Michał przyjeżdża do Śnieżnego Pałacu, żeby uczyć dwie dziewczynki języka polskiego, a na miejscu zastaje swoją byłą partnerkę. Już samo to wystarczyłoby, żeby człowiek zaczął rozważać powrót do domu najbliższym pociągiem. Niestety, na tym niespodzianki się nie kończą. Amelka i Inka nie palą się do nawiązywania znajomości, ich matka Rozalia najwyraźniej skrywa coś znacznie poważniejszego niż rodzinne nieporozumienia, a po korytarzach starej posiadłości wciąż krąży historia Grety Erfurt, malarki, która mieszkała tu przed stu laty i zginęła w tajemniczych okolicznościach. Do tego grudzień, śnieg i dom odcięty od świata. Magda Knedler urządziła swojemu bohaterowi wyjątkowo nieprzyjemne święta, chociaż on jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy.
Śnieżny pałac od początku wygląda jak zaproszenie do klasycznej powieści gotyckiej. Jest wielka posiadłość, są zamknięte drzwi, dziwne odgłosy, rodzinne niedopowiedzenia i kobieta z przeszłości, której obecność zdaje się wciąż przenikać mury. Wystarczyłoby dorzucić skrzypiące schody i świecę gasnącą w najmniej odpowiednim momencie, żeby zestaw był kompletny. Knedler zna jednak te sztuczki i nie wykorzystuje ich wyłącznie do straszenia. Znacznie bardziej interesuje ją to, dlaczego ludzie mieszkający w pięknym domu potrafią stworzyć sobie życie przypominające więzienie.
Michał jest tutaj kimś w rodzaju nieproszonego świadka. Formalnie został zatrudniony do nauczania dzieci, ale trudno nie zauważyć, że jego obecność zaczyna naruszać porządek panujący w posiadłości. Nie zna rodzinnych zasad, nie rozumie wszystkich napięć i jeszcze nie nauczył się ignorować rzeczy, o których pozostali wolą milczeć. To wygodna perspektywa dla czytelnika, bo razem z nim możemy zadawać pytania, które dla domowników najwyraźniej dawno stały się niewygodne. Dlaczego dziewczynki są tak nieufne? Co właściwie dzieje się z Rozalią? Jaką rolę odgrywa Gabi? I dlaczego historia dawno zmarłej malarki wciąż wywołuje tak silne emocje?
Sama obecność byłej partnerki Michała jest zresztą całkiem sprytnym dodatkiem. Bohater nie trafia do miejsca, w którym wszyscy są dla niego obcy. Ma tam kogoś, kogo znał wcześniej, a więc również własne wspomnienia, pretensje i niedokończone sprawy. Zamiast bezpiecznego punktu odniesienia dostaje kolejne źródło napięcia. W Śnieżnym Pałacu trudno bowiem oddzielić to, co ludzie ukrywają przed innymi, od tego, czego nie chcą przyznać nawet przed sobą.
Najwięcej uwagi przyciągnęła jednak moja relacja z Rozalią. To postać, którą bardzo łatwo byłoby napisać jako tajemniczą panią domu, chodzącą po korytarzach z miną zwiastującą tragedię. Knedler daje jej znacznie więcej. Rozalia ma własną historię, trudne dzieciństwo, małżeństwo i fascynację Gretą Erfurt, która z czasem zaczyna wykraczać poza zwykłe zainteresowanie dawną mieszkanką posiadłości. Próbuje odtworzyć jej losy, zrozumieć jej życie, dotrzeć do tego, co wydarzyło się przed laty. Można odnieść wrażenie, że w tej cudzej biografii szuka również odpowiedzi dotyczących siebie. I nie zawsze jest to poszukiwanie zdrowe czy bezpieczne.
Właśnie dlatego dobrze sprawdza się konstrukcja powieści oparta na trzech głosach i różnych planach czasowych. Michał prowadzi nas przez wydarzenia współczesne, Greta pozwala wejść w międzywojenną historię pałacu, a Rozalia łączy obie rzeczywistości. Każda z tych osób zna inną część opowieści, każda patrzy na to samo miejsce inaczej. Początkowo można mieć wrażenie, że czyta się kilka historii, które łączy przede wszystkim adres. Z czasem zaczynają jednak wychodzić na jaw podobieństwa w doświadczeniach bohaterów, ich pragnieniach i sposobach radzenia sobie z cierpieniem.
Greta nie jest więc tylko duchem, którym straszy się nowego nauczyciela. Jej historia ma własny ciężar, a sztuka odgrywa w niej ważną rolę. Bardzo podobało mi się, jak Knedler opisuje obrazy i sposób, w jaki oddziałują na osoby oglądające je wiele lat później. Płótna nie są zwykłą dekoracją pałacowych wnętrz. Przechowują coś z życia artystki, jej spojrzenia na świat, emocji i relacji. Rozalia próbuje czytać je niemal jak dokumenty, chociaż przecież obraz nie musi mówić prawdy w taki sposób, w jaki oczekujemy tego od zeznania świadka. Może ukrywać, przetwarzać, upiększać albo pokazywać coś, czego sam twórca nie potrafiłby wyjaśnić słowami.
Najbardziej niepokojące w Śnieżnym Pałacu jest to, jak łatwo cudza historia zaczyna zastępować własną. Rozalia nie tylko bada przeszłość Grety. Stopniowo wikła się w nią emocjonalnie, a granica między próbą zrozumienia drugiego człowieka a obsesją robi się coraz mniej wyraźna. Przy takim pomyśle nie potrzeba nawet prawdziwego ducha. Wystarczy człowiek, który zbyt długo żyje tym, co wydarzyło się komuś innemu.
Knedler umiejętnie wykorzystuje też samą zimę. Śnieg nie jest tutaj wyłącznie ładnym tłem do zdjęcia okładkowego. Izoluje, tłumi dźwięki, utrudnia kontakt ze światem i sprawia, że nawet zwykłe wyjście poza teren posiadłości przestaje być czymś oczywistym. Wewnątrz jest ciepło, są kominki, herbata i przygotowania do świąt, ale trudno mówić o przytulności, kiedy każdy pokój zdaje się przechowywać jakąś niewypowiedzianą pretensję. Lubię ten kontrast. Dom może wyglądać jak spełnienie marzeń o zimowym wypoczynku, a jednocześnie być ostatnim miejscem, w którym chciałabym spędzić noc.
Atmosfera niepokoju rozwija się powoli, bez ciągłego podrzucania dramatycznych wydarzeń. Michał słyszy urwane rozmowy, zauważa dziwne zachowania, próbuje zrozumieć reakcje domowników. Pojawia się wrażenie czyjejś obecności, podejrzenie, że ktoś go obserwuje, i coraz więcej pytań dotyczących śmierci Grety. Knedler długo pozwala nam zastanawiać się, czy rzeczywiście mamy do czynienia z czymś nadprzyrodzonym, czy raczej z ludźmi, którzy stworzyli wokół siebie tak gęstą sieć lęków i przemilczeń, że każdy cień zaczyna wyglądać podejrzanie.
Nie oczekiwałabym jednak od tej książki klasycznego horroru. Groza jest tutaj raczej sposobem opowiadania o psychice niż obietnicą spotkania z czymś, co wyskoczy zza drzwi. Autorka stopniowo przesuwa uwagę z możliwych zjawisk paranormalnych na relacje rodzinne, chorobę psychiczną, samotność i skutki dawnych doświadczeń. To przesunięcie ma sens, choć rozumiem, że osoba nastawiona na mocny wątek nadprzyrodzony może poczuć się nieco oszukana. Śnieżny Pałac potrafi straszyć, ale jego najważniejsze tajemnice mają bardzo ludzkie źródła.
Ciekawie wypada również odwrócenie klasycznego gotyckiego schematu. Zamiast młodej guwernantki, która przybywa do odizolowanej rezydencji i zaczyna odkrywać sekrety jej mieszkańców, mamy nauczyciela. Michał zajmuje miejsce zwykle zarezerwowane dla kobiecej bohaterki dawnych powieści, ale nie zmienia to podstawowej sytuacji. Jest zależny od gospodarzy, znajduje się na cudzym terenie i nie do końca wie, komu może zaufać. Jego rozsądek pomaga nam nie utonąć w pałacowych legendach, choć sam bohater również nie pozostaje wobec nich obojętny.
Najbardziej odpowiada mi w tej powieści brak pośpiechu. Knedler nie rzuca wszystkich sekretów na stół przy pierwszej okazji. Pozwala posiedzieć z bohaterami, przyjrzeć się ich zachowaniu i dopiero później odkryć, skąd biorą się niektóre reakcje. Bywa jednak, że ta metoda wymaga cierpliwości. Kiedy już mocno zainteresowałam się jednym z wątków, zmiana perspektywy czasowej potrafiła mnie zirytować. Chciałam zostać z Michałem i dowiedzieć się, co usłyszał, a tymczasem trzeba było wrócić do wydarzeń sprzed dziesięcioleci. Z drugiej strony bez tych powrotów historia Grety byłaby tylko opowieścią powtarzaną przez innych, a nie pełnoprawną częścią książki.
Nie każda tajemnica jest też równie trudna do przewidzenia. Kiedy zna się literackie przyzwyczajenia powieści gotyckiej, niektóre sygnały stają się dość czytelne. Zamknięta posiadłość, tajemnicza śmierć, rodzinne sekrety i bohaterka obsesyjnie zainteresowana przeszłością to zestaw, który sam podpowiada pewne rozwiązania. Nie miałam jednak poczucia, że Knedler próbuje wygrać wyłącznie zaskoczeniem. Bardziej zależy jej na tym, żebyśmy zrozumieli, co doprowadziło bohaterów do obecnego stanu. To inny rodzaj satysfakcji niż ten, który daje nagłe ujawnienie sprawcy w kryminale.
Ważne jest również to, że bohaterowie nie zawsze zachowują się rozsądnie i nie zawsze dają się lubić. Rozalia potrafi irytować swoim milczeniem, Michał nie wszystko rozumie tak szybko, jak byśmy chcieli, a relacje między mieszkańcami pałacu bywają zwyczajnie męczące. Tyle że trudno oczekiwać od ludzi żyjących przez lata w poczuciu winy, lęku czy odrzucenia, że będą rozmawiać ze sobą jak uczestnicy udanej terapii rodzinnej. Ich błędy wynikają często z tego, czego nie potrafią powiedzieć, i właśnie te niewypowiedziane rzeczy stopniowo wypełniają cały dom.
Śnieżny Pałac nie jest nawiedzony wyłącznie przez przeszłość. Jest nawiedzony przez sposób, w jaki jego mieszkańcy próbują z nią żyć. To dla mnie ważniejsze niż odpowiedź na pytanie o ducha Grety. Knedler pokazuje, jak łatwo zamienić wspomnienie w obsesję, a troskę o rodzinę w próbę kontrolowania wszystkiego, co mogłoby naruszyć jej pozorny spokój. Czasem człowiek tak bardzo chce ochronić innych przed prawdą, że nie zauważa, ile szkody wyrządza samym milczeniem.
Podoba mi się też niejednoznaczność zakończenia. Powieść pozwala zrozumieć zasadnicze powiązania między przeszłością a teraźniejszością, ale nie zamyka wszystkich emocji w eleganckim pudełku. I dobrze. Przy historii tak mocno związanej z pamięcią, traumą i rodzinnymi sekretami finał, w którym każdy dostaje dokładnie to, czego potrzebuje, wyglądałby podejrzanie. Niektóre rzeczy można wyjaśnić, lecz niekoniecznie da się je naprawić.
Śnieżny pałac jest dla mnie przede wszystkim dramatem psychologicznym przebranym w gotycką suknię. Ma śnieg, tajemnicze obrazy, stare mury i ducha, którego obecności trudno się pozbyć, ale pod tym wszystkim opowiada o ludziach próbujących odnaleźć się w historiach, które zaczęły się na długo przed nimi. Momentami chciałam, żeby Knedler szybciej odsłaniała karty, a niektóre zachowania bohaterów naprawdę wystawiały moją cierpliwość na próbę. Mimo to dałam się wciągnąć w tę dziwną, chłodną atmosferę, zwłaszcza w historię Rozalii i Grety, tak mocno splecionych przez sztukę i potrzebę zrozumienia własnego życia. Michał przyjechał uczyć dzieci języka polskiego, a trafił do domu, w którym największym problemem jest brak słów. Wszyscy coś wiedzą, czegoś się boją, coś próbują przemilczeć. Śnieg może zasypać ślady w ogrodzie, ale z ludzkimi wspomnieniami nie idzie mu już tak łatwo. Nawet jeśli przez sto lat nikt nie odważył się o nich głośno opowiedzieć.

