William de Worde nie planował rewolucji medialnej. Chciał po prostu pisać, zarabiać na własne życie i trzymać się możliwie daleko od rodziny, polityki oraz wszystkiego, co pachniało wpływami. Problem w tym, że Ankh Morpork ma osobliwy talent do zamieniania niewinnych pomysłów w instytucje, które po kilku dniach zaczynają zagrażać dotychczasowemu porządkowi. Wystarczy więc ruchoma czcionka, kilku przedsiębiorczych krasnoludów i człowiek uzależniony od informacji, żeby powstała pierwsza gazeta. A kiedy miasto odkrywa, że wiadomości można drukować szybciej, niż ktokolwiek zdąży je sprostować, robi się naprawdę ciekawie.
Prawda jest jedną z tych części Świata Dysku, w których Terry Pratchett mniej interesuje się samym fantasy, a znacznie bardziej tym, co za jego pomocą można powiedzieć o naszym świecie. Magia, krasnoludy, wampiry i gadające psy nadal są obecne, ale tym razem mają przede wszystkim obsługiwać bardzo konkretny temat. Autor przygląda się prasie, wolności słowa, odpowiedzialności dziennikarzy, sensacji, konkurencji, ekonomii mediów i przekonaniu, że sama możliwość opublikowania informacji nie oznacza jeszcze, że powinniśmy to zrobić.
William zaczyna skromnie. Pisze listy z wiadomościami dla grupki odbiorców i właściwie nie postrzega siebie jako dziennikarza. Dopiero kontakt z drukarzami uświadamia mu, że informację można powielić szybko, tanio i na skalę, której wcześniej w Ankh Morpork nikt nie brał pod uwagę. Początkowa ciekawostka bardzo szybko przeradza się więc w regularną gazetę. Oczywiście wraz z nakładem rosną problemy. Trzeba znaleźć tematy, płacić pracownikom, zdobywać zdjęcia, konkurować z innymi i przede wszystkim przekonać mieszkańców, że chcą codziennie wydawać pieniądze na coś, o czym jeszcze wczoraj nie wiedzieli, że jest im potrzebne.
Pratchett świetnie bawi się samym procesem powstawania prasy. Gazeta nie pojawia się tutaj jako gotowa instytucja. William i jego współpracownicy dopiero odkrywają reguły, które dla współczesnego czytelnika są oczywiste. Uczą się, że chwytliwy nagłówek może znaczyć więcej niż precyzyjna treść, że czytelnik lubi informacje o ludziach podobnych do siebie, że zdjęcie zwiększa zainteresowanie tekstem i że nawet najbardziej ambitna redakcja prędzej czy później zostanie zapytana, czy nie mogłaby opublikować warzywa przypominającego kształtem coś zabawnego.
Właśnie w takich fragmentach humor Pratchetta działa najlepiej. Nie polega wyłącznie na absurdzie dla samego absurdu. Śmieszy dlatego, że za gargulcami, gadającymi psami i ziemniakami można bez trudu rozpoznać mechanizmy działające także poza Dyskiem. Ludzie chcą wiedzieć, co dzieje się na świecie, ale jednocześnie często znacznie chętniej czytają to, co jest zabawne, straszne albo potwierdza ich wcześniejsze przekonania. Prawda okazuje się ważna, dopóki nie zaczyna przegrywać z informacją atrakcyjniejszą.
Ten problem staje się jeszcze wyraźniejszy, gdy na rynku pojawia się konkurencyjny Puls. William chciałby wierzyć, że wystarczy publikować rzeczy prawdziwe, żeby czytelnicy potrafili odróżnić jego gazetę od nastawionego na tanią sensację rywala. Pratchett nie daje mu takiego komfortu. Fałsz nie musi być szczególnie przekonujący. Czasem wystarczy, że jest prostszy, efektowniejszy i przyjemniejszy w odbiorze. Czytelnik może zresztą wcale nie szukać prawdy. Może jedynie oczekiwać dobrej historii.
To sprawia, że Prawda jest książką bardzo mocno osadzoną w temacie odpowiedzialności za słowo. William zaczyna rozumieć, że gazeta nie tylko opisuje rzeczywistość, ale także ją kształtuje. Sam wybór informacji jest już decyzją. Wielkość nagłówka również. Kolejność tekstów także. Można więc mówić wyłącznie prawdę, a mimo to stworzyć całkowicie fałszywy obraz sytuacji. To jedna z celniejszych rzeczy, jakie Pratchett przemyca pod całą komediową warstwą powieści.
Równolegle rozwija się znacznie bardziej kryminalny wątek. Ktoś chce pozbyć się Vetinariego, a do wykonania zadania wynajęci zostają pan Szpila i pan Tulipan. Ich obecność natychmiast przesuwa historię w ciemniejszą stronę. Obaj są niebezpieczni, ale Pratchett nie pozbawia ich groteski. Szczególnie Tulipan ze swoim osobliwym sposobem wysławiania się i zamiłowaniem do sztuki pozostaje jednym z tych bohaterów, którzy jednocześnie bawią i budzą bardzo uzasadniony niepokój.
To zresztą ciekawy kontrast wobec wcześniejszych powieści cyklu. Humor nadal jest obecny, ale coraz rzadziej opiera się na samym wygłupie. Pratchett wykorzystuje go do podważania powagi bohaterów, instytucji i idei, lecz pod żartem bardzo często zostawia coś znacznie mniej zabawnego. Spisek przeciwko Vetinariemu, próby kontrolowania informacji czy łatwość manipulowania opinią publiczną mają komediową oprawę, ale ich mechanizm pozostaje całkiem serio.
William również nie jest typowym pratchettowskim protagonistą zbudowanym przede wszystkim wokół jednej komicznej cechy. Bywa uparty, wyniosły i przekonany o własnej racji. Jego potrzeba docierania do prawdy jest szczera, ale momentami graniczy z obsesją. Jednocześnie bardzo mocno definiuje go konflikt z rodziną i niechęć do własnego pochodzenia. De Worde próbuje sam zbudować swoją pozycję, zamiast korzystać z nazwiska i pieniędzy ojca, ale odkrywa, że pochodzenia nie da się po prostu wykreślić z życiorysu.
Ten wątek dobrze łączy się z podstawowym pytaniem powieści. William chce publikować prawdę o innych, lecz nie zawsze równie chętnie mierzy się z prawdą o sobie i własnej rodzinie. Im dalej rozwija się historia, tym bardziej dziennikarska zasada jawności zaczyna uderzać również w niego. Pratchett nie zamienia tego w moralitet, lecz wyraźnie pokazuje, że znacznie łatwiej domagać się przejrzystości od świata niż od siebie.
Bardzo dobrze uzupełnia go Sacharissa Cripslock. Z początku trafia do gazety trochę przypadkiem, ale szybko okazuje się znacznie bardziej naturalną dziennikarką, niż William chciałby przyznać. Ma wyczucie ludzi i tematów, potrafi zadawać pytania, a przede wszystkim rozumie, że gazeta musi zainteresować odbiorcę. Ich współpraca pokazuje dwa różne podejścia do prasy. William myśli kategoriami prawdy i obowiązku, Sacharissa znacznie lepiej wyczuwa publiczność. Gazeta potrzebuje obojga.
Jeszcze bardziej osobliwym członkiem redakcji jest Otto Chriek, wampir fotograf i czarnowstążkowiec. Jego obecność daje Pratchettowi kolejną okazję do zabawy z technologiczną zmianą. Fotografia zostaje potraktowana jednocześnie jako wynalazek, narzędzie dziennikarskie i źródło bardzo konkretnych problemów dla nieumarłego, który ma dość skomplikowaną relację ze światłem. Otto zapewnia sporą część najlepszych komediowych scen, lecz jednocześnie dzięki niemu książka zahacza o temat asymilacji i oczekiwania, że ktoś zaakceptowany przez większość powinien najpierw odpowiednio się do niej dostosować.
Ankh Morpork ponownie okazuje się idealnym miejscem do przeprowadzenia podobnego eksperymentu. To miasto, w którym niemal każda innowacja natychmiast zostaje skomercjalizowana, opodatkowana, wypaczona albo wykorzystana przez GSP Dibblera. Gazeta pojawia się więc w środowisku, które reaguje na nią błyskawicznie. Ludzie odkrywają, że mogą za jej pośrednictwem coś sprzedać, kogoś skompromitować, czegoś się dowiedzieć albo po prostu zobaczyć własne nazwisko w druku.
Pratchett przypomina przy okazji, że technologia nie zmienia ludzi aż tak bardzo, jak lubimy sobie wyobrażać. Druk przyspiesza obieg informacji, ale nie tworzy ludzkiej potrzeby plotki. Gazeta pozwala rozpowszechniać kłamstwo na ogromną skalę, lecz nie wynajduje kłamstwa. Fotografia daje dowód, ale obraz również można odpowiednio ustawić i opisać. Nowe narzędzia jedynie zwiększają zasięg starych ludzkich zachowań.
W tle cały czas funkcjonuje Straż Miejska z Vimesem na czele. Ciekawe jest obserwowanie jej z zewnętrznej perspektywy, bo William nie traktuje funkcjonariuszy z nabożnym szacunkiem. Vimes z kolei nie ma żadnego powodu, żeby pokochać dziennikarzy. Ich relacja natychmiast prowadzi do pytania o granice pomiędzy śledztwem, interesem publicznym a prawem do publikowania informacji. Obaj chcą dotrzeć do prawdy, ale jeden uważa, że należy najpierw rozwiązać sprawę, drugi zaś, że społeczeństwo ma prawo wiedzieć.
Vimes nie zawsze wypada tutaj szczególnie sympatycznie i właśnie dlatego jego obecność jest ciekawa. W książkach skupionych na Straży czytelnik ogląda świat głównie jego oczami. Tutaj komendant bywa przeszkodą, człowiekiem chcącym kontrolować przepływ informacji i samemu decydować, co powinno zostać upublicznione. Pratchett bardzo lubi takie przesunięcia perspektywy. Bohater nie zmienia charakteru, lecz wystarczy postawić kamerę po drugiej stronie pokoju, żeby wyglądał trochę inaczej.
Sama intryga kryminalna jest solidna, chociaż nie uważam jej za najciekawszy element książki. Spisek przeciwko Vetinariemu dobrze napędza wydarzenia i pozwala Williamowi przejść drogę od człowieka publikującego miejskie ciekawostki do dziennikarza prowadzącego prawdziwe śledztwo. Niektóre części fabuły są jednak przede wszystkim rusztowaniem dla satyry na media. Kiedy wiadomo już, o czym naprawdę chce mówić Pratchett, zagadka staje się nieco mniej istotna.
Podobnie mam z samym Williamem. Jest interesujący i potrzebny tej historii, ale trudno mi postawić go obok najbardziej wyrazistych bohaterów Świata Dysku. Vimes, Vetinari, Śmierć czy Babcia Weatherwax potrafią zawładnąć sceną natychmiast po wejściu. William potrzebuje czasu i wyraźnie zyskuje wraz z rozwojem książki. Jego największą wartością nie jest ekscentryczność, lecz możliwość obserwowania narodzin całkiem nowej roli społecznej na Dysku.
Prawda pokazuje też moment, w którym Świat Dysku stał się czymś znacznie większym niż parodia fantasy. Wampiry, krasnoludy i magia nadal są obecne, lecz równie dobrze mogłyby ustąpić miejsca zwykłym ludziom, drukarni i dużemu miastu. Najważniejsze pytania pozostałyby dokładnie takie same. Kto ma prawo kontrolować informację? Czy prawda zawsze powinna zostać opublikowana? Czy odbiorcy rzeczywiście chcą ją poznać? I co zrobić, kiedy najbardziej dochodowe okazuje się coś, co z prawdą ma niewiele wspólnego?
Nie jest to przy tym mój ulubiony tom Świata Dysku. Pratchett napisał historie zabawniejsze, bardziej emocjonalne i posiadające bohaterów, z którymi łatwiej się związać. Prawda ma też momenty, w których korzysta z dobrze znanych elementów Ankh Morpork i żartów opartych na postaciach spotykanych już wielokrotnie. Przy tak długim cyklu trudno uniknąć poczucia powtórki, zwłaszcza gdy po raz kolejny pojawiają się Dibbler, Gaspode czy podobne mechanizmy komediowe.
Mimo tego jest w tej części coś bardzo pratchettowskiego w najlepszym znaczeniu. Autor bierze rzecz pozornie zwyczajną, gazetę, i ogląda ją tak długo, aż zaczynają wychodzić z niej wszystkie społeczne konsekwencje. Najpierw śmiejemy się z literówek, wampira rozsypującego się podczas robienia zdjęć i czytelników zainteresowanych dziwnie wyglądającymi warzywami. Chwilę później okazuje się, że właśnie czytamy o propagandzie, wolności prasy, koncentracji władzy i odpowiedzialności za informację.
Najlepszym żartem Prawdy pozostaje chyba sam tytuł. William rozpoczyna działalność przekonany, że jego zadaniem jest po prostu mówić ludziom, co naprawdę się wydarzyło. Dopiero potem odkrywa, że fakt jest tylko początkiem problemu. Trzeba jeszcze zdecydować, jak go opisać, gdzie umieścić, jaki dać nagłówek i czy ktokolwiek będzie chciał za niego zapłacić. Pierwsza gazeta Ankh Morpork rodzi się więc nie wtedy, gdy pojawia się druk. Rodzi się w chwili, gdy William rozumie, że pomiędzy prawdą a tym, co trafia do czytelnika, zawsze stoi ktoś z czcionką w dłoni.

