Jeśli cały świat mieści się pod jednym dachem, a nad wszystkim czuwa Arnold Bros [zał. 1905], to właściwie po co komu jeszcze jakiekolwiek pytania? Terry Pratchett lubił takie sytuacje: wystarczy stworzyć społeczność całkowicie pewną własnych przekonań, a potem wpuścić do środka kogoś, kto mówi, że poza ścianą istnieje coś jeszcze. Księgi nomów zaczynają się właśnie od takiej herezji. Masklin przybywa ze „Zewnętrza” do Sklepu i niemal od razu okazuje się kimś bardzo niewygodnym, bo przynosi ze sobą nie tylko własne plemię, ale też fakt, że obowiązująca wizja rzeczywistości może być po prostu błędna.
Na trylogię składają się Nomów Księga Wyjścia, Nomów Księga Kopania i Nomów Księga Odlotu. Wszystkie trzy tworzą jedną opowieść o niewielkich istotach próbujących przeżyć w ludzkim świecie, ale Pratchett oczywiście nie zatrzymuje się na samej przygodzie. Nomy są miniaturowe, natomiast ich problemy są boleśnie znajome: religia, dogmaty, przywództwo, opór wobec zmian, strach przed nieznanym, podziały społeczne, emancypacja i niekończąca się ludzka potrzeba przekonywania samych siebie, że obecny porządek musi być jedynym możliwym.
Sklep jest pod tym względem znakomitym pomysłem. Dla mieszkających tam nomów to nie budynek handlowy, lecz cały wszechświat. Poszczególne działy funkcjonują jak terytoria, Znaki mają znaczenie niemal religijne, Elektryczność jest czymś potężnym i niezrozumiałym, a sam Arnold Bros [zał. 1905] urasta do rangi stwórcy. Hasło „Dobra wszelakie pod jednym dachem” staje się nie sloganem reklamowym, lecz dowodem ontologicznym. Skoro wszystko znajduje się pod jednym dachem, to poza nim nie może być niczego. I wtedy przychodzi Masklin.
Pratchett świetnie rozumie, że najbardziej niewygodne odkrycia nie są tymi, które mówią nam coś nowego, ale tymi, które odbierają nam wygodne przekonanie o własnej pewności. Nomy Sklepu nie chcą wiedzieć, że istnieje świat zewnętrzny, bo ta wiedza niczego im nie ułatwia. Przeciwnie, burzy religię, politykę i społeczną hierarchię. A kiedy okazuje się, że Sklep zostanie zniszczony, przestaje chodzić o spór filozoficzny. Nagle trzeba zdecydować, czy lepiej umrzeć w zgodzie z dogmatem, czy uznać, że heretyk może mieć rację. Pratchett wykorzystuje nomy jak soczewkę: zmniejsza ludzi do kilkunastu centymetrów, żeby ich lęki, ambicje i absurdy stały się jeszcze wyraźniejsze.
Pierwsza część jest najzabawniejsza i najpełniejsza pomysłów wynikających z samej perspektywy bohaterów. Świat ludzi oglądany z poziomu podłogi staje się miejscem niemal mitologicznym. Ludzie są ogromni, powolni i często zdumiewająco nierozgarnięci. Niektórzy muszą nawet nosić plakietki z imionami, co dla nomów jest niezbitym dowodem na to, że większy rozmiar niekoniecznie oznacza większy rozum. Tego typu obserwacje są proste, ale Pratchett potrafi z nich wydobyć dokładnie tyle absurdu, ile trzeba.
Najlepszym przykładem jest sama ucieczka ze Sklepu. Z punktu widzenia człowieka ciężarówka jest zwykłym pojazdem. Z punktu widzenia nomów staje się czymś pomiędzy smokiem, machiną wojenną i statkiem kosmicznym. Przygotowania do Wielkiej Jazdy mają więc w sobie jednocześnie komedię i realne napięcie. Pratchett nie udaje, że chodzi tylko o żart. Dla bohaterów stawką naprawdę jest przetrwanie. To zresztą jeden z powodów, dla których Księgi nomów nie starzeją się tak szybko, jak mogłyby sugerować ich baśniowo młodzieżowe założenia. Nomy są zabawne, ale nie są tylko zabawkami. Mają własne interesy, uprzedzenia, ambicje i konflikty. Masklin nie zostaje bohaterem dlatego, że jest wybrańcem. Zostaje nim dlatego, że jako jeden z nielicznych rozumie, iż brak decyzji także jest decyzją. Ciągle musi działać szybciej niż inni zdążą się pokłócić o to, czy w ogóle wolno działać.
Pratchett daje mu dobre towarzystwo. Grimma od początku ma znacznie więcej rozsądku niż wiele nomów płci męskiej gotowych tłumaczyć jej, dlaczego kobiety nie powinny zajmować się rzeczami obciążającymi intelekt. Gurder reprezentuje religijny sposób myślenia, ale nie jest płaską karykaturą fanatyka. Dorcas fascynuje się techniką i Elektrycznością. Angalo z kolei reaguje na wszystko, co posiada kierownicę albo silnik, dokładnie tak, jak można by się spodziewać po kimś, kto odkrył motoryzację jako objawienie. Szczególnie dobrze wypada Grimma, bo dzięki niej Pratchett nie tylko żartuje z mizoginicznych przekonań, ale pokazuje, jak społeczność potrafi produkować „naturalne” zasady, które są naturalne wyłącznie dlatego, że od dawna nikt ich nie kwestionował. U nomów kobiecy mózg rzekomo może się przegrzać od zbyt intensywnego myślenia. Brzmi absurdalnie, dopóki nie zauważy się, jak wiele podobnych teorii ludzie wymyślali przez stulecia całkiem serio.
Druga część, Księga Kopania, zwalnia. Nomy po ucieczce trafiają do kamieniołomu, który początkowo wydaje się nowym domem. Problem w tym, że bezpieczeństwo u Pratchetta prawie zawsze ma termin ważności. Ludzie chcą ponownie uruchomić teren i bohaterowie stają przed kolejną koniecznością zmiany. Ta część jest mniej świeża niż pierwsza, bo powtarza podstawowy mechanizm: społeczność urządza się w miejscu, zaczyna uznawać je za trwałe, po czym rzeczywistość przypomina, że trwałość była tylko życzeniem. Nie znaczy to jednak, że tom jest zbędny. Właśnie tutaj mocniej widać, jak nomia społeczność dojrzewa politycznie. Początkowe skłócone grupy muszą nauczyć się podejmować decyzje razem, a przy okazji odkrywają całą galerię zachowań znanych z ludzkich społeczeństw. Pojawiają się rewolucjoniści, tradycjonaliści, ludzie przywiązani do dawnych struktur i tacy, którzy chcą wykorzystać kryzys do przebudowania wszystkiego od zera.
Pratchett nie potrzebuje wielkiej cywilizacji, żeby pokazać mechanizmy cywilizacji. Wystarczy mu kilkaset nomów, opuszczony kamieniołom i kłótnia o to, kto właściwie ma prawo powiedzieć reszcie, co robić. Najbardziej przygodowa staje się Księga Odlotu. Tutaj Masklin wyrusza na Florydę, bo Rzecz odkrywa, że nomy nie są wcale magicznymi istotami zamieszkującymi Ziemię od zawsze. Przybyły z kosmosu, a ich statek nadal gdzieś istnieje. Ten zwrot ostatecznie przesuwa trylogię z baśni o małych ludziach w kierunku science fiction i jest to jeden z przyjemniejszych momentów całej historii.
Pratchett robi ten ruch bez większego wysiłku, bo od początku zasiewał ideę, że świat nomów jest wynikiem błędnej interpretacji. Skoro Sklep mógł zostać uznany za cały wszechświat, to równie dobrze nomy mogły zapomnieć, że same przybyły z miejsca znacznie większego niż ich obecna rzeczywistość. Rzecz nie jest więc tylko wygodnym urządzeniem fabularnym. Reprezentuje pamięć, której społeczność nie umiała już odczytać. Trzecia część ma dzięki temu największe poczucie skali. Zaczynamy pod podłogą sklepu, a kończymy na Florydzie, lotniskach, samolotach, torbach podróżnych, gęsiach i planie kontaktu ze statkiem znajdującym się poza Ziemią. Perspektywa rozszerza się razem z wiedzą bohaterów. To bardzo pratchettowskie: zmiana świata zaczyna się od zmiany tego, co bohaterowie uznają za możliwe.
Rzecz również należy do najlepszych pomysłów trylogii. Początkowo jest czarnym, milczącym sześcianem przekazywanym przez pokolenia. Dopiero w pobliżu źródła energii zaczyna mówić i ujawnia wiedzę całkowicie podważającą nomią historię. Dla jednych jest źródłem prawdy, dla innych zagrożeniem dla obowiązującego porządku. Znów bardzo trudno nie zobaczyć w tym ludzkiego odpowiednika. Ciekawym elementem są także fragmenty otwierające rozdziały. W pierwszych częściach przypominają nomie pisma religijne, później zmieniają się w hasła encyklopedyczne. To mały formalny żart, ale wiele mówi o przemianie społeczności. Nomy zaczynają od mitu. Kończą na próbie uporządkowania wiedzy. Oczywiście Pratchett nie byłby sobą, gdyby nie zasugerował przy okazji, że encyklopedia także potrafi być bardzo zabawną formą mitologii.
Największą zaletą Ksiąg nomów pozostaje jednak sposób, w jaki humor nieustannie pracuje razem z obserwacją społeczną. Pratchett nie zatrzymuje fabuły, żeby wygłosić satyrę na religię albo politykę. Żart wynika z tego, jak bohaterowie zachowują się pod presją. Wierzący interpretują wydarzenia zgodnie z religią. Technicy zgodnie z techniką. Rewolucjoniści widzą okazję do rewolucji. Ludzie przywiązani do wygody próbują przekonać wszystkich, że zagrożenie na pewno nie istnieje.
Brzmi znajomo. I właśnie dlatego młodzieżowe przeznaczenie trylogii nie powinno odstraszać dorosłych czytelników. Dziecko dostanie przygodę o małych istotach uciekających ze Sklepu, prowadzących ciężarówkę, podróżujących samolotem i próbujących wrócić do domu. Dorosły zobaczy dodatkowo historię o tym, jak społeczeństwa reagują na wiedzę, która burzy ich poczucie bezpieczeństwa. Obie lektury mogą istnieć jednocześnie.
Nie wszystko jest równie mocne. Środkowy tom rzeczywiście ma mniej energii i łatwiej dostrzec w nim konstrukcyjne powtórzenia. Część żartów dotyczących płci czy organizacji społeczeństwa nosi ślady czasu, choć przeważnie Pratchett celuje nimi w konserwatywne przekonania bohaterów, a nie w kobiety. Cała trylogia jest też prostsza niż najlepsze powieści ze Świata Dysku. Nie ma tu równie gęstej sieci odniesień, filozoficznych puent ani tak wyrafinowanej konstrukcji satyry.
Ale prostsza nie znaczy pusta. Przeciwnie, Księgi nomów pokazują Pratchetta bardzo dobrze rozumiejącego, jak opowiedzieć o dużych sprawach bez robienia z nich wykładu. Religia pojawia się jako sposób wyjaśniania świata. Polityka jako konieczność decydowania wspólnie. Postęp jako proces, w którym ktoś zawsze musi pierwszy powiedzieć, że dotychczasowa odpowiedź już nie działa. Nauka jako nieustanna możliwość odkrycia, że byliśmy przekonani do czegoś całkowicie błędnego.
Najważniejszą herezją tej książki jest myśl, że świat może być większy niż to, co akurat mieści się pod naszym dachem. Masklin jest dobrym bohaterem właśnie dlatego, że sam nie zna wszystkich odpowiedzi. Wie tylko trochę więcej niż reszta. Wraz z kolejnymi częściami także jego wyobrażenie rzeczywistości zostaje poszerzone. Najpierw musi przekonać mieszkańców Sklepu, że istnieje Zewnętrze. Potem sam dowiaduje się, że Ziemia także nie jest całym światem. Każda odpowiedź otwiera więc kolejne drzwi.
To prosty, ale bardzo elegancki mechanizm. Pratchett pozwala bohaterom doświadczać dokładnie tego, co robi czytelnik dobrej fantastyki: odkrywać, że mapa jest za mała. Dzięki temu finał nie jest tylko zakończeniem podróży. Jest domknięciem procesu wychodzenia z kolejnych pudełek. Sklep był pudełkiem. Kamieniołom kolejnym. Ziemia także okazuje się tylko fragmentem większej rzeczywistości. Nomy potrzebują całej trylogii, żeby dojść do czegoś, co można streścić bardzo prosto: dom nie zawsze jest miejscem, w którym akurat udało się schować przed deszczem. Księgi nomów są jedną z lżejszych propozycji Pratchetta, ale mają wszystko, dzięki czemu jego pisarstwo nadal działa: tempo, sympatycznych bohaterów, absurd, celną obserwację i wyjątkową umiejętność patrzenia na ludzkie zachowania pod takim kątem, że nagle wydają się kompletnie niedorzeczne.
To książka dla młodszych czytelników, która nie traktuje ich jak idiotów, i książka dla dorosłych, która nie wymaga od nich udawania, że są zbyt poważni na opowieść o małych ludzikach mieszkających pod sklepem. Pratchett nie potrzebował wielkiego świata, żeby opowiedzieć o człowieku. Wystarczyło zmniejszyć bohaterów, postawić ich pod półką z towarem i poczekać, aż zaczną budować religię, politykę i całą cywilizację dokładnie tak samo jak my.

