez wszystko, co może choć na chwilę przyjąć ojcowski kształt. To krótki tekst, a jednak zostawia po sobie ciężar większy niż niejedna długa powieść. Gospodinow potrafi w kilku stronach pokazać tęsknotę tak pierwotną, że niemal wstydliwą. Tę potrzebę, by ktoś był większy, trwalszy, opiekuńczy, nawet jeśli świat dawno już udowodnił, że takich gwarancji nie daje.
Mocno działa także Rytuał, opowiadanie o dwóch światach, rozłące, emigracji i stopniowym odrywaniu się od korzeni. Gospodinow świetnie rozumie, że rytuał może być jednocześnie pocieszeniem i pustą formą. Coś kiedyś miało sens, bo ludzie byli razem, bo gesty wyrastały z życia, bo wspólnota naprawdę istniała. Potem zostają same gesty, powtarzane trochę z przyzwyczajenia, trochę z rozpaczy, trochę z lęku przed przyznaniem, że dawnego świata już nie ma. Wtedy nawet wesele może brzmieć jak echo po czymś utraconym. Niektóre teksty są absurdalne, inne melancholijne, jeszcze inne podszyte ironią albo gorzkim humorem. Gospodinow potrafi przejść od kosmicznego pytania do sceny niemal codziennej, od teologicznego żartu do bardzo cichego bólu, od wspomnienia z dzieciństwa do przyszłości, która wygląda jak jeszcze jedna odmiana samotności. To zbiór zbudowany z małych okien. Każde otwiera się na inny widok, ale za wszystkimi czuć ten sam chłodny przeciąg.
Nie znaczy to, że wszystkie opowiadania działają z taką samą siłą. Przy Gospodinowie łatwo zachwycić się tonem, ale czasem można też poczuć, że autor porusza się po bardzo dobrze znanych sobie rejestrach. Melancholia, pamięć, ojciec, komunizm, dzieciństwo, utrata, czułość wobec minionego świata. To tematy piękne i pojemne, ale w pewnym momencie mogą wywołać wrażenie, że pisarz wraca do swoich ulubionych smutków z coraz większą wprawą, a może też z coraz większym przywiązaniem. Dla jednych będzie to znak rozpoznawczy. Dla innych chwilami nuta zbyt dobrze znana.
Bywa więc, że I wszystko stało się księżycem ociera się o nastrojową powtarzalność. Nie o banał, bo Gospodinow jest na to zbyt dobrym pisarzem, lecz o pewien emocjonalny komfort melancholii. Czytelnik wie, czego się spodziewać: miękkiego smutku, inteligentnej obserwacji, czułej ironii, zdania, które nagle wbije szpilkę pod skórę. To wciąż działa, często znakomicie, ale nie zawsze zaskakuje. Momentami można odnieść wrażenie, że autor siedzi przy tym samym oknie, patrzy na ten sam zmierzch i tylko nieznacznie zmienia ustawienie krzesła.
A jednak trudno mieć o to większy żal, bo nawet wtedy Gospodinow pisze pięknie. Jego styl jest oszczędny, ale nie suchy. Poetycki, ale bez przesadnej ornamentyki. Potrafi być lekki, niemal żartobliwy, a za chwilę jednym zdaniem otworzyć bardzo poważny temat. Najlepsze fragmenty działają dzięki idealnemu wyczuciu proporcji. Autor wie, kiedy zatrzymać się przed dopowiedzeniem. Wie, że literatura często najmocniej pracuje tam, gdzie zostawia puste miejsce dla czytelnika.
To szczególnie ważne w opowiadaniach. Krótka forma nie wybacza nadmiaru. Każde zdanie musi wiedzieć, po co jest. Gospodinow świetnie czuje rytm miniatury. Niektóre teksty są jak zamknięte mechanizmy, inne jak urwane wspomnienia, jeszcze inne jak pytania bez odpowiedzi. W wielu z nich najważniejsze nie jest to, co się wydarza, ale sposób, w jaki drobne zdarzenie nagle odsłania całą ludzką kondycję. Ktoś coś mówi, ktoś czegoś nie pamięta, ktoś wraca tam, gdzie nie da się już wrócić. I wystarczy.
Bardzo dobrze wypada też humor, choć to humor cichy, podszyty świadomością klęski. Gospodinow potrafi być absurdalny, autoironiczny, lekko przewrotny. W jego świecie Bóg imion może sąsiadować z wyszukiwarką, a wielkie pytania metafizyczne potrafią zderzyć się z najbanalniejszą codziennością. Ten rodzaj humoru nie rozprasza melancholii, tylko ją pogłębia. Bo przecież człowiek najczęściej jest śmieszny właśnie wtedy, gdy najbardziej próbuje nadać sens własnemu istnieniu. Na osobne uznanie zasługuje przekład Magdaleny Pytlak. Przy takiej prozie tłumaczenie musi uchwycić nie tylko znaczenia, ale też miękkość frazy, rytm zawahania, czułość ironii i tę specyficzną prostotę, która łatwo mogłaby stać się płaska, gdyby przesunąć ją o milimetr za daleko. Polski tekst brzmi naturalnie, nie traci lekkości, a jednocześnie zachowuje melancholijną gęstość Gospodinowa. To ważne, bo ten pisarz istnieje przede wszystkim w tonie. Gdyby ton zawiódł, zawaliłaby się cała konstrukcja.
W tytule tomu księżyc wydaje się figurą bardzo trafną. Księżyc jest blisko i daleko jednocześnie. Należy do codzienności, bo widzimy go od dzieciństwa, ale zawsze pozostaje obcy. Świeci, ale nie własnym światłem. Towarzyszy samotnym, zakochanym, bezsennym, wspominającym i tym, którzy patrzą w niebo, bo nie umieją już patrzeć na ziemię. U Gospodinowa wszystko może stać się księżycem, bo wszystko może zostać oddalone, posrebrzone, przemienione przez pamięć. Także smutek. Także dzieciństwo. Także ludzie, których już nie ma.
To zbiór opowiadań o tym, że człowiek składa się z małych historii, a każda z nich może pewnego dnia zacząć świecić własnym brakiem. Nie jest to książka dla osób oczekujących zwartej fabuły, mocnych puent i wyraźnej dramaturgii. Niektóre teksty są raczej nastrojem niż opowieścią. Inne przypominają szkic, fragment, myśl zapisaną tuż przed zniknięciem. Ale właśnie w tym tkwi ich siła. Gospodinow nie próbuje wszystkiego domykać. Zostawia opowiadania lekko uchylone, jak drzwi do pokoju, w którym ktoś przed chwilą był, ale nie zdążyliśmy go zatrzymać.
I wszystko stało się księżycem to zbiór subtelny, inteligentny i bardzo humanistyczny. Nie każda miniatura olśniewa tak samo, nie każda zostaje na długo, ale całość tworzy piękną, melancholijną mapę ludzkiej kruchości. Gospodinow pisze o samotności, pamięci, ojcach, emigracji, końcach światów i małych rytuałach, które próbują ocalić resztki sensu. Pisze z czułością, ale bez naiwności. Z humorem, ale bez ucieczki od smutku. Z prostotą, która tylko udaje prostotę. To dobra książka na ciche wieczory. Nie po to, żeby od niej odpocząć, lecz żeby pozwolić sobie na zatrzymanie. Na kilka zdań, które nagle przypomną coś własnego. Na opowieść, która zaczyna się gdzieś w Bułgarii, a kończy w naszym osobistym archiwum strat. Na księżyc, który nie rozprasza ciemności, ale sprawia, że przestajemy się jej tak bardzo wstydzić.
Gospodinow po raz kolejny pokazuje, że wielka literatura nie zawsze potrzebuje wielkiej sceny. Czasem wystarczy osiem minut, jedno imię, ojcowski brak, hotel, rytuał albo zdanie, które przychodzi cicho i zostaje dłużej, niż planowaliśmy.

