Stos nie pyta, czy czarownica ma licencję. Nie interesuje go również, czy oskarżenie ma jakiekolwiek podstawy, czy świadkowie mówią prawdę i czy kobieta stojąca przed sądem rzeczywiście posługuje się czarną magią. W świecie Procesu magia istnieje naprawdę, demony potrafią zabijać, a Iskry dysponują mocami niedostępnymi zwykłym ludziom. Katarzyna Wierzbicka przewrotnie umieszcza jednak swoich bohaterów w rzeczywistości, w której prawdziwość czarów wcale nie czyni procesów o czary bardziej sprawiedliwymi. Wręcz przeciwnie. Skoro nadnaturalne zagrożenie rzeczywiście istnieje, jeszcze łatwiej wykorzystać strach przed nim do rozprawienia się z człowiekiem, którego akurat wygodnie uznać za winnego.
Akcja rozgrywa się w drugiej połowie XVIII wieku, kiedy Rzeczpospolita szlachecka zmierza ku katastrofie, choć nie wszyscy są jeszcze gotowi ją dostrzec. W tle pojawia się konfederacja barska, polityczne napięcia, religijne spory oraz proces o czary w Doruchowie. Wierzbicka nie dopisuje do podręcznika historii kilku czarownic i demonów dla urozmaicenia dekoracji. Buduje alternatywną wersję Rzeczypospolitej, w której osoby posiadające magiczne zdolności są elementem społeczeństwa, mają własne struktury, ambicje polityczne i miejsce w istniejącym porządku, choć ich relacje z pozostałą częścią ludności dalekie są od pokojowego współistnienia.
Iskry mogą pomagać ludziom, leczyć ich i bronić przed zagrożeniami, a jednocześnie pozostają obiektem podejrzliwości i pogardy. Czasami wystarczy nieszczęście, plotka albo odpowiednio skierowany gniew, żeby użyteczna sąsiadka zmieniła się w oczach otoczenia w niebezpieczną wiedźmę. To jeden z ciekawszych elementów świata przedstawionego, ponieważ Wierzbicka nie próbuje stworzyć prostej analogii, w której magiczni są wyłącznie prześladowaną mniejszością, a niemagiczni reprezentują ciemnotę i nienawiść. Iskry mają własną politykę, hierarchię, konflikty i ludzi gotowych wykorzystać posiadaną przewagę. Magia komplikuje istniejące podziały zamiast je zastępować.
Najlepiej widać to na przykładzie rodzeństwa Sawickich. Konstancja jest licencjonowaną czarownicą, która chce przede wszystkim żyć po swojemu i pomagać tym, którzy tej pomocy potrzebują. Nie oznacza to jednak, że została napisana jako kolejna nieomylna bohaterka fantasy, której niezależność automatycznie gwarantuje moralną wyższość. Jest uparta, pewna siebie, potrafi działać impulsywnie i popełnia błędy, za które później trzeba zapłacić. Polubiłam przede wszystkim to, że Wierzbicka pozwala jej czasami zwyczajnie nie mieć racji. Konstancja nie zawsze wie najlepiej, nie zawsze podejmuje rozsądne decyzje i nie zdobywa nagle umiejętności pozwalających jej ustawiać wszystkich wokół siebie według własnego planu.
Jerzy znajduje się niemal po przeciwnej stronie charakterologicznego lustra. Ambitny mag mierzy znacznie wyżej, interesuje go pozycja w świecie Iskier i jest gotowy ponosić, a częściej pozwalać innym ponosić, koszty własnych decyzji. To postać znacznie mniej sympatyczna, ale właśnie przez to bardzo ciekawa. Wierzbicka nie próbuje go na siłę usprawiedliwiać ani natychmiast wyposażać w zestaw cech mających przekonać czytelniczkę, że pod warstwą bezwzględności kryje się jednak złote serce. Jerzy jest niepokojący, wyrachowany i chwilami zwyczajnie paskudny. Szkoda jedynie, że nie dostaje jeszcze więcej miejsca, bo spośród bohaterów pierwszego tomu to właśnie on ma potencjał, by w przyszłości narobić największego bałaganu.
Trzecim istotnym punktem tej układanki jest Franciszek Brodzki, jezuita i uczony, którego początkowe przekonania dotyczące magii oraz czarownic zostają skonfrontowane z rzeczywistością. Szczególnie istotny okazuje się tu proces w Doruchowie. W świecie, w którym czary naprawdę działają, można byłoby spodziewać się przynajmniej bardziej racjonalnych metod rozpoznawania ich użycia. Tymczasem mechanizm oskarżenia pozostaje boleśnie ludzki. Pomówienie, interes, uprzedzenie i przemoc potrafią znaczyć więcej niż fakty, a tortury nadal posiadają tę samą niezawodną właściwość co w naszej historii: pozwalają uzyskać dokładnie takie zeznanie, jakiego oczekuje oprawca.
Dzięki temu historyczna warstwa Procesu nie zostaje przygnieciona przez fantastykę. Wierzbicka ciekawie wykorzystuje wydarzenia znane z dziejów Rzeczypospolitej, ale nie próbuje za wszelką cenę udowodnić, że za każdym historycznym zakrętem stał mag, demon albo tajna Rada Iskier. Początkowo uznałam tę powściągliwość za zaletę, bo dzięki niej rzeczywiste wydarzenia nie zmieniają się w pretekst do fantastycznej wycieczki. Z czasem pojawił się jednak niedosyt. Skoro autorka zbudowała świat, w którym magia jest realną siłą społeczną i polityczną, chciałabym mocniej zobaczyć jej wpływ na bieg historii. Szczególnie że schyłek Rzeczypospolitej daje tutaj ogromne możliwości.
Na szczęście Wierzbicka dobrze radzi sobie z historycznym kostiumem. Język pozostaje przystępny i lekko stylizowany, ale nie próbuje co drugie zdanie przypominać, że jesteśmy w XVIII wieku. Nie dostajemy więc festiwalu archaizmów, podczas którego fabuła musi cierpliwie poczekać, aż autor pochwali się zawartością słownika staropolskiego. Epoka jest obecna przede wszystkim w mentalności bohaterów, zależnościach społecznych, religijności i polityce. Takie rozwiązanie sprawia, że Proces czyta się sprawnie, a historyczna sceneria nie staje się barierą dla osoby, która na co dzień po powieści historyczne nie sięga.
Sama konstrukcja opowieści jest dynamiczna, między innymi dzięki większym przeskokom czasowym. Rozumiem ich funkcję, ponieważ bez nich pierwszy tom prawdopodobnie urósłby do rozmiarów solidnej cegły, zanim bohaterowie dotarliby do zasadniczej części historii. Nie zawsze jednak byłam zadowolona z tych cięć. Czasami właśnie okres pomiędzy dwoma pokazanymi wydarzeniami wydawał mi się materiałem, który chciałabym poznać. Dotyczy to przede wszystkim ewolucji postaci i relacji między nimi. Powieść potrafi zasugerować interesującą zmianę, po czym przenieść akcję dalej i pokazać już jej rezultat.
Podobny niedosyt dotyczy samego świata Iskier. Dostajemy Radę, licencjonowane czarownice, zasady dotyczące korzystania z magii, ludzi posiadających niekontrolowane zdolności oraz napięcia pomiędzy magiczną i niemagiczną częścią społeczeństwa. Jest też czarna magia i są demony, których Wierzbicka szczęśliwie nie próbuje przerabiać na źle zrozumiane stworzenia potrzebujące przytulenia. Problem polega na tym, że wiele z tych elementów zostaje dopiero pokazanych. Czułam, że za drzwiami znajduje się znacznie większy świat, ale autorka pozwala mi na razie zajrzeć do niego jedynie przez szczelinę.
Nie jest to wada przypadkowa, ponieważ Proces wyraźnie pełni również funkcję pierwszego tomu większej historii. Część wątków znajduje swoje rozwiązanie, inne dopiero zaczynają nabierać znaczenia. W rezultacie książka potrafi dać satysfakcję jako osobna opowieść, a jednocześnie pozostawia sporo pytań dotyczących dalszych losów bohaterów, Rady Iskier i politycznego znaczenia magii. Wolałabym tylko, żeby kilka z tych obietnic zostało rozwiniętych już tutaj, zamiast czekać na następną część.
Wierzbicka dobrze radzi sobie natomiast z moralną niejednoznacznością. W Procesie zło rzeczywiście przybiera postać demonów, ale byłoby zbyt wygodne, gdyby dało się je zamknąć wyłącznie w nadnaturalnych stworzeniach. Ludzie całkiem sprawnie radzą sobie bez ich pomocy. Religijność może służyć zarówno wierze, jak i usprawiedliwianiu przemocy. Polityczne ideały łatwo stają się narzędziem ambicji. Strach przed magią może prowadzić do okrucieństwa, ale sama magiczna moc również nie czyni nikogo lepszym człowiekiem. Najciekawsze konflikty pojawiają się więc wtedy, kiedy bohaterowie są przekonani o własnej racji i właśnie w jej imię zaczynają przekraczać kolejne granice.
Dlatego mimo demonów, czarnej magii i procesów o czary Proces najmocniej działa jako opowieść o ludziach przekonanych, że posiadają wystarczająco dobry powód, by zrobić coś złego. Konstancja, Jerzy i Franciszek patrzą na rzeczywistość z bardzo różnych miejsc, a ich przekonania nieustannie zderzają się z doświadczeniem. Nie każda z tych postaci wzbudza sympatię i dobrze, że Wierzbicka nie próbuje tego zmieniać. Znacznie ciekawiej obserwować bohaterów, których decyzje można rozumieć, niekoniecznie chcąc z nimi usiąść przy jednym stole.
Proces pozostawił mnie więc przede wszystkim z apetytem na bardziej odważne wykorzystanie tego, co już zostało zbudowane. Alternatywna Rzeczpospolita z Iskrami uczestniczącymi w życiu społecznym i politycznym ma potencjał znacznie większy niż rola efektownego tła dla historii o czarownicach. Pierwszy tom pokazuje, jak łatwo połączyć polską historię z fantastyką bez odbierania jednej lub drugiej stronie własnego charakteru. Teraz chciałabym zobaczyć, co się stanie, kiedy magia przestanie jedynie towarzyszyć historii i naprawdę zacznie próbować zmienić jej bieg.

