Kaj zaczyna zmieniać się w kamień i właściwie w tym momencie kończy się dzieciństwo całej czwórki. Luna, Tala i Daniel mogliby zostać w Księżycowym Gaju, pozwolić dorosłym zająć się problemem i zaakceptować zasady, według których człowiek dotknięty zarazą przestaje być jednym z nich. Nie robią tego. Wybierają Kaja, a razem z nim ucieczkę z jedynego miejsca, jakie dotąd znali. Beata Skrzypczak szybko daje przy tym do zrozumienia, że kamieniejące ciało przyjaciela wcale nie będzie najgorszą rzeczą, jaką zobaczą poza domem. Kamienne twarze zaczynają się bowiem od choroby rodem z mrocznej baśni, ale znacznie bardziej interesuje je świat, w którym zdrowi ludzie potrafią potraktować drugiego człowieka gorzej niż jakakolwiek zaraza.
Księżycowy Gaj długo chronił Lunę, Talę, Daniela i Kaja przed rzeczywistością. Młodzi bohaterowie wiedzą o szerzącym się zagrożeniu, lecz dopóki choroba pozostaje gdzieś daleko, można traktować ją jak kolejną straszną historię opowiadaną w bezpiecznym domu. Wszystko zmienia się wraz z zakażeniem Kaja. Zaraza stopniowo przeobraża ludzkie ciało w popękany kamień, a jej ofiary budzą strach wystarczająco silny, żeby społeczeństwo przestało widzieć w nich ludzi. Przyjaciele nie zamierzają jednak czekać na nieuchronny koniec. Jedyną nadzieją okazuje się Wyrocznia, tajemnicza i potężna istota, która być może potrafi pomóc, choć nigdy nie robi tego bez odpowiedniej zapłaty.
Brzmi to jak klasyczny początek wyprawy fantasy. Jest grupa młodych bohaterów, śmiertelnie niebezpieczna przypadłość, cel znajdujący się gdzieś poza znanym światem i kolejne etapy podróży prowadzące ku odpowiedziom. Skrzypczak przez pewien czas rzeczywiście korzysta z takiego schematu, ale później dość brutalnie go rozbija. Wędrówka nie zamienia się w serię przygód, podczas których bohaterowie poznają nowe krainy i stopniowo odkrywają tajemnicę zarazy. Zamiast tego młodzi ludzie bardzo szybko przekonują się, że poza rodzinną wioską nie obowiązują zasady, do których przywykli. Trafiają do rzeczywistości opartej na przemocy, wyzysku i prostym przekonaniu, że słabszego można wykorzystać, skoro nie jest w stanie się obronić.
Szczególnie mocno działa etap związany z Marmurowym Miastem. To właśnie tutaj fantastyczna podróż zostaje właściwie zatrzymana, a książka zaczyna opowiadać o przetrwaniu w znacznie bardziej przyziemnym znaczeniu. Młodzi bohaterowie zostają pozbawieni wolności, zmuszeni do ciężkiej pracy i poddani przemocy. Nie mają magicznych zdolności pozwalających rozprawić się z oprawcami ani doświadczonego wojownika, który pojawi się w odpowiednim momencie. Pozostają im wiedza, spryt oraz wzajemne wsparcie. Skrzypczak potrafi w tych fragmentach stworzyć bardzo nieprzyjemne poczucie bezsilności, szczególnie dlatego, że sprawcami cierpienia nie są potwory ani fantastyczne istoty. Są nimi zwyczajni ludzie wykorzystujący niewielką przewagę nad kimś słabszym.
To przesuwa ciężar Kamiennych twarzy w ciekawym kierunku. Zaraza wygląda jak oczywiste źródło grozy, lecz z czasem staje się również sposobem opowiadania o strachu przed innym. Zakażony człowiek przestaje być sąsiadem, przyjacielem czy członkiem rodziny, ponieważ zostaje sprowadzony do zagrożenia. Wystarczy widoczny znak choroby, żeby wcześniejsze więzi straciły znaczenie. Skrzypczak nie buduje na tym skomplikowanej alegorii, ale mechanizm wykluczenia pozostaje czytelny. Im bardziej ludzie boją się kamiennych twarzy, tym łatwiej usprawiedliwiają własne okrucieństwo.
Na tym tle relacja czwórki bohaterów nabiera szczególnego znaczenia. Luna, Tala, Daniel i Kaj nie pozostają razem dlatego, że przepowiednia wyznaczyła im wspólną misję. Są razem, ponieważ nie chcą zostawić jednego z własnych ludzi. To bardzo prosty fundament, ale właśnie dlatego dobrze działa. Każdy kolejny problem sprawdza, ile naprawdę znaczy deklarowana lojalność, gdy pomoc drugiej osobie zaczyna oznaczać głód, cierpienie albo narażenie własnego życia. Skrzypczak nie potrzebuje wielkich przemówień o przyjaźni. Znacznie lepiej wypadają drobniejsze sytuacje, w których jedno z bohaterów pomaga drugiemu wstać, przejmuje część jego obowiązków albo po prostu zostaje obok, choć łatwiej byłoby odejść.
Pierwszoosobowa narracja Luny dodatkowo zacieśnia perspektywę. Świat poznajemy razem z dziewczyną, dlatego nie dostajemy obszernego przewodnika po jego historii, geografii czy polityce. Luna wie tyle, ile mogła dowiedzieć się, dorastając w odizolowanej społeczności, a bardzo szybko okazuje się, że nawet ta wiedza niekoniecznie jest kompletna. Rodzice młodych bohaterów wyraźnie coś przed nimi ukrywali, zaraza ma przeszłość, o której niewiele wiadomo, a kolejne odkrycia podważają obraz rzeczywistości wyniesiony z Księżycowego Gaju. Ograniczona perspektywa dobrze współgra więc z sytuacją bohaterów. Oni naprawdę nie wiedzą, w jaki świat weszli.
Ma to jednak swoją cenę. Kamienne twarze są pierwszym tomem większego cyklu i bardzo wyraźnie to czuć. Skrzypczak pokazuje zaledwie fragment stworzonego uniwersum, podrzuca pytania dotyczące pochodzenia zarazy, przeszłości rodziców czy samej Wyroczni, ale na wiele z nich nie udziela jeszcze konkretnych odpowiedzi. Mnie szczególnie brakowało nieco więcej informacji o historii tego świata. Choroba zmieniająca ludzi w kamień jest wystarczająco intrygującym pomysłem, żeby chcieć poznać jej miejsce w kulturze, wierzeniach i pamięci mieszkańców. Tutaj sporo pozostaje jeszcze za zasłoną.
Nie musi to przeszkadzać komuś, kto w fantasy szuka przede wszystkim bohaterów i emocji. Osoby przyzwyczajone do rozbudowanego worldbuildingu mogą jednak poczuć niedosyt. Nie znajdziemy tutaj dziesiątek nazw krain, politycznych frakcji, szczegółowego systemu magii ani rozległej mitologii przedstawionej już na początku. Świat odsłania się tylko wtedy, kiedy bohaterowie rzeczywiście muszą się z nim zetknąć. Dzięki temu książka jest przystępna, ale jednocześnie trudno po pierwszym tomie stwierdzić, jak rozbudowane fundamenty ma cała seria.
Podobnie przedstawia się kwestia tempa. Początek potrzebuje czasu na pokazanie bohaterów oraz ich dotychczasowego życia, a sama podróż również nie zmienia się w gonitwę od jednego zwrotu akcji do następnego. Skrzypczak zdecydowanie bardziej interesuje się konsekwencjami kolejnych doświadczeń niż widowiskowością. Zdarzają się więc fragmenty, w których fabuła posuwa się do przodu wolniej, niż można oczekiwać po historii z wyraźnym wyścigiem z czasem. Stan Kaja powinien przecież nieustannie przypominać, że grupa nie może pozwolić sobie na zwłokę. Nie zawsze odczuwałam tę presję równie mocno.
W zamian dostajemy przestrzeń na obserwowanie przemiany bohaterów. Czwórka wychodzi z Księżycowego Gaju z pewnym wyobrażeniem o świecie i własnym miejscu w nim, a później rzeczywistość metodycznie pozbawia ich kolejnych złudzeń. To dojrzewanie nie ma nic wspólnego z romantyczną wizją zdobywania doświadczenia podczas wielkiej przygody. Bohaterowie dorastają, ponieważ ktoś odbiera im możliwość pozostania dziećmi. Uczą się ostrożności, podejrzliwości i tego, że dobry zamiar nie wystarcza do przeżycia. Co ważne, nie oznacza to całkowitego porzucenia wcześniejszych wartości. Ich największym zwycięstwem pozostaje właśnie to, że brutalność świata nie potrafi całkowicie zniszczyć więzi między nimi.
Najmocniej zarysowane są Luna i Tala, natomiast Daniel oraz Kaj pozostawiają jeszcze większą przestrzeń do rozwinięcia w kolejnych częściach. Czasami chciałoby się wejść głębiej w perspektywę pozostałych bohaterów, szczególnie Kaja, którego choroba jest przecież bezpośrednią przyczyną całej wyprawy. Ograniczenie narracji do Luny sprawia jednak, że innych poznajemy przede wszystkim przez jej stosunek do nich. Daje to emocjonalną bliskość, ale zarazem zamyka część drzwi.
Pomiędzy Luną i Danielem pojawiają się także pierwsze oznaki uczucia, ale dobrze, że Skrzypczak nie próbuje na siłę przesunąć romansu na pierwszy plan. W sytuacji, w której bohaterowie walczą o przetrwanie i próbują uratować przyjaciela, rozbudowany wątek miłosny mógłby łatwo zabrzmieć fałszywie. Tutaj uczucia wynikają raczej z bliskości, troski oraz kolejnych wspólnie przeżytych sytuacji. Ważniejsze pozostaje to, co łączy całą czwórkę.
Sporo charakteru nadaje książce język. Skrzypczak pisze obrazowo i chętnie zatrzymuje uwagę na otoczeniu, zapachach, temperaturze czy fizycznym odczuwaniu miejsca. Dzięki temu kontrast pomiędzy względnym bezpieczeństwem początku a późniejszym brudem i przemocą staje się mocniejszy. Baśniowość nie oznacza przy tym łagodności. W tej historii las potrafi niepokoić, miasto okazuje się znacznie groźniejsze od dziczy, a fantastyczne zagrożenie wcale nie musi być najgorszym, jakie spotka człowieka.
Właśnie dlatego nie traktowałbym Kamiennych twarzy jak typowej lekkiej młodzieżowej fantasy. Wiek bohaterów może sugerować taki kierunek, podobnie jak mocno zaakcentowana przyjaźń i dojrzewanie, ale Skrzypczak prowadzi ich przez doświadczenia zdecydowanie bardziej brutalne. Przemoc, upokorzenie, niewolnicza praca i bezwzględność świata nie są tutaj chwilowymi przeszkodami przed kolejną przygodą. Zostawiają ślady i stopniowo zmieniają sposób, w jaki bohaterowie myślą.
Nie wszystko w pierwszym tomie zostaje jednak wykorzystane równie mocno. Wyrocznia przez dużą część historii pozostaje przede wszystkim odległym celem, a sama zaraza chwilami ustępuje miejsca bardziej przyziemnym problemom. Rozumiem ten wybór, bo dzięki niemu autorka może pokazać, że świat jest niebezpieczny również bez nadnaturalnej katastrofy, ale tajemnica kamienienia jest na tyle interesująca, że chciałoby się otrzymać o niej nieco więcej. Pierwszy tom zdecydowanie częściej stawia pytania, niż na nie odpowiada.
Finał potwierdza zresztą, że Kamienne twarze należy traktować jako otwarcie większej historii, a nie zamkniętą przygodę z pozostawioną furtką na sequel. To, czego doświadczyli bohaterowie, wyraźnie ich zmieniło, ale droga do zrozumienia zarazy, Wyroczni oraz sekretów ich rodzin dopiero się rozpoczyna. Zakończenie pozostawia więc niedosyt, choć niekoniecznie ten negatywny. Bardziej przypomina moment, w którym książka odsłania kawałek większej układanki i dopiero wtedy pozwala dostrzec, jak wiele elementów nadal pozostaje poza kadrem.
Po Kamiennych twarzach najbardziej pamiętam jednak nie zarazę ani obietnicę spotkania z Wyrocznią. Zostaje ze mną czwórka dzieciaków, które wyszły z domu przekonane, że największym problemem będzie uratowanie przyjaciela, a po drodze odkryły, jak niewiele wiedziały o ludziach. Beata Skrzypczak nie spieszy się z odkrywaniem własnego świata i nie wszystkie jego tajemnice zdążyła jeszcze uczynić równie fascynującymi. Zrobiła natomiast coś ważniejszego dla pierwszego tomu: dała mi powód, żeby interesowało mnie, kto będzie odkrywał je dalej. Księżycowy Gaj został daleko za bohaterami. Po tym, co zobaczyli poza nim, nawet powrót do domu nie wystarczyłby już, żeby znów stali się tymi samymi ludźmi.

