Najciekawsze w Bezpośrednim kontakcie nie jest to, że czwórka komandosów ma wykonać misję, z której rozsądny sztabowiec powinien ich natychmiast odwołać. Najciekawsze jest to, że Karen Traviss bardzo szybko odbiera im funkcję anonimowego mięsa armatniego i zaczyna traktować jak ludzi, choć cały system, któremu służą, zrobił właściwie wszystko, żeby ludźmi ich nie uważać. Drużyna Omega nie składa się z czterech identycznych twarzy w identycznych pancerzach. To czterech żołnierzy z własnymi reakcjami, lękami, przyzwyczajeniami i sposobami radzenia sobie z faktem, że ktoś wyhodował ich po to, żeby byli świetni w zabijaniu, a następnie uznał sprawę za etycznie zamkniętą.
Punkt wyjścia jest prosty i bardzo wojskowy. Na Qiilurze powstaje broń biologiczna zaprojektowana tak, by atakować klony, więc Drużyna Omega dostaje zadanie przedostania się na planetę, odnalezienia ośrodka badawczego, przejęcia odpowiedzialnej za projekt naukowczyni i zniszczenia wyników prac. Plan wygląda schludnie głównie do momentu zetknięcia z rzeczywistością, bo Darman zostaje odcięty od reszty zespołu, a jego główną pomocą okazuje się Etain, młoda padawanka posiadająca znacznie więcej dobrych intencji niż doświadczenia polowego. Traviss szybko rozrzuca więc bohaterów po planszy i zamiast prowadzić klasyczną opowieść o świetnie zgranej jednostce specjalnej, pozwala jej członkom improwizować w warunkach, w których każda improwizacja może skończyć się bardzo krótką karierą wojskową. To korzystne dla książki, bo akcja przestaje polegać na oglądaniu zawodowców wykonujących perfekcyjnie kolejne punkty odprawy. Znacznie ciekawsze okazuje się obserwowanie, jak kompetentni ludzie zachowują się wtedy, gdy plan już nie istnieje.
Traviss wyraźnie interesuje wojna widziana z poziomu ziemi. Jedi nie są tutaj centrum galaktyki, tylko jednym z elementów systemu wojskowego, i to wcale nie zawsze najlepiej przygotowanym do realiów walki. Kamera, gdyby ta książka miała kamerę, częściej znajdowałaby się przy błocie, gospodarstwach, prowizorycznych kryjówkach i zmęczonych ludziach niż wysoko nad polem bitwy, gdzie generałowie przesuwają oddziały na holograficznej mapie. Qiilura ma dzięki temu bardzo fizyczny charakter. Czuć teren, odległości, pogodę i to, jak trudna staje się najprostsza czynność, gdy człowiek musi jednocześnie uważać na patrol przeciwnika, miejscowych oraz własne ślady. Powieść jest przy tym wyraźnie bardziej przyziemna niż wiele historii z Gwiezdnych Wojen. Moc istnieje, miecze świetlne również, ale jeśli ktoś nie ma schronienia, informacji i dobrego pola ostrzału, sama przynależność do słynnego zakonu nie rozwiązuje problemu. Galaktyka bywa pod tym względem brutalnie demokratyczna.
Najlepiej widać to przy Etain. Traviss nie tworzy z niej małej wersji Obi-Wana Kenobiego, która tylko czeka na odpowiedni moment, by objawić pełnię talentu. To padawanka niepewna siebie, niedoświadczona i świadoma, że odpowiada za ludzi lepiej przygotowanych do tej konkretnej wojny niż ona sama. Jej relacja z Darmanem działa właśnie dlatego, że nie buduje się na prostym układzie Jedi i podwładny. Etain musi stopniowo zrozumieć, kogo właściwie Republika powierzyła jej dowództwu, a przy okazji zmierzyć się z bardzo niewygodnym pytaniem o moralność całego przedsięwzięcia. Zakon Jedi deklaruje szacunek dla życia, po czym obejmuje stanowiska generałów armii składającej się z ludzi wyhodowanych do walki, pozbawionych normalnego dzieciństwa i wyposażonych w przyspieszony proces starzenia. Można długo medytować nad równowagą Mocy, ale taki układ jest trudny do obrony nawet przy wyjątkowo korzystnym ustawieniu poduszek.
To właśnie klony stanowią jednak serce książki. Niner, Fi, Darman i Atin nie są rozpisani tak, by czytelnik mógł rozpoznawać ich wyłącznie po specjalizacji bojowej. Traviss daje im osobowości, różne temperamenty i różne sposoby rozumienia własnego miejsca w armii. Jednocześnie nie przesadza w drugą stronę. Nie robi z nich cywilów przypadkiem ubranych w zbroje komandosów. Ich sposób myślenia został ukształtowany przez trening, hierarchię i świadomość celu, dla którego istnieją. Są przyzwyczajeni do ryzyka, śmierci i wykonywania rozkazów, ale nie oznacza to, że nie mają własnych potrzeb czy emocji. Dzięki temu pytanie o człowieczeństwo klonów nie zostaje sprowadzone do łatwej deklaracji, że przecież czują, więc należy traktować ich jak wszystkich innych. Traviss pokazuje problem znacznie ciekawiej. Ci żołnierze są ludźmi, którzy nigdy nie otrzymali szansy nauczyć się normalnego życia, a więc ich wolność nie może być rozpatrywana w oderwaniu od tego, jak zostali stworzeni i wychowani.
Militarny charakter powieści jest przy tym bardzo wyraźny. Traviss lubi procedury, wyposażenie, taktykę, obserwację terenu i język ludzi, dla których niewłaściwie zabezpieczona pozycja nie jest drobnym niedopatrzeniem, tylko sposobem na szybsze zakończenie znajomości z własnymi kończynami. Dla części czytelników może to oznaczać momentami zbyt dużą ilość szczegółów, szczególnie na początku, gdy trzeba jeszcze rozpoznać bohaterów, ich role i sytuację na planecie. Książka potrzebuje chwili, żeby nabrać pełnego rytmu. Gdy jednak Drużyna Omega zaczyna funkcjonować jak rzeczywisty zespół, techniczne elementy przestają ciążyć, bo wynikają z charakterów postaci i ich sposobu postrzegania świata. Żołnierz po wieloletnim treningu nie patrzy przecież na las i nie myśli, że jest malowniczy. Patrzy, gdzie może schować się przeciwnik, którędy da się wycofać i z którego miejsca ktoś najłatwiej będzie próbował go zastrzelić. W tej perspektywie romantyzm przyrody szybko przegrywa z geometrią ostrzału.
Sama fabuła nie jest szczególnie skomplikowana i właściwie dobrze jej to robi. Traviss nie próbuje wcisnąć do jednego tomu losów Republiki, Sithów, Senatu, całego Zakonu Jedi i przynajmniej trzech rodzinnych sekretów Skywalkerów. Cel misji pozostaje jasny, przeciwnicy są konkretni, a historia rozwija się przez kolejne komplikacje terenowe i osobiste. Ghez Hokan sprawdza się jako wróg, ponieważ ma własne kompetencje i nie jest kolejnym separatystycznym urzędnikiem stojącym przy stole konferencyjnym. Nie wszystkie jego działania przekładają się jednak na tak silną presję, jakiej można byłoby oczekiwać. Finał miejscami przebiega sprawniej, niż sugerowały wcześniejsze przygotowania, przez co część budowanego wcześniej napięcia uchodzi trochę za szybko. Nie niszczy to zakończenia, ale pozostawia poczucie, że najbardziej niebezpieczna operacja mogła jeszcze przez chwilę bardziej przypominać najbardziej niebezpieczną operację.
Znacznie ciekawsze od pytania, czy bohaterowie wykonają zadanie, pozostaje więc to, co powieść robi z samym obrazem wojen klonów. Filmy pokazywały armię Republiki przede wszystkim jako potężną machinę wojskową, a Traviss zagląda pod jej pancerz i znajduje tam problem moralny rozmiarów niezbyt wygodnych dla strony nazywanej dobrą. Republika korzysta z armii ludzi, których właściwie posiada. Jedi dowodzą nimi w imię obrony demokracji. Klony giną tysiącami, choć żaden z nich nie podjął decyzji, że chce w tej demokracji uczestniczyć, a tym bardziej za nią umierać. Bezpośredni kontakt nie zamienia się przy tym w traktat polityczny i całe szczęście, bo Drużyna Omega ma w tym czasie trochę pilniejsze sprawy. Traviss pozwala jednak, by te pytania stale pracowały pod powierzchnią akcji. Dzięki temu każda rozmowa o rozkazach, obowiązku czy przyszłości bohaterów dostaje dodatkowy ciężar.
Nie wszystko jest tutaj równie subtelne. Autorka wyraźnie darzy klony sympatią, a jej krytyczne spojrzenie na Jedi będzie w kolejnych książkach serii jeszcze bardziej widoczne. Już tutaj momentami można odnieść wrażenie, że komandosi dostają wszystkie argumenty wynikające z brutalnego doświadczenia, podczas gdy przedstawiciele zakonu muszą dopiero nauczyć się, jak działa świat poza świątynią. W ramach tej konkretnej historii nie jest to jeszcze dużym problemem, przede wszystkim dlatego, że Etain nie zostaje sprowadzona do roli naiwnej Jedi potrzebnej wyłącznie do potwierdzania racji żołnierzy. Jej rozwój jest jednym z ważniejszych elementów książki. Traviss pokazuje dzięki niej nie tyle niekompetencję zakonu, ile fatalne niedopasowanie jego ideałów do wojny, którą Jedi zgodzili się prowadzić.
Bezpośredni kontakt jest więc bardzo dobrym początkiem serii właśnie dlatego, że nie próbuje wygrać skalą. Nie ma tutaj pojedynku przesądzającego o losie galaktyki ani kolejnego kryzysu, którego skutki będą odczuwane przez następne tysiąclecie. Jest kilku żołnierzy wysłanych na planetę, z której mogą nie wrócić, młoda Jedi próbująca zrozumieć ludzi oddanych pod jej opiekę i broń, która może sprawić, że wojna stanie się dla klonów jeszcze bardziej jednostronnym interesem. Traviss bierze fragment konfliktu zwykle oglądanego z perspektywy bohaterów stojących na mostkach okrętów i sprowadza go do wysokości człowieka. Nagle identyczne białe hełmy przestają być tłem. Gdy czytelnik zaczyna wiedzieć, kto znajduje się pod każdym z nich, Wielka Armia Republiki wygląda już trochę mniej imponująco, a zdecydowanie bardziej niepokojąco.

