Wystarczy zepsuty samochód, żeby człowiek utknął w miejscu, w którym wcale nie planował się znaleźć. A jeśli przy okazji spotka starszego pana w żółtym berecie, może jeszcze zostać zmuszony do wysłuchania kilku historii. Jan Mazur właśnie w taki sposób otwiera Ludziki mniejsze, zbiór krótkich komiksów, które z pozoru nie mają ze sobą wiele wspólnego. Jedne opowiadają o absurdalnych przypadłościach, inne o miłości, samotności czy niespełnionych oczekiwaniach. Wszystkie natomiast wyrastają z podobnego przekonania, że człowiek potrafi skomplikować sobie życie nawet wtedy, kiedy właściwie nic szczególnego się nie dzieje. Czasami wystarczy rozmowa, a właściwie jej nieudana próba.
Mazur rysuje ludzi tak, jakby chciał sprawdzić, ile można im odebrać, zanim przestaną przypominać samych siebie. Kilka kresek, kółko zamiast głowy, najprostsze gesty. Nie ma tutaj miejsca na popisy anatomiczne, rozbudowane tła czy wizualne fajerwerki. I właśnie dlatego tak dobrze widać wszystko, co istotne. Niezręczność, zniecierpliwienie, obojętność, czasem rozpaczliwą potrzebę kontaktu. Te niemal patyczakowate postacie potrafią powiedzieć o ludzkich relacjach więcej niż niejeden realistycznie narysowany bohater z kilkusetstronicowej powieści graficznej. Mazur doskonale rozumie, że emocje nie zawsze wymagają szczegółowo przedstawionej twarzy. Niekiedy wystarczy odpowiednio długa cisza pomiędzy dwoma dymkami.
Szczególnie interesujące są właśnie rozmowy. Bohaterowie mówią do siebie, ale niekoniecznie ze sobą. Jeden chce coś wyjaśnić, drugi pragnie zostać wysłuchany, trzeci najchętniej w ogóle nie uczestniczyłby w całym zamieszaniu. Zwyczajne dialogi zaczynają odsłaniać mechanizmy, które znamy aż za dobrze. Ludzie potrafią przecież przez długie minuty wymieniać słowa, nie interesując się specjalnie tym, co druga strona ma do powiedzenia. Mazur nie potrzebuje wielkich dramatów ani efektownych konfliktów. Wystarcza mu drobne przesunięcie akcentów, żeby pozornie niewinna sytuacja zrobiła się nieznośnie znajoma.
Świetnym przykładem jego pomysłowości jest historia poświęcona onomatopejozie. W świecie komiksu wszelkie trzaski, łomoty i wybuchy zapisane wielkimi literami są czymś całkowicie naturalnym. Mazur postanawia jednak potraktować tę właściwość medium jako przypadłość, która może dotknąć konkretnego człowieka. Nagle coś, co czytelnik zwykle przyjmuje bez zastanowienia, staje się powodem społecznego napiętnowania. Żart jest znakomity, ale pod spodem kryje się dość nieprzyjemna obserwacja dotycząca stosunku do odmienności. Wystarczy zachowywać się trochę inaczej niż reszta, żeby otoczenie uznało, że trzeba coś z tym zrobić. Autor nie wygłasza przy tym żadnego manifestu. Pozwala absurdowi samodzielnie obnażyć absurd.
Podobnie działa Randka w ciemno, w której Mazur wykorzystuje dosłowność tytułu i prowadzi spotkanie przez serię czarnych kadrów. To jeden z tych pomysłów, które wydają się banalne dopiero wtedy, kiedy ktoś już na nie wpadnie. Nieobecność obrazu okazuje się tutaj pełnoprawnym narzędziem narracyjnym. Czytelnik musi skupić się na słowach, wyobrazić sobie sytuację i poczekać, aż autor zdecyduje się wreszcie coś pokazać. Mazur potrafi zrobić komiks z tego, czego na planszy nie ma. Trudno o lepszy dowód, że jego minimalizm nie wynika z ograniczonego warsztatu, lecz ze świadomego wykorzystywania możliwości medium.
Wśród opowieści znalazło się również miejsce dla świata pozbawionego internetu, spełniania cudzych marzeń oraz książek przetrzymywanych zbyt długo po terminie zwrotu. Szczególnie wdzięczny jest ten ostatni pomysł, ponieważ Mazur zamienia czytanie w spotkanie z drugim człowiekiem. Książka przestaje być przedmiotem odłożonym na półkę i zaczyna przypominać kogoś, kto czeka, aż wreszcie poświęcimy mu uwagę. Niby drobna zabawa wyobraźnią, a jednak trafia w sedno naszego stosunku do rzeczy, ludzi i zobowiązań. Ile razy obiecujemy sobie, że czymś zajmiemy się później, jakby samo później miało rozwiązać problem?
Humor Mazura ma zresztą osobliwą temperaturę. Nie zawsze wiadomo, czy należy się śmiać, czy raczej przyznać, że sytuacja jest zwyczajnie przykra. Puenta potrafi rozbawić, a po chwili zostawić niewygodną myśl. Nie jest to humor szczególnie hałaśliwy, choć zdarzają się pomysły czysto komediowe. Częściej przypomina podsłuchiwanie rozmowy, której uczestnicy jeszcze nie wiedzą, jak bardzo się kompromitują. Autor bywa złośliwy, ale rzadko okrutny. Nawet kiedy pokazuje ludzką małostkowość, trudno odnieść wrażenie, że patrzy na swoich bohaterów z wyższością. Raczej dobrze zna ich słabości, ponieważ sam żyje w tym samym świecie.
Osobną zaletą albumu jest sposób połączenia opowiadań powstających w różnych okresach. Spotkanie przy okazji awarii samochodu i historie starszego mężczyzny tworzą ramę, która nadaje zbiorowi własny rytm. Dzięki temu nie dostajemy wyłącznie antologii niezależnych pomysłów. Poszczególne epizody zaczynają ze sobą rozmawiać, a ich sens stopniowo przesuwa się wraz z rozwojem nadrzędnej opowieści. Finał wykorzystuje tę konstrukcję w sposób, którego lepiej nie zdradzać. Wystarczy powiedzieć, że po jego przeczytaniu niektóre wcześniejsze sceny nabierają mniej niewinnego znaczenia.
Nie wszystkie historie działają równie mocno. Część opiera się na jednym koncepcie, który po rozpoznaniu puenty nie pozostawia już zbyt wiele do odkrycia. Zdarza się też, że oszczędność narracyjna ociera się o nadmierną skrótowość. Mazur potrafi urwać opowieść dokładnie w odpowiednim momencie, ale czasami chciałoby się, żeby pozwolił jej jeszcze chwilę pooddychać. Taka jest jednak cena formy, która świadomie rezygnuje z rozbudowanych wyjaśnień. Co ważne, autor nie próbuje maskować słabszych pomysłów ozdobnikami. Jeśli żart nie trafia, pozostaje po prostu nietrafionym żartem. Za chwilę przychodzi następna historia i zwykle okazuje się znacznie celniejsza.
Niewielki format wydania dobrze współgra z charakterem całego przedsięwzięcia. Ludziki mniejsze nie potrzebują wielkich plansz ani monumentalnej oprawy. Są komiksami, które można przeczytać szybko, ale znacznie trudniej równie szybko wyrzucić z głowy. W ich pozornej prostocie kryje się coś bardzo bliskiego codzienności, tej niezbyt efektownej, złożonej z niezręcznych spotkań, niewypowiedzianych pretensji i małych decyzji, których konsekwencje dostrzegamy dopiero po czasie.
Najbardziej lubię w tym albumie to, że Mazur nie próbuje udowadniać, iż każda błahostka skrywa wielką filozoficzną prawdę. Czasami absurd pozostaje absurdem, a żart zwyczajnym żartem. Dopiero kiedy kilka takich drobiazgów znajdzie się obok siebie, zaczyna wyłaniać się z nich obraz ludzi, którzy pragną bliskości, ale nie zawsze potrafią ze sobą wytrzymać. Tytułowe ludziki są mniejsze wyłącznie na papierze. Ich problemy mają już całkiem ludzkie rozmiary. I chyba właśnie dlatego te narysowane kilkoma kreskami postacie tak łatwo rozpoznać w znajomych. Albo, co trochę mniej przyjemne, we własnym odbiciu.

