Trudno wymyślić mniej widowiskowego bohatera komiksu niż wzorzec metra. Nie ma miecza, nie dowodzi flotą, nie przewraca imperiów. Jest kawałkiem materii mającym powiedzieć ludziom, ile właściwie znaczy „jeden metr”. Wilfrid Lupano najwyraźniej uznał jednak, że właśnie z takiego punktu wyjścia da się zrobić przygodę o piratach, nauce, rewolucji, ludzkiej potrzebie porządkowania świata i całkiem spektakularnym pechu. I miał rację.
Przemierzyć Karaiby opowiada o Josephie Dombeyu, francuskim uczonym, który pod koniec XVIII wieku wyrusza przez Atlantyk z niezwykłym bagażem. Wiezie ze sobą wzorce nowego systemu miar: metr, litr i kilogram, czyli próbę zastąpienia całej menażerii stóp, łokci, uncji, pint, jardów i innych jednostek jednym uniwersalnym językiem. Cel jest ambitny, niemal utopijny. Świat ma się stać trochę prostszy, bardziej racjonalny i łatwiejszy do opisania. Problem w tym, że Karaiby nie bardzo przejmują się francuskim racjonalizmem.
Statek Dombeya wpada w ręce piratów, a jego dziwaczny ładunek zostaje odczytany dokładnie tak, jak można się spodziewać po ludziach, którzy nigdy nie zamawiali wzorca litra z Paryża. Sześcian, cylinder i tajemnicza skala nie wyglądają im na początek nowoczesnego systemu metrycznego. Wyglądają raczej jak coś, czego rozsądny człowiek powinien się obawiać. Zwłaszcza kiedy właściciel przedmiotów okazuje się uczonym wysłanym na spotkanie z ważnymi osobistościami młodej amerykańskiej republiki. Z tego nieporozumienia Lupano wyciska bardzo dużo humoru. Piraci mają własny świat, własne reguły, własny język i własne jednostki zdrowego rozsądku. Dombey przybywa natomiast jako przedstawiciel epoki, która wierzy, że rzeczywistość można uporządkować, nazwać i zunifikować. Ich spotkanie jest więc nie tylko fabularnym gagiem. To zderzenie dwóch sposobów myślenia. Jeden chce wszystko policzyć. Drugi nie bardzo rozumie, dlaczego ktokolwiek miałby sobie zawracać głowę liczeniem świata w identyczny sposób.
Lupano robi coś bardzo charakterystycznego dla swojej twórczości: bierze temat, który w podręczniku mógłby umrzeć po trzech akapitach, i znajduje w nim ludzi, konflikt oraz absurd. Historia systemu metrycznego rzeczywiście nie brzmi jak materiał na awanturniczy komiks. A jednak narodziny uniwersalnej miary są w gruncie rzeczy opowieścią bardzo rewolucyjną. Stare jednostki wyrastały z lokalności. Stopa mogła oznaczać jedno tu, inne gdzie indziej. Miary wiązały się z tradycją, zwyczajem i miejscem. Rewolucyjna Francja proponowała coś odwrotnego: jeden system dla wszystkich, oparty nie na tym, co od pokoleń robili mieszkańcy danego miasta, ale na racjonalnym projekcie.
Brzmi rozsądnie. I właśnie dlatego Lupano ma tak dobre pole do żartów. Ludzie bardzo lubią porządek, dopóki ktoś nie próbuje zmienić ich własnego porządku na cudzy. Dombey nie zostaje przy tym przedstawiony jako święty kapłan rozumu. Potrafi być uparty, drażliwy i nieznośnie przekonany o sensie własnej misji. To ważne, bo dzięki temu komiks nie zamienia się w prostą pochwałę nauki walczącej z ciemnotą. Piraci są niedouczeni, momentami kompletnie absurdalni, ale mają również własną logikę. Świat nie zmienia się tylko dlatego, że ktoś przywozi do niego lepszy system.
Tytuł nabiera dzięki temu podwójnego znaczenia. Można mierzyć Karaiby, można próbować opisać świat za pomocą metrów, litrów i kilogramów, ale znacznie trudniej zmierzyć upór, pecha, ciekawość czy zdolność człowieka do podporządkowania sobie rzeczywistości. Najzabawniejsze jest to, że komiks o standaryzacji bardzo szybko staje się opowieścią o wszystkim, czego zestandaryzować się nie da. Historyczny Joseph Dombey rzeczywiście istniał i jego misja nie jest wymysłem Lupano. Komiks nie próbuje jednak rekonstruować wydarzeń z dokumentalną dokładnością. Fakt historyczny staje się rusztowaniem, na którym autor buduje znacznie swobodniejszą przygodę. Pojawiają się piraci potraktowani z komediową przesadą, dialogowe szarże, nieporozumienia i sytuacje, które wyraźnie należą bardziej do królestwa dobrej opowieści niż skrupulatnej biografii.
To podejście bardzo dobrze działa, ponieważ Lupano nie udaje, że prowadzi lekcję historii. Wiedza pojawia się jakby przy okazji. Czytelnik dowiaduje się, skąd wzięła się potrzeba stworzenia systemu metrycznego, jak bardzo chaotyczny był wcześniej świat miar i dlaczego sama próba jego ujednolicenia miała wymiar nie tylko praktyczny, ale też polityczny i filozoficzny. Wszystko to jednak wypływa z fabuły, a nie z ramek pełnych dat. Właśnie tutaj widać podobieństwo do Bibliomulicy z Kordoby. Tam książki i biblioteka stawały się punktem wyjścia do opowieści o wiedzy, władzy i pamięci. Tutaj rolę takiego przedmiotu przejmuje wzorzec miary. Lupano ponownie bierze rzecz pozornie martwą i techniczną, a potem pokazuje, że wokół niej można opowiedzieć historię o całej epoce.
Różnica jest taka, że Przemierzyć Karaiby jest wyraźnie bardziej komediowe. Nie ma tutaj takiego ciężaru jak w historii palonych ksiąg. Stawką nie jest zniszczenie wielkiego dziedzictwa kulturowego, lecz powodzenie ambitnej misji, która wpada w tryby wyjątkowo niesprzyjającego losu. Dzięki temu Lupano może pozwolić sobie na więcej absurdu. Najlepiej działa humor językowy. Rozmowy o jednostkach miary zamieniają się w festiwal nieporozumień, a piracka terminologia zderza się z naukową precyzją Dombeya. Duża część dowcipu leży nie w samych wydarzeniach, ale w sposobie, w jaki bohaterowie próbują się porozumieć. To ten rodzaj komedii, w którym każdy mówi logicznie, tylko że według zupełnie innej logiki.
W polskim wydaniu szczególne znaczenie ma więc przekład Julii Szustak. Tego typu komiks jest dla tłumacza niewdzięcznym przeciwnikiem, bo nie wystarczy przełożyć znaczenie zdań. Trzeba jeszcze zachować rytm, słowne dwuznaczności i cały chaos wynikający z rozmów o jednostkach, które w różnych językach mają własne konotacje. Efekt pozostaje lekki i naturalny, a językowe żarty nie wyglądają jak coś mozolnie przeniesionego z francuskiego przy pomocy tabeli przeliczeniowej.
Léonard Chemineau ponownie okazuje się idealnym partnerem dla Lupano. Jego styl znajduje się gdzieś między realizmem a karykaturą i dokładnie tego potrzebuje ta historia. Postacie są wystarczająco wiarygodne, byśmy traktowali ich przygody serio, ale wystarczająco przerysowane, żeby pojedyncza mina mogła zastąpić całą puentę. Chemineau bardzo dobrze wykorzystuje gest. Piraci nie muszą wygłaszać długich monologów, żebyśmy wiedzieli, co myślą o naukowych pomysłach Francuza. Dombey również dostaje bogaty repertuar spojrzeń człowieka, który z każdą kolejną minutą odkrywa, że świat nie zamierza podporządkować się ani metrowi, ani jego cierpliwości.
Kolorystyka wzmacnia przygodowy charakter albumu. Karaiby są jasne, błękitne, słoneczne, niemal pocztówkowe. Jest w tym coś przewrotnie zabawnego, bo w tak przyjemnej scenerii bohater doświadcza kolejnych katastrof. Rajska wyspa wygląda dokładnie tak, jak powinna wyglądać w komiksie przygodowym, nawet jeśli dla Dombeya okazuje się kolejnym przystankiem na trasie osobistej klęski. Plansze są przeważnie klasyczne i czytelne, chociaż autorzy pozwalają sobie miejscami na większe zagęszczenie dialogów i zabawę ich rozmieszczeniem. Nie wszystkie eksperymenty muszą przypaść do gustu. Tam, gdzie dymki zaczynają się nakładać albo celowo utrudniają czytanie, komediowy chaos potrafi przejść w chaos całkiem dosłowny. To jednak drobny problem w albumie, który w większości prowadzi czytelnika bardzo sprawnie.
Ciekawe są również przeskoki między różnymi momentami historii. Lupano stopniowo dopowiada kontekst i pozwala patrzeć na wydarzenia z szerszej perspektywy. Dzięki temu opowieść o nieszczęsnym uczonym przestaje być wyłącznie ciągiem gagów. Zaczynamy widzieć człowieka, którego los regularnie rozmija się z ambicją. I właśnie Dombey okazuje się ostatecznie najważniejszym elementem albumu. System metryczny jest świetnym pomysłem na fabułę, piraci zapewniają komedię, ale pod tym wszystkim kryje się historia człowieka próbującego zrobić coś sensownego w świecie, który regularnie odpowiada mu katastrofą. Jest w tym sporo ciepła, ale też pewna melancholia.
Nie wszystkie przedsięwzięcia kończą się sukcesem. Nie każdy odkrywca dostaje pomnik. Nie każda misja, nawet rozsądna i potencjalnie bardzo ważna, dochodzi do skutku. Historia lubi zwycięzców, ale składa się także z ogromnej liczby ludzi, którzy byli blisko, płynęli w dobrym kierunku i po prostu mieli fatalnego pecha. Przemierzyć Karaiby potrafi więc śmiać się z Dombeya bez robienia z niego błazna. Jego upór jest komiczny, ale również godny szacunku. Wierzy, że lepszy sposób mierzenia świata naprawdę może coś zmienić. To niewielkie marzenie w porównaniu z wielkimi rewolucyjnymi hasłami, a zarazem pomysł, który ostatecznie zmienił niemal cały świat.
O ironio, część tego świata do dziś mierzy inaczej. Lupano oczywiście chętnie wykorzystuje tę historyczną przewrotność. Misja do Ameryki automatycznie przywołuje pytanie o to, jak potoczyłyby się losy amerykańskich miar, gdyby wszystko poszło zgodnie z planem. Komiks nie robi z tego wielkiego alternatywnohistorycznego traktatu. Wystarczy sugestia, że czasem bardzo trwałe elementy naszej codzienności wynikają z przypadków, opóźnień, katastrof i ludzi, którzy znaleźli się w niewłaściwym miejscu na Karaibach. Historia postępu wygląda zwykle pięknie dopiero z dużej odległości. Z bliska częściej przypomina człowieka siedzącego w pirackiej niewoli i próbującego wytłumaczyć komuś, dlaczego kawałek metalu ma zmienić świat.
Komiks ma przy tym tę ogromną zaletę, że nie przecenia swojego tematu. Lupano nie próbuje udowadniać, że wynalezienie metra było najważniejszym wydarzeniem XVIII wieku. Pokazuje natomiast, że historia codzienności bywa fascynująca właśnie dlatego, że rzeczy najbardziej oczywiste kiedyś wcale oczywiste nie były. Dzisiaj kilogram, litr czy metr są dla większości z nas niemal niewidzialne. Używamy ich bez zastanowienia. Trudno pamiętać, że ktoś musiał je najpierw wymyślić, uzasadnić, wykonać wzorce, przekonać innych i jeszcze przewieźć te wzorce przez ocean. W tym sensie Przemierzyć Karaiby robi coś bardzo pożytecznego: przywraca dziwność rzeczy, która stała się banalna.
Nie jest to komiks historyczny w znaczeniu ścisłym. Nie warto szukać w nim drobiazgowej rekonstrukcji podróży Dombeya ani traktować każdej sceny jak udokumentowanego faktu. To przygodowa komedia zbudowana na prawdziwym epizodzie i prawdziwym człowieku. Swobodę bierze świadomie, ponieważ zależy jej bardziej na duchu historii niż na odtwarzaniu protokołu wydarzeń. Lupano i Chemineau ponownie pokazują przy tym, jak dobrze rozumieją się jako duet. Jeden znajduje historię, której przeciętny człowiek nigdy nie uznałby za materiał na komiks, drugi nadaje jej ruch, twarze, gesty i tempo. Tak było z biblioteką uciekającą na grzbiecie mulicy. Teraz podobny los spotyka system metryczny.
Przemierzyć Karaiby jest lekkie, zabawne i bardzo łatwe do pochłonięcia, ale nie jest puste. Pod komediową warstwą pozostaje opowieść o nauce, o potrzebie wspólnego języka, o ludzkim uporze i o tym, jak niewiele czasem potrzeba, by ambitny projekt zderzył się z absurdem rzeczywistości. Lupano mierzy więc człowieka nie w metrach ani kilogramach, lecz w tym, ile razy potrafi ruszyć przed siebie z przekonaniem, że jego pomysł ma sens, nawet jeśli świat właśnie po raz kolejny robi wszystko, żeby udowodnić mu coś przeciwnego.



