Najbardziej niepokojące w Primetime nie jest to, że ludzie potrafią robić rzeczy potworne. To kino nie ma większych wątpliwości co do mężczyzn, którzy pojawiają się w domu, sądząc, że spotkają tam osoby niepełnoletnie. O wiele ciekawsze pytanie brzmi: co dzieje się wtedy, gdy ujawnianie ich staje się formatem telewizyjnym, gdy publiczne upokorzenie zaczyna generować wyniki, a ludzie stojący po stronie słusznej sprawy odkrywają, że ich pozycja zależy od istnienia kolejnych potworów? Lance Oppenheim właśnie tam znajduje prawdziwy temat filmu. Nie w samym złu, lecz w systemie, który nauczył się je transmitować, montować i sprzedawać.
Primetime wyrasta z fenomenu programu To Catch a Predator i prawdziwych wydarzeń, ale nie interesuje się chłodną rekonstrukcją. To nie dokumentalny zapis, lecz fabularna interpretacja kultury medialnej połowy pierwszej dekady XXI wieku. Świata, w którym telewizja sieciowa nadal miała ogromną władzę, internet zaczynał zmieniać reguły gry, a program udający służbę publiczną mógł jednocześnie funkcjonować jako widowisko. Oppenheim rozumie, że to właśnie ten podwójny status był źródłem sukcesu. Widz mógł czuć się moralnie bezpieczny, oglądając cudzą kompromitację, bo przecież wszystko odbywało się w imię ochrony nieletnich.
Robert Pattinson jako Chris Hansen jest tu znakomity nie dlatego, że tworzy perfekcyjną imitację. Ważniejsze jest to, że buduje figurę człowieka uzależnionego od własnej roli. Hansen mówi spokojnie, stoi prosto, cytuje kompromitujące wiadomości z odpowiednim ciężarem i doskonale wie, kiedy zrobić pauzę. Jego siła nie polega na krzyku. Polega na kontroli. Wchodzi do pokoju jako dziennikarz, ale bardzo szybko staje się jednocześnie oskarżycielem, sędzią, gospodarzem ceremonii i gwiazdą programu.
Pattinson świetnie pokazuje moment, w którym zawodowa misja zaczyna mieszać się z ego. Hansen nadal może wierzyć, że robi coś ważnego, ale coraz bardziej liczy się też to, jak wygląda przy kamerze, jak jest odbierany i jaką pozycję zdobywa w telewizji. W tym sensie Primetime opowiada nie tyle o upadku człowieka dobrego, ile o kimś, kto odkrywa, że poczucie moralnej wyższości może być niezwykle przyjemne.
Najbardziej niebezpieczny nie jest tu cynik, który wie, że manipuluje. Groźniejszy jest człowiek przekonany, że słuszny cel usprawiedliwia każdą kolejną metodę. Merritt Wever jako producentka Andie Bender daje filmowi drugi filar. Jej bohaterka rozumie telewizję nawet lepiej niż Hansen. Wie, że sukces nie zamyka tematu, tylko podnosi oczekiwania. Dobry wynik oznacza konieczność zrobienia czegoś większego. Kolejny materiał musi mieć mocniejszy haczyk. Kolejna konfrontacja musi być bardziej efektowna. Kolejna osoba musi być ważniejsza. W pewnym momencie pojawia się potrzeba znalezienia „wieloryba”, celu tak dużego, żeby następny program stał się wydarzeniem.
To jedno słowo mówi bardzo dużo. Człowiek zostaje zamieniony w zdobycz jeszcze zanim wejdzie do kadru. Liczy się jego wartość narracyjna, medialna i promocyjna. Wtedy najłatwiej zgubić pytanie, gdzie kończy się dochodzenie, a zaczyna produkcja widowiska. Wever gra Andie bardzo dobrze, bo nie robi z niej prostej cynicznej producentki. Widać zmęczenie, frustrację i świadomość tego, jak toksyczna potrafi być praca przy takim przedsięwzięciu. Ale jednocześnie, gdy pojawia się potencjalnie wielka historia, zawodowy instynkt natychmiast wraca. To jedna z mocniejszych obserwacji filmu. Ludzie nie muszą być potworami, żeby system działał źle. Czasami wystarczy, że wszyscy dobrze wykonują swoją pracę.
Najciekawszym bohaterem może być jednak Dan Plumb, grany przez Skylera Gisondo. Młody aktor trafia do programu, ponieważ wygląda znacznie młodziej, niż wskazuje jego wiek. Ma wcielać się w nastolatków używanych jako przynęta podczas operacji. Na początku traktuje to jak dziwne zlecenie i szansę zawodową. Chce zdobyć doświadczenie, znaleźć miejsce w branży, zrobić kolejny krok. Nie wchodzi do tego świata z żądzą władzy ani z ideologicznym zapałem.
I właśnie dlatego jego przemiana jest tak mocna. Gisondo pokazuje ją drobnymi gestami. Dan uczy się zachowywać przed kamerą, rozumie oczekiwania producentów, zaczyna coraz lepiej funkcjonować w systemie i jednocześnie coraz mniej reagować na moralny ciężar tego, co robi. Na początku jeszcze widać szok. Później pojawia się zawodowa rutyna. Film bardzo trafnie pokazuje, jak łatwo oswoić się z czymś, co chwilę wcześniej wydawało się nie do przyjęcia, jeśli otoczenie nagradza skuteczność.

Dan jest też świetnym kontrapunktem dla Hansena. Hansen zaczyna film już ukształtowany, przynajmniej częściowo przeżarty własną pozycją. Dan dopiero się uczy. Dzięki temu możemy obserwować sam proces zakażenia systemem. Oppenheim pokazuje zło nie jako coś zamkniętego w konkretnych ludziach, lecz jako sposób myślenia, który może przechodzić z osoby na osobę. To właśnie tutaj Primetime staje się ciekawszy niż zwykły film o telewizyjnym cynizmie. Nie chodzi wyłącznie o to, że media żerują na cudzym nieszczęściu. To byłoby zbyt proste. Film pyta, jak długo można patrzeć w ciemność, zanim samemu zacznie się potrzebować jej do własnego funkcjonowania.
Oppenheim bardzo dobrze wykorzystuje też estetykę epoki. Obraz ma lekko zdegradowaną, miękką, czasami wręcz chorobliwą fakturę. Kolory bywają niezdrowe, żółtawe, zielonkawe, jakbyśmy oglądali świat przez taśmę przegrzaną w magnetowidzie. Kamera często podchodzi zbyt blisko twarzy, zostawia fragmenty nieostre, wykorzystuje odbicia i szyby. To nie jest tylko stylizacja na połowę pierwszej dekady XXI wieku. Sam film zaczyna wyglądać tak, jakby coś w nim powoli gniło.
Najlepiej widać to przy Hansenie. Odbicia jego twarzy deformują się, rozciągają, czasem wydają obce. To bardzo prosty zabieg, ale działa. Oppenheim nie musi mówić wprost, że telewizyjna persona zaczyna pożerać człowieka. Wystarczy pokazać, jak twarz prezentera rozpada się w szybie.Film ma też sporo humoru, ale jest to humor niekomfortowy. Niektóre konfrontacje są tak groteskowe, że śmiech pojawia się automatycznie. I właśnie wtedy Primetime podsuwa widzowi lustro. Śmiejesz się, bo sytuacja jest absurdalna. A potem przypominasz sobie, na czym dokładnie ten absurd polega.
To jedna z najmocniejszych rzeczy w filmie. Oppenheim krytykuje mechanizm widowiska, ale sam bardzo dobrze rozumie, dlaczego ono działa. Wie, że moralna wyższość potrafi być przyjemna. Wie, że publiczne skompromitowanie kogoś daje widzowi satysfakcję. Wie też, że ludzie znacznie chętniej oglądają karę, jeśli wcześniej dostaną zapewnienie, że ukarany na nią zasłużył. Dlatego Primetime nie próbuje wzbudzić sympatii do wszystkich złapanych mężczyzn. To byłoby tanie i zbędne. Nie chodzi o ich wybielanie. Chodzi o pokazanie, że nawet jeśli cel jest oczywisty moralnie, metoda nadal może wymagać krytycznego spojrzenia.Problem zaczyna się wtedy, gdy operacja medialna, policyjna i dziennikarska stapiają się w jedną całość. Kto właściwie tutaj prowadzi dochodzenie? Kto prowokuje sytuację? Kto decyduje, kiedy człowiek jest już winny? Kto kontroluje materiał? Kto montuje jego upadek? I co się dzieje, gdy wszystkie te role zaczynają pracować na wspólną oglądalność?
Film najmocniej uderza wtedy, gdy dochodzi do historii związanej z Billem Conradtem. To moment, w którym medialna logika przestaje być tylko nieprzyjemna, a zaczyna mieć realne konsekwencje. Zespół chce większej historii. Policja chce zatrzymania. Telewizja chce materiału. Każdy uczestnik może znaleźć dla siebie dobre uzasadnienie. A kiedy odpowiedzialność rozkłada się na wystarczająco wiele osób, nagle nikt nie czuje, że naprawdę jest za coś odpowiedzialny.
W Primetime tragedia nie rodzi się z jednej złej decyzji. Rodzi się z wielu ludzi, którzy wykonują swoją część zadania i nie patrzą już na całość. Nie wszystko działa równie dobrze. Słabszym elementem jest wątek prywatnego życia Hansena, szczególnie jego zdrady. Film próbuje wykorzystać ją jako znak hipokryzji, ale to rozwiązanie zbyt oczywiste. Problem postaci jest znacznie ciekawszy na poziomie zawodowym. Jego główną winą nie jest to, że okazuje się kiepskim mężem. Jest nią coraz większe przekonanie, że ponieważ stoi po stronie słusznej sprawy, może przesuwać granice bez końca.
Tak samo można żałować, że film nie wchodzi głębiej w prawne i dziennikarskie konsekwencje samej metody. Primetime sygnalizuje pytania o prowokację, publiczne napiętnowanie i mieszanie funkcji mediów z działaniami policji, ale czasami szybko zostawia te tematy, żeby wrócić do psychologicznego rozpadu Hansena albo coraz bardziej groteskowej atmosfery. A jest tu materiał na jeszcze głębszy konflikt. Osoby pojawiające się w domu mogą mieć intencje moralnie odrażające, ale sam mechanizm programu buduje warunki, w których te intencje mają zostać ujawnione przed kamerą. To rodzi pytanie nie o niewinność złapanych ludzi, lecz o zakres władzy, jaki jesteśmy gotowi oddać prywatnej organizacji medialnej, jeśli obieca nam, że będzie polowała na tych właściwych.
W ostatniej części Oppenheim stopniowo odchodzi od realizmu i coraz mocniej wchodzi w horror. Hansen zaczyna przypominać nie tyle dziennikarza, ile istotę karmiącą się kolejnymi konfrontacjami. To ryzykowna zmiana tonu, ale pasuje do całej konstrukcji. Przecież film od początku sugeruje, że polowanie nie może się skończyć, bo jego zakończenie oznaczałoby też koniec programu. Pattinson świetnie wykorzystuje ten zwrot. Jego Hansen robi się coraz bardziej teatralny, a równocześnie coraz bardziej pusty. Sam zaczyna przypominać własną telewizyjną konstrukcję. Garnitur, głos, wejście do pomieszczenia, przygotowane pytanie, odpowiednio długa pauza. Rytuał się powtarza, tylko stawka musi rosnąć.
To bardzo dobry film o narodzinach kultury, która dziś wydaje się jeszcze bardziej znajoma niż w czasach emisji programu. Publiczne zawstydzanie nie zniknęło razem z tamtą telewizją. Przeniosło się do internetu, gdzie właściwie każdy może być jednocześnie prowadzącym, oskarżycielem, kamerzystą i widzem. Kamera jest wszędzie, a moralne oburzenie pozostaje jednym z najskuteczniejszych paliw dla uwagi. Właśnie dlatego Primetime nie jest tylko kapsułą czasu z połowy pierwszej dekady XXI wieku. Oppenheim patrzy na początki mechanizmu, który później rozlał się szerzej. Telewizja potrzebowała wyników oglądalności. Dziś ten sam impuls mierzy się kliknięciami, wyświetleniami, udostępnieniami i zaangażowaniem. Zmieniły się narzędzia, ale nagroda za oburzenie pozostała.
Film bardzo dobrze rozumie też, że medialna korupcja nie zawsze wygląda jak wielki spisek. Częściej zaczyna się od prostych pytań: czy możemy podejść bliżej? Czy możemy pokazać twarz? Czy da się to zrobić mocniej? Czy znajdziemy kogoś ważniejszego? Czy następny materiał przebije poprzedni? I nagle człowiek nie jest już człowiekiem. Jest materiałem. Primetime jest momentami zabawny, czasem groteskowy, chwilami wręcz koszmarny, ale przede wszystkim bardzo niewygodny. Oppenheim nie odbiera widzowi moralnej pewności, że zachowania demaskowanych mężczyzn są odrażające. Odbiera mu coś trudniejszego: pewność, że oglądanie ich upadku jest całkowicie niewinną czynnością.
Robert Pattinson daje jedną z tych kreacji, w których fascynacja postacią wynika właśnie z jej odpychającego magnetyzmu. Merritt Wever znakomicie pokazuje profesjonalizm przechodzący w uzależnienie od sukcesu, a Skyler Gisondo może być najbardziej przejmującym elementem filmu, bo jego bohater przypomina, jak łatwo człowiek uczy się reguł świata, do którego desperacko chce należeć. Nie wszystkie wątki są równie dobrze rozwinięte, a kilka moralnych skrótów można było rozpisać subtelniej. Mimo to Primetime trafia w coś wyjątkowo aktualnego: potrzebę posiadania potworów, których można publicznie wskazać, osądzić i oglądać podczas upadku. Bo sprawiedliwość jest ważna, ale kiedy trzeba ją emitować o określonej godzinie i wygrać nią z konkurencją, warto zapytać, czy nadal chodzi wyłącznie o sprawiedliwość.

