Korea Południowa przez lata uczyła się patrzeć do przodu. Szybciej produkować, szybciej budować, szybciej pracować, szybciej doganiać tych, którzy jeszcze niedawno wydawali się poza zasięgiem. Sukces okazał się ogromny, ale Filip Danecki i Jeong-in Choi zaczynają swoją opowieść w miejscu, w którym samo przyspieszenie przestaje wystarczać. Kraj bez teraźniejszości nie jest książką o cudzie gospodarczym ani kolejnym katalogiem powodów, dla których świat oszalał na punkcie Korei. Znacznie bardziej interesuje ją cena życia w społeczeństwie, które najpierw musiało nadrobić ogromny dystans, a później właściwie nie nauczyło się zwalniać.
To jedna z pierwszych rzeczy, które odróżniają tę książkę od bardziej powierzchownych publikacji o Korei. K-pop, seriale, kosmetyki, Samsung czy futurystyczny Seul pojawiają się w tle, ale nie organizują całości. Autorzy patrzą raczej na system, który pozwolił temu wszystkiemu powstać. Interesują ich szkoła, praca, rodzina, hierarchia, religia, zwyczaje, gospodarka i presja społeczna. Dopiero z tego zestawu wyłania się kraj, który z zewnątrz może wyglądać jak idealnie funkcjonująca maszyna, lecz od środka coraz częściej ujawnia zmęczenie własnym tempem.
Sam tytuł dobrze porządkuje główną myśl książki. Korea jest stale rozpięta pomiędzy tym, co odziedziczone, a tym, co dopiero ma nadejść. Przeszłość nie odchodzi. Konfucjańska hierarchia, szacunek wobec starszych, rodzinne obowiązki, szamanizm, buddyzm czy chrześcijaństwo nadal wpływają na codzienne decyzje. Równocześnie przyszłość została niemal podniesiona do rangi obowiązku. Trzeba się rozwijać, zdobywać lepsze wykształcenie, pracować więcej, inwestować w dzieci i stale podnosić własny status. Problem w tym, że pomiędzy jednym a drugim coraz trudniej znaleźć zwykłe „teraz”.
Autorzy dobrze pokazują, że koreańska nowoczesność nie polega na prostym zerwaniu z tradycją. Wręcz przeciwnie, oba porządki często nakładają się na siebie. Można pracować w ultranowoczesnej korporacji i jednocześnie bardzo poważnie traktować rodzinne rytuały. Można korzystać z technologii, która automatyzuje codzienne kontakty, a równocześnie poruszać się w świecie niezwykle precyzyjnych zasad dotyczących wieku i statusu. Ten brak prostego konfliktu między „starym” a „nowym” jest jednym z ciekawszych elementów książki.
Dużo miejsca poświęcono mentalności kształtowanej przez ogromne tempo rozwoju kraju. Korea przeszła drogę od biedy i wojennego zniszczenia do światowej gospodarczej czołówki w czasie, który z perspektywy historii jest właściwie chwilą. Kilka pokoleń funkcjonuje więc w zupełnie różnych wspomnieniach. Dla starszych doświadczenie braku i wyrzeczeń jest nadal realnym punktem odniesienia. Młodsi wychowali się już w społeczeństwie dobrobytu, ale odziedziczyli oczekiwanie, że sukces wymaga ciągłej mobilizacji.
Stąd bierze się obsesja szybkości, którą autorzy traktują nie jak zabawną ciekawostkę, lecz cechę społecznego systemu. „Szybko, szybko” dotyczy pracy, obsługi, edukacji, przemieszczania się i całego sposobu organizowania życia. W pewnym sensie właśnie ta cecha pomogła Korei wykonać gospodarczy skok. Dziś coraz bardziej przypomina jednak nawyk, którego nie da się łatwo wyłączyć. Społeczeństwo stworzone do nadrabiania zaległości zaczyna funkcjonować tak, jakby zatrzymanie się było już samo w sobie porażką.
Najbardziej wyraźnie widać to przy edukacji. Szkoła nie jest tylko etapem życia, lecz pierwszym dużym mechanizmem selekcji. Wyniki egzaminów, dodatkowa nauka i konkurencja o miejsca na prestiżowych uczelniach mają konsekwencje daleko wykraczające poza świadectwo. Książka pokazuje rytuały otaczające najważniejsze egzaminy, presję rodzin i społeczne przekonanie, że odpowiednie wykształcenie może zdecydować o całej przyszłości. Te fragmenty są interesujące właśnie dlatego, że za medialnym obrazem ambitnych uczniów pokazują również ciężar oczekiwań.
Praca jest naturalnym przedłużeniem tego systemu. Słynny koreański pracoholizm nie zostaje potraktowany jako sympatyczna cecha narodowego charakteru. Autorzy pokazują, że wynika z szeregu zależności związanych z hierarchią, lojalnością wobec firmy i lękiem przed pozostaniem w tyle. Nawet przerwa może stać się częścią zawodowego rytuału. Człowiek nie tylko wykonuje zadania, lecz również musi odpowiednio funkcjonować wobec przełożonych i grupy. W takim systemie sukces zawodowy łatwo zaczyna pochłaniać przestrzeń przeznaczoną na wszystko inne.
I tutaj pojawia się jeden z najmocniejszych tematów książki: demografia. Młodzi Koreańczycy coraz częściej nie chcą albo nie mogą powielać modelu życia swoich rodziców. Trudno budować relacje, zakładać rodzinę i wychowywać dzieci, kiedy mieszkania są drogie, praca pochłania ogromną część czasu, a oczekiwania wobec rodzicielstwa również pozostają bardzo wysokie. Państwo próbuje reagować finansowymi zachętami, programami wspierającymi małżeństwa czy nawet organizowaniem spotkań, ale autorzy słusznie pokazują, że problemu strukturalnego nie da się rozwiązać samym bonusem.
Technologia, która miała ułatwiać życie, tworzy przy okazji osobliwy paradoks. Kiosk zastępuje kasjera, ekran może zastąpić kelnera, a aplikacja coraz częściej pośredniczy w kontakcie, który wcześniej wymagał rozmowy. To wygodne i zgodne z kultem efektywności, ale równocześnie coraz więcej codziennych sytuacji można przeżyć bez kontaktu z drugim człowiekiem. Przy kryzysie relacji i samotności nie jest to detal bez znaczenia.
Autorzy nie robią z tego jednak opowieści o technologii niszczącej społeczeństwo. To byłoby zbyt łatwe. Pokazują raczej sprzężenie kilku zjawisk: zmian gospodarczych, stylu pracy, presji edukacyjnej, urbanizacji, rosnących kosztów życia i cyfryzacji. Dopiero razem budują środowisko, w którym jednostka może być niezwykle sprawna zawodowo, a jednocześnie mieć coraz mniej przestrzeni na spontaniczne relacje.
Ciekawe są też bardziej codzienne przykłady. „Gęsi ojcowie”, zwyczaje prezentowe, niechęć do napiwków, mukbang, golfowe symulatory, specyfika mieszkań czy słynny „incydent z orzeszkami” pokazują społeczeństwo nie od strony wielkich teorii, ale drobnych zachowań. W książkach tego rodzaju takie ciekawostki bywają pułapką, bo łatwo zbudować z nich katalog egzotycznych dziwactw. Danecki i Choi na ogół unikają tego problemu, próbując każdą praktykę osadzić w szerszym kontekście.
Pomaga w tym podwójna perspektywa autorów. Jedna osoba patrzy na Koreę jako ktoś z zewnątrz, druga ma do niej relację znacznie bardziej osobistą i kulturową. Nie jest to więc ani wyłącznie spojrzenie zachwyconego cudzoziemca, ani głos kogoś, kto traktuje wszystko jako oczywiste. Różnice pomiędzy tymi punktami widzenia nie są nachalnie inscenizowane, ale dają tekstowi potrzebny dystans.
Polskie porównania również zazwyczaj działają lepiej niż w wielu podobnych książkach. Nie służą udowadnianiu, że jedno społeczeństwo jest bardziej rozwinięte albo rozsądniejsze od drugiego. Częściej pełnią funkcję skrótu pomagającego zrozumieć obcą sytuację. Dzięki temu czytelnik nie zostaje pozostawiony z abstrakcyjną informacją, lecz może znaleźć znany punkt odniesienia.
Sporo miejsca zajmuje również religia i duchowość, a właściwie ich nakładanie się na siebie. Szamanizm, konfucjanizm, buddyzm i chrześcijaństwo tworzą mieszaninę, której nie da się łatwo wpisać w europejskie kategorie. Człowiek może uczestniczyć w praktykach pochodzących z różnych porządków bez potrzeby rozstrzygania ich teologicznej zgodności. Te rozdziały szczególnie dobrze pokazują, jak niebezpieczne jest ocenianie koreańskiego społeczeństwa wyłącznie przez pryzmat nowoczesnej gospodarki.
Konfucjańska hierarchia pozostaje jednym z najważniejszych niewidocznych mechanizmów codzienności. Wiek i pozycja wpływają na język, zachowanie, relacje w pracy i rodzinie. Dla Europejczyka część zasad może wyglądać sztywno, ale autorzy nie sprowadzają ich do anachronizmu. Pokazują zarówno funkcję porządkującą, jak i koszty takiego systemu. Szacunek wobec starszych może budować ciągłość pokoleń, lecz w miejscu pracy równie łatwo utrwalać strukturę, w której sprzeciw wobec przełożonego staje się niezwykle trudny.
To właśnie neutralność opisu jest jedną z bardziej udanych cech książki. Korea nie zostaje ani wyniesiona na piedestał, ani przedstawiona jako dystopia ukryta za neonami Seulu. Czytelnik dostaje informacje, mechanizmy i przykłady, a ocena często pozostaje po jego stronie. Przy kraju otoczonym tak dużą ilością popkulturowego marketingu jest to szczególnie cenne.
Nie znaczy to, że publikacja jest całkowicie pozbawiona problemów. Przy tak szerokim zakresie tematów niektóre zagadnienia siłą rzeczy kończą się wtedy, gdy dopiero zaczynają robić się naprawdę interesujące. Książka chce opowiedzieć równocześnie o historii, religii, rodzinie, edukacji, technologii, pracy, popkulturze, jedzeniu i demografii. Szerokość spojrzenia jest zaletą, ale ogranicza możliwość głębszego wejścia w każdy temat.
Wyraźnie brakuje też mocniejszego rozwinięcia relacji z Koreą Północną. Można zrozumieć decyzję, żeby nie zamieniać książki społeczno-kulturowej w analizę geopolityczną, ale trudno całkowicie oddzielić współczesną tożsamość południowokoreańską od doświadczenia podziału półwyspu. Nawet jeśli dla przeciętnego mieszkańca Seulu zagrożenie z północy nie jest codziennym tematem rozmów, sama obecność tej granicy pozostaje wyjątkową częścią historii kraju.
Zdarzają się również powtórzenia. Niektóre motywy, zwłaszcza tempo życia, hierarchiczność, presja pracy i konflikt między tradycją a nowoczesnością, wracają w kilku rozdziałach. Częściowo jest to naturalne, bo te zjawiska rzeczywiście przecinają wiele obszarów życia. Momentami można jednak odnieść wrażenie, że podobna konkluzja została już przedstawiona wcześniej.
Mimo tego struktura pozostaje klarowna, a język przystępny. Koreańskie terminy są tłumaczone i umieszczane w kontekście, więc książka nie wymaga wcześniejszej znajomości kultury. To ważne, bo autorzy trafiają w dość dobre miejsce pomiędzy publikacją popularną a bardziej analitycznym spojrzeniem. Nie robią z tekstu podręcznika koreanistyki, ale też nie sprowadzają go do listy „dziesięciu rzeczy, które zaskoczą cię w Seulu”.
Najlepiej wypada jednak konsekwentne rozbijanie obrazu koreańskiego sukcesu na części składowe. Spektakularny rozwój gospodarczy nie spadł z nieba. Został osiągnięty dzięki bardzo konkretnym wyrzeczeniom, dyscyplinie, mobilizacji i podporządkowaniu jednostki większym celom. Przez długi czas taki model działał. Dzisiaj coraz wyraźniej widać, że to samo, co było źródłem siły, zaczyna generować problemy.
Korea Południowa jest tutaj krajem, który znakomicie nauczył się budować przyszłość, ale coraz trudniej przychodzi mu odpowiedzieć na pytanie, jak właściwie chce żyć w teraźniejszości. Kryzys demograficzny, samotność, presja pracy i rosnące oczekiwania młodych nie są osobnymi problemami. Łączą się z modelem, który przez dekady premiował rozwój szybciej niż komfort jednostki.
Korea Południowa. Kraj bez teraźniejszości nie odkryje wszystkiego przed osobą od dawna śledzącą ten kraj, ale nawet wtedy potrafi uporządkować wiedzę i połączyć zjawiska, które często przedstawia się osobno. Dla czytelnika zaczynającego zainteresowanie Koreą będzie znacznie cenniejsza od kolejnego kolorowego przewodnika po trendach. Po lekturze Seul nadal może wyglądać futurystycznie, K-pop nadal może imponować skalą, a koreańska gospodarka budzić podziw. Trudniej już jednak patrzeć na te zjawiska bez myślenia o ludziach, którzy muszą utrzymywać maszynę w ruchu.
I w tym właśnie tkwi sens podtytułu. Brak teraźniejszości nie oznacza, że Korea żyje poza czasem. Przeciwnie, jest go boleśnie świadoma. Jedną ręką trzyma przeszłość, drugą próbuje dosięgnąć przyszłości, a pomiędzy nimi pozostaje coraz mniej miejsca na zwyczajne życie. Autorzy nie dają prostego rozwiązania tego napięcia. Pokazują tylko, że kraj, który przyzwyczaił świat do kolejnych sukcesów, będzie musiał w pewnym momencie zdecydować, czy dalszy rozwój nadal powinien być mierzony wyłącznie tym, jak szybko potrafi biec.

