W bloku, w którym dorasta Anna, piwniczna łaźnia służy do przyjmowania porodów i obmywania zmarłych, zwierzęta jadą na pastwisko trolejbusem, chleb wypieka się na klatce schodowej, a między mieszkaniami krążą przesądy starsze od budynków, w których zamieszkali ich wyznawcy. Kotryna Zylė nie zastanawia się przy tym, jak litewski folklor mógłby wyglądać we współczesnym mieście. Ona zachowuje się tak, jakby nigdy z niego nie zniknął. Ktoś wylał beton, postawił wielką płytę, zamontował windy i skrzynki pocztowe, ale pod spodem nadal zostało coś znacznie starszego. W Ukochanych kościach nowoczesność nie zastąpiła dawnego świata. Po prostu wybudowała się na nim i od tej pory oba muszą jakoś mieścić się pod jednym dachem.
Przyzwyczajenie się do tego miejsca wymaga chwili. Początkowo kolejne osobliwości mogą sprawiać wrażenie wrzucanych do powieści niemal bez ostrzeżenia, bo Zylė nie zatrzymuje narracji, żeby wyjaśnić czytelnikowi reguły. Nie dostajemy przewodnika po wierzeniach, rozpisanej mitologii ani bezpiecznego podziału na to, co rzeczywiste, symboliczne i nadprzyrodzone. Anna również nie zastanawia się nad niezwykłością swojego otoczenia. Tak wygląda jej świat. Jeśli zwierzęta trzeba przewieźć trolejbusem, to się je przewozi. Jeśli w piwnicy znajduje się łaźnia, w której życie zaczyna się i kończy, nikomu nie przychodzi do głowy, że mogłoby być inaczej. Właśnie zaakceptowanie tej logiki jest pierwszym warunkiem wejścia do powieści.
Nie nazwałabym jednak Ukochanych kości książką, która próbuje oczarować czytelnika samą dziwnością. Owszem, Zylė mogłaby przez kilkaset stron korzystać z uroku zderzenia krowy z windą i ludowego obrzędu z blokowiskiem, a sam pomysł prawdopodobnie wystarczyłby do stworzenia czegoś zapadającego w pamięć. Autorka robi z nim więcej. Wieś i miasto nie są tutaj dekoracjami pochodzącymi z dwóch różnych porządków. Ich połączenie pozwala opowiedzieć o świecie, który przeszedł modernizację znacznie szybciej niż ludzie zdążyli pozbyć się dawnych sposobów rozumienia narodzin, śmierci, małżeństwa, płodności, rodziny czy miejsca człowieka we wspólnocie.
Dlatego Anna okazuje się znacznie ważniejsza od wszystkich folklorystycznych osobliwości. Poznajemy ją jako dziewczynkę i towarzyszymy jej przez kolejne etapy życia, aż opowieść zaczyna przypominać prywatną mitologię jednej kobiety. Dzieciństwo, dojrzewanie, pragnienie miłości, małżeństwo, niespełnione macierzyństwo, utrata bliskich i starzenie się nie układają się tutaj w klasyczną biografię. Pamięć Anny wybiera obrazy, emocje, rytuały i ludzi, którzy coś w niej pozostawili. Z tego powodu czas bywa nieostry, a kolejne wydarzenia bardziej się ze sobą splatają, niż grzecznie ustawiają w szeregu.
Szczególnie ciekawie wypada sposób, w jaki powieść traktuje kobiece ciało. Nie jest ono wygładzone ani odseparowane od biologii. Ciało krwawi, poci się, tyje, pragnie, rodzi albo nie może urodzić, karmi, choruje i w końcu umiera. Zylė pisze również przez zapach, smak i dotyk. Jedzenie, mleko, miód, skóra, włosy czy wydzieliny mają tutaj własną obecność, czasami zmysłową, czasami nieprzyjemną. Ta fizyczność nie stoi w sprzeczności z duchowością powieści. Przeciwnie, jedno nieustannie prowadzi do drugiego. Człowiek jest z mięsa i kości, a właśnie poprzez ciało uczestniczy w rytuałach, pamięci i wspólnocie.
Macierzyństwo zostaje potraktowane równie nieoczywiście. Anna nie może mieć własnych dzieci, a jednak z czasem sama zbliża się do roli Macierzy, kobiety będącej opiekunką, powierniczką i kimś znacznie ważniejszym dla wspólnoty niż zwykła sąsiadka. Jest w tym pewna przewrotność. Biologiczne niespełnienie nie odbiera jej możliwości stania się figurą matczyną, ale jednocześnie książka nie próbuje udawać, że jedna rzecz po prostu zastępuje drugą. Pragnienia nie znikają tylko dlatego, że człowiek nauczył się żyć bez ich realizacji.
Relacje Anny z mężczyznami są bardziej problematyczne i właśnie tutaj powieść prowokuje mnie najmocniej. Lukas, nazywany Świętym, pozostaje jej wielkim uczuciem, ale jego droga szybko skręca w groteskę religijnego kultu, cudotwórstwa, cielesności i zbiorowej fascynacji. Mikas zostaje mężem Anny w okolicznościach, które same w sobie pokazują, jak niewiele kontroli bohaterka ma czasami nad własnym losem. Miłość, obowiązek, przywiązanie i konieczność zaczynają się mieszać do tego stopnia, że trudno wyznaczyć między nimi czyste granice.
I tutaj mam wobec Anny najbardziej ambiwalentne odczucia. Można widzieć w jej historii opowieść o kobiecie funkcjonującej w świecie silnie regulowanym przez wspólnotę, tradycję i role przypisane płci. Można również zirytować się jej biernością. Zbyt często przyjmuje to, co zostaje jej dane, zamiast próbować zawalczyć o inną możliwość. Nie mam jednak pewności, czy potraktowałabym to po prostu jako słabość konstrukcji bohaterki. W świecie Zylė przeznaczenie, rytuał i oczekiwanie wspólnoty są niemal materialnymi siłami. Anna dorasta w rzeczywistości, w której człowiek niekoniecznie ma stworzyć siebie od początku. Najpierw otrzymuje miejsce, obowiązki i zestaw reguł, a dopiero gdzieś pomiędzy nimi próbuje znaleźć przestrzeń dla własnych pragnień.
Z tego powodu Ukochane kości można czytać jako powieść bardzo kobiecą, ale niekoniecznie emancypacyjną w prostym znaczeniu tego słowa. Kobiety mają tu ogromną władzę nad najbardziej podstawowymi momentami istnienia. To przy nich ludzie przychodzą na świat, to one opiekują się ciałami, pielęgnują rytuały i przechowują pamięć. Jednocześnie same pozostają uwikłane w tradycję. Matriarchalna symbolika nie oznacza automatycznie wolności jednostki. Czasami kobieta może być centralną postacią całej wspólnoty, a nadal nie potrafić zdecydować o własnym życiu.
Najbardziej niezwykła pozostaje jednak relacja Anny ze śmiercią. W tej książce umarli nie zostają po prostu wyniesieni poza świat żywych. Śmierć jest stale obecna w przestrzeni, obrzędach i przedmiotach. Trumny mogą czekać na balkonach, żałoba wchodzi na klatkę schodową, a łaźnia przyjmuje zarówno pierwszy krzyk noworodka, jak i ciało wymagające ostatniego obmycia. Narodziny i odejście stają się dwoma krańcami tego samego rytuału. Nie ma między nimi przepaści, do której przyzwyczaiła nas współczesność próbująca możliwie skutecznie usunąć śmierć z codziennego widoku.
Tytułowe kości doprowadzają tę myśl do najbardziej makabrycznej, a jednocześnie zadziwiająco czułej postaci. Anna przechowuje szczątki ukochanych w meblościance. Sam obraz brzmi jak coś pomiędzy horrorem a wyjątkowo czarnym żartem, lecz Zylė nie traktuje go w żadnej z tych kategorii. Kości są relikwią pamięci. Ciało zostało zredukowane do najtrwalszej części, którą można ocalić przed ziemią, zamknąć za szkłem i nadal mieć obok siebie. Jest w tym niezdrowa odmowa pożegnania, ale również bardzo ludzkie pragnienie, żeby miłość nie musiała podporządkowywać się biologicznemu końcowi.
Im dłużej o tym myślę, tym bardziej właśnie meblościanka wydaje mi się jednym z najlepszych symboli całej książki. Nie grobowiec, kaplica czy święte miejsce, tylko jeden z najbardziej zwyczajnych elementów mieszkania pamiętającego poprzednią epokę. Za szybą, gdzie normalnie mogłyby stać kryształy, porcelana i rzeczy wyjmowane od święta, znajdują się pozostałości po najważniejszych ludziach. Zylė potrafi jednym takim obrazem połączyć sacrum, śmierć, postsowiecką codzienność i groteskę bez poczucia, że którakolwiek z tych warstw została dopisana na siłę.
Podobnie funkcjonuje cały świat przedstawiony. Beton nie zabija folkloru. Trolejbus nie wypiera pasterza. Telewizja nie usuwa przesądu. Chrześcijaństwo nie zdołało całkowicie przykryć starszych wierzeń. Wszystko nakłada się na siebie, czasami zgodnie, czasami w sposób wręcz absurdalny. Zylė nie rekonstruuje więc utraconej, idyllicznej litewskiej wsi. Jej interesuje przeszłość, która została przeniesiona do miasta razem z ludźmi i nadal wychodzi z nich w gestach, lękach, obrzędach oraz języku.
Ta metoda ma również swoją cenę. Początek może być naprawdę wymagający. Książka nie przedstawia swojego świata stopniowo, a mnogość obrzędów, dziwnych zdarzeń i kulturowych odniesień potrafi wywołać poczucie dezorientacji. Czytelnik dobrze zaznajomiony z litewskim folklorem z pewnością wychwyci więcej niż ktoś wchodzący do tej tradycji niemal bez przygotowania. Nie uważam jednak, że pełne rozszyfrowanie symboliki jest konieczne. Można nie znać źródła konkretnego obrzędu, a nadal rozumieć emocjonalną funkcję sceny. Powieść działa także przez obrazy i zmysły, nie tylko poprzez wiedzę etnograficzną.
Więcej trudności miałam z rytmem. Życie Anny oglądamy na dużej przestrzeni czasu, dlatego pewne wydarzenia zostają rozbudowane, podczas gdy inne mijają bardzo szybko. Nie zawsze czułam, że proporcje są idealne. Zdarzało mi się chcieć zostać przy konkretnej relacji trochę dłużej, po czym narracja wykonywała następny krok. Innym razem atmosfera i rytuał zatrzymywały historię na tyle długo, że fabularny ruch niemal przestawał mieć znaczenie. To powieść wymagająca zgody na jej własne tempo, a ono nie zawsze będzie odpowiadało czytelnikowi szukającemu wyraźnie prowadzonej historii.
Język pomaga jednak poddać się temu rytmowi. Z materiałów źródłowych przebija ogromny zachwyt litewskich czytelników nad warstwą językową i trudno oddzielić go od lokalnego kontekstu, zwłaszcza że polskie tłumaczenie musi wykonać wyjątkowo niewdzięczną pracę: przenieść nie tylko znaczenie zdań, lecz także ich folklorystyczne korzenie, szorstkość, cielesność i rytm. Sama konstrukcja powieści pokazuje, jak bardzo słowa są tu związane z kulturą, z której wyrastają. Zylė pisze tak, jak buduje swój świat: stare i nowe nieustannie ocierają się o siebie.
Nie wszystko w Ukochanych kościach chcę więc bezwarunkowo pokochać. Bywa hermetycznie, rytm potrafi się rozchodzić, a pasywność Anny chwilami frustruje mnie bardziej, niż porusza. Postać Świętego i groteskowe przetwarzanie motywów religijnych także mogą zostać odebrane jako znacznie bardziej zaczepne, niż sugerowałaby baśniowość całej historii. To książka, która igra z sacrum, miesza tradycje i nie zawsze zachowuje wobec nich nabożny dystans. W materiałach widać zresztą, że właśnie ten element potrafił wywołać bardzo skrajne reakcje.
Znacznie ważniejsze jest dla mnie to, że trudno pomylić tę powieść z czymkolwiek innym. W czasach, gdy określenie „magiczny realizm” potrafi zostać przyklejone do niemal każdej historii zawieszającej na chwilę prawa rzeczywistości, Zylė buduje własny porządek z bardzo konkretnej kultury, przestrzeni i doświadczenia. Nie importuje magii do blokowiska. Odkopuje ją spod niego.
Po zamknięciu książki nie zostaje mi więc w głowie pojedyncza fabularna puenta. Widzę raczej cały zestaw obrazów: zwierzęta w trolejbusie, parę w piwnicznej łaźni, chleb na klatce schodowej, kobiece ciało przechodzące przez kolejne etapy życia i szkło meblościanki, za którym powinny stać rodzinne pamiątki. W pewnym sensie właśnie stoją. Anna zachowuje to, czego nie potrafi oddać ani ziemi, ani przeszłości. Ukochane kości robią podobnie z litewskim folklorem. Zamiast urządzać mu muzeum, wsadzają go do windy, każą nacisnąć przycisk odpowiedniego piętra i sprawdzają, czy nadal potrafi zamieszkać między nami.

