Siedmiu władców zastanawia się, komu przypadnie tron Kortaru, choć właściwy następca wcale nie leży w grobie. Torn żyje, dorastał przez lata pod opieką sprzymierzonego monarchy i ma całkiem poważne powody, żeby nie ujawniać swojego pochodzenia przy pierwszej lepszej okazji. Ktoś jednak odkrywa jego sekret i próbuje go zabić, co skutecznie kończy okres względnego bezpieczeństwa. Dariusz Bogumił rozpoczyna Ocalałego od układu, który trudno zepsuć już na etapie pomysłu: zamordowana dynastia, ukryty dziedzic, polityczna rozgrywka i wojsko czekające na sygnał do walki. Przez pierwsze chwile naprawdę chciałam wiedzieć, kto kogo przechytrzy. Po zakończeniu lektury znacznie trudniej było mi jednak odpowiedzieć na pytanie, dlaczego miałabym jeszcze kiedyś do tej historii wrócić.
Kortaru nie trzeba przedstawiać jako krainy wyjątkowej, żeby zrozumieć, dlaczego jego los budzi zainteresowanie sąsiadów. Królestwo przegrało wojnę, władców zamordowano, a oficjalna wersja wydarzeń zakłada, że wraz z nimi zginął jedyny następca tronu. Taka sytuacja jest dla pozostałych monarchów polityczną okazją. Można dyskutować o prawach do sukcesji, negocjować wpływy i próbować ustawić przyszłość podbitego państwa tak, żeby samemu zyskać możliwie najwięcej. Bogumił słusznie dostrzega, że po zakończeniu wojny nie następuje automatycznie pokój. Często zaczyna się po prostu inny rodzaj walki, prowadzony przy stołach, za zamkniętymi drzwiami i za pośrednictwem ludzi, którzy oficjalnie nie mają nic wspólnego z podejmowanymi decyzjami.
Torn przez lata przygotowywany jest do odzyskania utraconego dziedzictwa. To ważne rozróżnienie, ponieważ nie mamy tutaj do czynienia z przypadkowym chłopakiem, który pewnego ranka dowiaduje się, że jest księciem, i musi błyskawicznie nauczyć się trzymać miecz. Jego pochodzenie pozostaje tajemnicą dla świata, ale nie dla niego samego. Wie, kim jest, rozumie, czego od niego oczekują, i dorasta w cieniu przyszłej konfrontacji. Kiedy dochodzi do zamachu na jego życie, musi opuścić bezpieczne otoczenie i dołączyć do oddziałów wiernych dawnemu rodowi. Od tego momentu przygotowania przestają być ćwiczeniem na odległą przyszłość. Tron staje się konkretnym celem, a zagrożenie czymś znacznie bardziej bezpośrednim niż opowieści o dawnych wrogach.
Sam pomysł na takiego bohatera daje autorowi sporo możliwości. Torn może przecież inaczej wyobrażać sobie Kortar niż ludzie, którzy pamiętają go sprzed klęski. Dla żołnierzy wiernych jego rodzinie powrót następcy oznacza szansę na odzyskanie dawnego porządku. Dla niego samego jest także obowiązkiem odziedziczonym po zamordowanych bliskich. Pojawia się więc interesujące napięcie pomiędzy prawem do korony a osobistą gotowością do jej przyjęcia. Szkoda, że nie wszystkie emocjonalne konsekwencje tej sytuacji zostają równie mocno wykorzystane. Torn jest potrzebny fabule przede wszystkim jako dziedzic, wokół którego można organizować działania polityczne i militarne. Jako człowiek pozostaje nieco mniej wyrazisty.
To właśnie największy problem, jaki miałam z Ocalałym. Rozumiałam stawkę wydarzeń, potrafiłam zainteresować się kolejnymi posunięciami przeciwników, ale rzadko czułam, że los konkretnej postaci rzeczywiście mnie obchodzi. Bogumił dużo uwagi poświęca mechanizmom walki o władzę, natomiast nie zawsze znajduje wystarczająco dużo miejsca na pokazanie, jak ta walka zmienia ludzi biorących w niej udział. Bohaterowie podejmują decyzje, przemieszczają się pomiędzy kolejnymi punktami konfliktu i realizują swoje zadania. Brakuje jednak chwil, w których można byłoby przyjrzeć się im bez politycznej mapy rozłożonej na stole.
Nie oczekiwałam rozbudowanego dramatu psychologicznego. Fantasy o odzyskiwaniu tronu ma prawo koncentrować się na wojnie, sojuszach i zdradach, a nie na wielostronicowych rozważaniach o uczuciach. Problem zaczyna się wtedy, kiedy emocjonalny dystans osłabia również sceny, które powinny wywoływać napięcie. Zagrożenie życia bohatera działa mocniej, jeśli wcześniej poznaliśmy coś więcej niż jego pozycję w konflikcie. Podobnie jest z lojalnością. Wierność dawnemu rodowi stanowi przekonujący motyw działania, ale chciałabym zobaczyć więcej indywidualnych powodów, dla których poszczególni ludzie nadal gotowi są ryzykować wszystko dla Kortaru.
Polityka zajmuje w powieści naprawdę dużo miejsca. Siedmiu władców, sprzeczne interesy, próby ustalenia przyszłości upadłego królestwa, działania wywiadowcze i ukrywane informacje tworzą rozbudowaną sieć zależności. Autor wyraźnie lepiej czuje się przy rozstawianiu uczestników konfliktu niż przy budowaniu kameralnych relacji. Potrafi pokazać, że każda decyzja ma konsekwencje wykraczające poza osobiste ambicje jednego człowieka. Tron Kortaru jest przedmiotem negocjacji, ale także symbolem wpływów, których żaden z sąsiadów nie chce oddać bez walki. To całkiem solidny fundament dla fantasy politycznego.
Tyle że z czasem zaczęłam odnosić wrażenie, że przy stole obrad spędzamy więcej czasu, niż wymaga tego sama historia. Kolejne intrygi i ustalenia nie zawsze przekładają się na równie interesujące wydarzenia. Polityczne manewry potrafią być pasjonujące, jeśli każda rozmowa zmienia układ sił albo ujawnia coś ważnego o uczestnikach gry. Tutaj niektóre fragmenty sprawiają wrażenie przygotowań do czegoś, co powinno wydarzyć się za chwilę. Kiedy wreszcie dochodzi do działania, zdarza się, że jego konsekwencje zostają przedstawione szybciej, niż oczekiwałam. Powstaje osobliwa dysproporcja: przygotowania bywają szczegółowe, a ich rezultaty nie zawsze dostają odpowiednio dużo przestrzeni.
Nie pomaga również fakt, że część wydarzeń zdaje się rozgrywać poza głównym nurtem opowieści. Czytając, miałam chwilami poczucie, że Bogumił zna znacznie więcej szczegółów historii swojego świata, niż zdecydował się umieścić w książce. Samo w sobie nie jest to wadą. Dobrze zbudowane uniwersum powinno przecież sprawiać wrażenie większego niż fabuła pojedynczej powieści. Tutaj jednak niektóre pominięcia utrudniają ocenę znaczenia poszczególnych zdarzeń. Autor przechodzi dalej, podczas gdy ja chętnie zostałabym jeszcze przez moment przy sytuacji, która mogła nadać konfliktowi większą dramaturgię.
Z tego powodu Ocalały czyta się nierówno. Bywają fragmenty, w których intryga rzeczywiście nabiera tempa, a sekret pochodzenia Torna działa jak zagrożenie mogące w każdej chwili zburzyć starannie budowane plany. Wtedy łatwo wejść w rytm opowieści i z zainteresowaniem śledzić, kto ma przewagę. Później pojawiają się kolejne polityczne ustalenia, tempo spada i napięcie trochę się rozprasza. Nie jest to książka, przez którą trzeba przedzierać się z wysiłkiem. Raczej taka, przy której zdarza się odłożyć ją na stolik bez szczególnego żalu, a następnego dnia spokojnie wrócić do czytania.
Nie mam zresztą nic przeciwko podobnej literaturze. Nie każda powieść fantasy musi kończyć się bezsenną nocą i rozpaczliwym poszukiwaniem następnego tomu. Czasami wystarczy sprawnie poprowadzona przygoda, odrobina politycznych kombinacji i bohater, któremu można kibicować przez kilka wieczorów. Bogumił oferuje właśnie taki rodzaj rozrywki, choć mam wrażenie, że sam materiał fabularny pozwalał na więcej. Historia ostatniego dziedzica wymordowanej dynastii ma przecież w sobie naturalny dramatyzm. Gdyby autor mocniej wykorzystał osobiste konsekwencje tej sytuacji, polityczna układanka mogłaby zyskać znacznie większą siłę.
Ciekawie wypada natomiast samo podejście do władzy. W Ocalałym korona nie jest magiczną nagrodą czekającą na właściwego bohatera. Nawet jeśli Torn ma do niej uzasadnione prawo, odzyskanie tronu wymaga poparcia, wojska, informacji i umiejętnego poruszania się pomiędzy cudzymi interesami. Dziedzictwo nie wystarczy, kiedy inni zdążyli już zaplanować przyszłość kraju bez udziału prawowitego następcy. Bogumił pokazuje więc dość przyziemną stronę królewskiej sukcesji. Można mieć rację, można posiadać odpowiednie pochodzenie i nadal przegrać z kimś, kto lepiej rozumie politykę.
To jeden z elementów, które rzeczywiście przypadły mi do gustu. Autor nie traktuje konfliktu jak prostej rywalizacji dobra ze złem, w której wystarczy ujawnić właściwego księcia, a wszyscy uczciwi ludzie natychmiast padną przed nim na kolana. Władcy siedmiu państw mają własne interesy, a decyzje dotyczące Kortaru wynikają z politycznych kalkulacji. Dzięki temu sytuacja Torna jest bardziej skomplikowana niż zwyczajna wyprawa po utracony przedmiot. Nawet sukces militarny nie rozwiązałby automatycznie wszystkich problemów, ponieważ odbudowanie państwa wymaga czegoś więcej niż pokonania przeciwnika na polu bitwy.
Szkoda natomiast, że nieco słabiej wybrzmiewa perspektywa samego królestwa. Kortar jest centralnym punktem konfliktu, ale chciałabym poczuć wyraźniej, czym właściwie jest dla ludzi innych niż jego dawni władcy i wierni im żołnierze. Polityczna stawka została określona jasno, emocjonalna mogłaby być znacznie bardziej namacalna. Czy mieszkańcy rzeczywiście pragną powrotu poprzedniej dynastii? Jak zapamiętali przegraną wojnę? Co oznacza dla nich perspektywa kolejnego konfliktu? To pytania, które nasuwają się naturalnie przy historii o odzyskiwaniu państwa. Powieść nie rozwija ich w takim stopniu, w jakim mogłaby.
Osobnym źródłem niedosytu pozostaje magia. Jej obecność jest sygnalizowana, pojawiają się możliwości związane z przemieszczaniem się oraz badania nad nadnaturalnymi zjawiskami, ale ten element nie zostaje szczególnie mocno rozwinięty. Nie potrzebowałam szczegółowego podręcznika zaklęć ani skomplikowanego systemu z dziesiątkami zasad. Chciałabym jednak lepiej zrozumieć, jak magia wpływa na codzienne życie, politykę i prowadzenie wojny. Skoro istnieją możliwości, które mogłyby zmieniać sposób poruszania się ludzi czy przekazywania informacji, ich znaczenie dla wywiadu i militarnej strategii wydaje się oczywiste. Tymczasem pozostają raczej obietnicą interesującego rozwinięcia niż pełnoprawnym składnikiem świata.
Właśnie dlatego trudno mi uznać Ocalałego za fantasy, które szczególnie wyróżnia się własną tożsamością. Królestwa, wojny, tajemnice dynastyczne i spiski są oczywiście sprawdzonymi składnikami gatunku. Nie oczekuję od każdego autora wynalezienia zupełnie nowego rodzaju fantastyki. Potrzebuję jednak elementu, dzięki któremu po kilku miesiącach będę potrafiła odróżnić tę historię od innych opowieści o ukrytym następcy tronu. Magia mogłaby pełnić właśnie taką funkcję. Na razie pozostaje zbyt słabo wykorzystana, żeby nadać uniwersum naprawdę rozpoznawalny charakter.
Nieco podobnie wygląda kwestia bohaterów drugoplanowych. W politycznym fantasy są oni szczególnie ważni, ponieważ to właśnie różnorodność motywacji pozwala stworzyć wiarygodny obraz świata. Jeden człowiek może kierować się lojalnością, drugi ambicją, trzeci strachem, a czwarty zwyczajnym przekonaniem, że jego państwo zyska najwięcej na określonym rozwiązaniu. Bogumił ma do dyspozycji rozbudowany konflikt, lecz nie wszystkie uczestniczące w nim postacie zapadają w pamięć. Częściej zapamiętywałam ich funkcję w rozgrywce niż indywidualne cechy. A przecież w historii pełnej zdrad i sojuszy najlepiej działają te momenty, kiedy czytelnik zna człowieka na tyle dobrze, żeby zrozumieć, dlaczego podjął właśnie taką decyzję.
Mimo tych uwag nie nazwałabym książki nieudaną. Bogumił potrafi skonstruować czytelny konflikt, ma pomysł na polityczne tło i rozumie, że wojna nie kończy się wraz z ostatnią bitwą. Sam sekret Torna dobrze nadaje się do napędzania fabuły, ponieważ jego ujawnienie mogłoby zmienić układ sił w całym regionie. Są tutaj fragmenty, które czytałam z przyjemnością, szczególnie wtedy, gdy dyplomatyczne kalkulacje spotykały się z realnym zagrożeniem. Autor nie gubi też głównego celu opowieści wśród pobocznych wątków. Wiadomo, o co toczy się gra, nawet jeśli czasami chciałoby się, żeby uczestnicy rozgrywki szybciej przeszli od rozmów do działania.
Zakończenie pozostawia również możliwość dalszego rozwijania historii. Nie sprawia wrażenia brutalnie urwanego w połowie zdania, ale trudno nie dostrzec, że świat Kortaru mógłby pomieścić więcej opowieści. Być może właśnie w kontynuacji udałoby się lepiej wykorzystać wątki magiczne, pogłębić relacje między bohaterami i pokazać polityczne konsekwencje dotychczasowych wydarzeń. Nie ukrywam jednak, że nie czekałabym na taki tom z niecierpliwością. Gdyby przypadkiem trafił w moje ręce, zapewne dałabym mu szansę. Nie należę natomiast do czytelniczek, które po zamknięciu Ocalałego natychmiast zaczęłyby sprawdzać, czy autor zapowiedział już dalszy ciąg.
I chyba właśnie tutaj znajduje się najuczciwsze miejsce dla tej powieści. Nie na liście największych rozczarowań, bo nie zasługuje na tak surowy osąd, ale też nie wśród tytułów, które bez wahania polecałabym każdemu miłośnikowi fantasy politycznego. To książka, która może całkiem przyjemnie wypełnić kilka wakacyjnych wieczorów. Można zabrać ją na urlop, czytać między spacerem a obiadem, czasem uśmiechnąć się pod nosem na kolejne polityczne kombinacje i bez większego problemu wrócić do fabuły po dłuższej przerwie. Nie wymaga szczególnego zaangażowania, choć od czasu do czasu pokazuje, że pod powierzchnią tej dość swobodnej lektury kryje się pomysł na coś ambitniejszego.
Największy żal mam więc nie o to, że Bogumił napisał słabą książkę. Bardziej szkoda mi niewykorzystanych możliwości. Torn mógłby być bohaterem, którego los naprawdę przejmowałby czytelnika. Kortar mógłby stać się miejscem, do którego chciałoby się wracać. Magia mogłaby nadać politycznym intrygom dodatkowy wymiar, a liczne konflikty zyskałyby na bardziej wyrazistych postaciach. Wszystkie te elementy już tutaj są, tylko nie zawsze otrzymują wystarczająco dużo miejsca, żeby rozwinąć swój potencjał. Zamiast powieści, która zostawia po sobie wyraźny ślad, dostajemy historię poprawną, chwilami ciekawą, lecz pozbawioną czegoś, co kazałoby pamiętać o niej dłużej.
Ocalały ma więc pewien paradoks wpisany w sam tytuł. Torn przetrwał upadek królestwa, zamach na własne życie i lata ukrywania prawdy o swoim pochodzeniu. Jego historia również potrafi przetrwać kilka wieczorów czytelniczej uwagi, ale nie jestem przekonana, czy przetrwa próbę czasu w mojej pamięci. Za tydzień zapewne będę jeszcze kojarzyła polityczne rozgrywki siedmiu państw. Za miesiąc przypomnę sobie może ukrytego dziedzica i niedostatecznie wykorzystaną magię. Za pół roku najprawdopodobniej zostanie mi tylko ogólne wrażenie całkiem przyzwoitej wakacyjnej lektury. I to chyba najlepiej oddaje charakter tej książki: można się przy niej dobrze bawić, ale trudno znaleźć powód, żeby później szczególnie za nią tęsknić.

