Najgorsze w Łowcy saren nie jest nawet to, co sprawca robi swoim ofiarom, tylko fakt, że zanim zaatakuje, zdąży je poznać. Wie, gdzie bywają, jak żyją, kiedy czują się bezpieczne i kiedy przestają oglądać się za siebie. Katarzyna Bonda bardzo dobrze wykorzystuje ten motyw, bo zamiast budować grozę wyłącznie na makabrze, opiera ją na naruszeniu codzienności. Łazienka, mieszkanie, własne rytuały, czyli rzeczy zwykle kojarzące się z prywatnością, zaczynają działać jak elementy terenu łowieckiego. Sprawca nie wpada w życie ofiar przypadkiem. On je wcześniej obserwuje, klasyfikuje i wybiera. I właśnie dlatego ta historia przez sporą część lektury siedzi pod skórą skuteczniej niż niejeden bardziej krwawy thriller.
Lena Silewicz dostaje sprawę serii brutalnych zabójstw młodych kobiet, których ciała odnajdywane są w łazienkach. Schemat jest na tyle wyraźny, że od początku wiadomo, iż nie mamy do czynienia z przypadkowymi aktami przemocy. Ktoś realizuje konkretny rytuał i wybiera swoje „sarny” według określonego klucza. Bonda nie przeciąga w nieskończoność samego rozpoznania wzorca, tylko stosunkowo szybko dokłada do niego starszą sprawę, śmierć Anny Nałkowskiej, matki Noa. Osiem lat wcześniej kobieta została znaleziona martwa w wannie, a oficjalna wersja wydarzeń nigdy nie przekonała jej syna.
Noa nie traktuje więc nowego śledztwa jak kolejnej historii do podcastu. Tym razem sprawa jest osobista do bólu. Każdy trop prowadzący w stronę jego matki oznacza jednocześnie konieczność grzebania we własnej rodzinie i odkrywania rzeczy, których być może łatwiej byłoby nigdy nie wiedzieć. To jeden z ciekawszych zabiegów tej odsłony, bo przeszłość nie funkcjonuje tu wyłącznie jako wygodny fabularny magazyn sekretów. Ona realnie wpływa na bohatera, a kolejne odkrycia coraz mocniej zmieniają sposób, w jaki patrzy na ludzi, których dotąd uważał za znanych.
Relacja Leny i Noa nadal jest jednym z elementów, które dobrze napędzają ten cykl. Bonda nie próbuje robić z nich jednego organizmu śledczego, w którym wszyscy zawsze myślą tak samo. Noa patrzy na sprawę przez filtr osobistej straty i własnych przekonań, Lena musi zaś zachować przynajmniej resztki zawodowego dystansu. Oczywiście nie zawsze jej się to udaje. I dobrze, bo Silewicz byłaby znacznie mniej interesująca jako kolejna lodowata policjantka, która wszystko analizuje z idealną precyzją, a życie prywatne istnieje wyłącznie po to, żeby od czasu do czasu dać jej traumę do retrospekcji.
Tutaj Lena funkcjonuje już jako bohaterka dobrze osadzona we własnym świecie. Ma swoje relacje, swoje uprzedzenia, własny sposób działania i momentami zwyczajnie bierze sprawę za bardzo do siebie. To zresztą pewien schemat tej serii, ale w Łowcy saren sprawdza się przyzwoicie, bo emocjonalny ciężar rozkłada się również na Noa. Dzięki temu opowieść nie jest wyłącznie historią policjantki ścigającej kolejnego seryjnego sprawcę.
Sam Łowca jest zaś zdecydowanie jedną z mocniejszych stron książki. Bonda wykorzystuje metaforykę polowania bardzo konsekwentnie, czasami może nawet odrobinę zbyt konsekwentnie, ale działa to na wyobraźnię. Kobiety są dla sprawcy sarnami, stworzeniami pięknymi, czujnymi i zbudowanymi do ucieczki. On sam przyjmuje pozycję cierpliwego myśliwego, dla którego moment zabójstwa jest dopiero końcem procesu. Najważniejsze dzieje się wcześniej, podczas obserwacji. Właśnie te fragmenty najlepiej budują napięcie, bo czytelnik wie więcej od potencjalnej ofiary i może tylko patrzeć, jak zwykłe zachowania zaczynają układać się w cudzy plan.
Na szczęście Bonda nie zatrzymuje się na samym modus operandi. Stopniowo odsłania psychologię sprawcy, jego otoczenie i doświadczenia, które doprowadziły do obecnego sposobu działania. Nie wszystko jest tu szczególnie subtelne, ale antagonista nie pozostaje papierowym „seryjniakiem” istniejącym tylko po to, żeby dać policji efektownego przeciwnika. Jego historia ma ciężar i dobrze tłumaczy mechanizmy obsesji, nie próbując przy tym usprawiedliwiać przemocy.
To ważne, bo sam motyw seryjnego zabójcy polującego na młode kobiety należy już do najbardziej wyeksploatowanych w kryminale. Bonda nie odkrywa tutaj Ameryki. Przewagę daje jej sposób zszycia obecnych morderstw ze śmiercią sprzed lat i rodziną Noa. Gdyby wyciąć ten drugi element, dostalibyśmy sprawnie zrealizowany, ale dość znajomy thriller. Dzięki niemu całość robi się bardziej osobista i mniej mechaniczna.
Dobrze działa też tempo. Łowca saren jest bardziej zwarty od wielu wcześniejszych książek Bondy, a autorka rzadziej pozwala sobie na rozbudowane objazdy wokół głównej fabuły. Śledztwo regularnie zmienia kierunek, pojawiają się kolejne tropy, a nowe informacje faktycznie wpływają na to, jak patrzymy na wcześniejsze wydarzenia. Nie miałem poczucia, że książka stoi w miejscu tylko po to, żeby sztucznie dobić do określonej objętości. Dla Bondy, która potrafi przecież pisać konstrukcje bardzo rozbudowane, ta większa dyscyplina działa zdecydowanie na korzyść historii.
Nie oznacza to jednak, że wszystko jest nieprzewidywalne. Czytelnik obyty z kryminałami szybko zacznie układać własne typy i część z nich może okazać się trafna. Tyle że nie mam z tym większego problemu. Lubię kryminały, w których rozwiązanie wynika z podanych wcześniej elementów, a nie z wyciągnięcia na ostatnich dwudziestu stronach postaci, o której przez całą książkę nikt nawet nie wspomniał. Bonda daje możliwość bawienia się w śledczego razem z bohaterami. Można się pomylić, można pójść za fałszywym tropem, ale rozwiązanie nie spada z nieba.
Trochę słabiej wypada dla mnie stały cień większej intrygi ciągnącej się za bohaterami z poprzednich części. Antagonista znany z wcześniejszych tomów pozostaje tutaj raczej obecnością na obrzeżach historii niż rzeczywistym uczestnikiem wydarzeń. Rozumiem, że ma to budować dłuższy łuk całej serii, ale właśnie dlatego chętnie zobaczyłbym mocniejsze podbijanie jego znaczenia z tomu na tom. Na razie działa bardziej jak przypomnienie, że gdzieś w tle wciąż istnieje większy problem.
Za to sama sprawa Łowcy saren jest wystarczająco mocna, by udźwignąć książkę bez dodatkowych podpórek. Bonda dobrze łączy teraźniejsze zabójstwa z rodzinną historią Noa, sprawnie przeskakuje między policyjnym dochodzeniem, osobistą obsesją i perspektywą sprawcy. Dzięki temu opowieść nie wpada w monotonny rytm kolejnych przesłuchań, ekspertyz i odpraw. Cały czas zmienia się punkt ciężkości, ale bez utraty głównego kierunku.
Łowca saren nie wymyśla nowego języka dla polskiego kryminału i nawet nie próbuje. To dobrze skonstruowany thriller psychologiczny, który bierze znajome elementy i układa je z odpowiednim wyczuciem napięcia. Najlepiej działa tam, gdzie prywatna tragedia Noa zaczyna stykać się ze współczesnym śledztwem, a dawna śmierć przestaje wyglądać jak zamknięta historia.
Czwarty tom serii o Lenie Silewicz pokazuje też, że ten cykl znalazł już własny rytm. Jest dynamiczniej, konkretniej i bez takiego rozlewania fabuły, jakie potrafiło ciążyć niektórym wcześniejszym książkom Bondy. Nadal dostajemy skomplikowaną układankę, ale tym razem poszczególne elementy nie toną pod własnym ciężarem.
I chyba właśnie dlatego ta odsłona działa tak dobrze. Łowca może obserwować swoje ofiary z ukrycia, znać ich rytuały i być przekonany, że kontroluje całą rozgrywkę. Bonda natomiast bardzo długo pozwala nam wierzyć, że sami również widzimy już cały obraz. Dopiero później okazuje się, że z ambony łatwo patrzeć na las, znacznie trudniej zauważyć, kto w tym czasie obserwuje myśliwego.

