Morze ma w Białym tangu dość przewrotną funkcję. Zwykle kojarzy się z przestrzenią, wolnością i możliwością płynięcia właściwie dokądkolwiek. Marta Zaborowska robi z niego ścianę. Kiedy sześć osób zostaje na jachcie z podejrzeniem, że jedna z nich może być mordercą, kilometry błękitnej wody przestają wyglądać pocztówkowo. Nie ma sąsiada, do którego można zapukać, ulicy, na którą można wybiec, ani komisariatu kilka przecznic dalej. Jest pokład, kilka kajut i ludzie, których znało się wystarczająco długo, żeby im ufać. Jak się okazuje, zdecydowanie za długo.
Pomysł jest klasyczny do szpiku kości. Sześć osób, ograniczona przestrzeń, narastające podejrzenia i świadomość, że odpowiedź musi znajdować się gdzieś w obrębie niewielkiej grupy. Zaborowska nawet szczególnie nie ukrywa swoich kryminalnych korzeni. Białe tango korzysta z mechanizmu zamkniętego kręgu podejrzanych kojarzącego się z dawną szkołą kryminału, tyle że zamiast odciętej śnieżycą posiadłości albo hotelu dostajemy jacht płynący wzdłuż hiszpańskiego wybrzeża. Sceneria wygląda wakacyjnie, konstrukcja historii jest już znacznie mniej urlopowa.
Na pokład trafiają Tania, Borys, Kinga, Piotr, Hubert i Arleta. Nie jest to przypadkowa zbieranina ludzi poznanych pięć minut przed wypłynięciem. Łączą ich relacje, wspólna przeszłość, związki, rodzinne zależności oraz rzeczy, których najwyraźniej przez lata wygodniej było nie wyciągać na światło dzienne. Już przed właściwym rejsem czuć, że pod towarzyską powierzchnią coś nieprzyjemnie pracuje. Ktoś komuś czegoś zazdrości, ktoś inny ma pretensje, ktoś udaje większą serdeczność, niż rzeczywiście czuje. Zaborowska najpierw rozstawia ludzi przy stole, a dopiero później zaczyna sprawdzać, jak długo będą potrafili siedzieć obok siebie bez skakania sobie do gardeł.
Punktem zwrotnym staje się noc na wyspie otoczonej miejscowymi legendami oraz późniejsze zaginięcie jednego z uczestników wyprawy. I tutaj zaczyna się właściwa zabawa. Choć słowo „zabawa” jest szczególnie trafne również dosłownie, ponieważ bohaterowie rozpoczynają grę w „Kto zabił?”. Pomysł w innych okolicznościach mógłby być niewinnym sposobem na zabicie czasu. Tutaj szybko okazuje się wyjątkowo paskudnym katalizatorem.
Gra zmusza uczestników do oskarżania, kombinowania i przypisywania sobie wzajemnie motywów. Niby wszystko odbywa się umownie, ale problem polega na tym, że część podejrzeń trafia zdecydowanie za blisko rzeczywistości. Kolejne pytania otwierają stare szuflady, a z nich zaczynają wypadać sprawy, których nikt nie planował podczas tego rejsu omawiać. Zaborowska dobrze wykorzystuje banalny mechanizm towarzyskiej gry do rozmontowania grupy od środka. Nie potrzeba wielkiego wydarzenia co kilka stron. Czasami wystarczy sugestia rzucona przy innych, jedno niewygodne pytanie albo spojrzenie trwające sekundę za długo.
W tym miejscu Białe tango działa najlepiej. Nie jako rozpędzony thriller, lecz opowieść o stopniowym znikaniu zaufania. Bohaterowie zaczynają analizować nie tylko wydarzenia z ostatnich godzin, ale również własną przeszłość. Zachowania, które wcześniej wydawały się nieistotne, nagle nabierają drugiego znaczenia. Czy ktoś naprawdę powiedział wtedy prawdę? Dlaczego zachował się właśnie tak? Gdzie był, kiedy wydarzyło się coś podejrzanego? W zamkniętym kręgu paranoja ma tę przyjemną dla autora właściwość, że potrafi napędzać się sama.
Zaborowska dodatkowo prowadzi narrację z różnych perspektyw, dzięki czemu możemy zaglądać bohaterom do głów. Nie oznacza to oczywiście, że natychmiast poznajemy prawdę. Wręcz przeciwnie. Im więcej wiemy o poszczególnych uczestnikach rejsu, tym łatwiej znaleźć powód, żeby któremuś nie ufać. Autorka bardzo świadomie buduje grupę ludzi dalekich od niewinności. Nie wszyscy mają na sumieniu zbrodnię, ale prawie każdy ma coś, czego nie chciałby tłumaczyć pozostałym.
To zresztą ciekawa decyzja, ponieważ trudno znaleźć tutaj klasycznego bohatera, za którym można po prostu stanąć i bezwarunkowo mu kibicować. Poszczególne postacie bywają egoistyczne, drażniące, manipulujące albo zwyczajnie niesympatyczne. Początkowo może to tworzyć pewien dystans, lecz szybko okazuje się częścią mechanizmu powieści. Gdyby na jachcie znalazła się jedna wyraźnie szlachetna osoba otoczona galerią podejrzanych typów, spora część zabawy natychmiast by wyparowała. Tutaj podejrzenie można przerzucać między bohaterami niemal do woli.
Samo tempo jest znacznie spokojniejsze, niż sugerowałaby współczesna etykietka thrillera. Zaborowska nie urządza wyścigu między kolejnymi trupami. Dużo czasu poświęca rozmowom, napięciom wewnątrz grupy i odsłanianiu kolejnych fragmentów przeszłości. Dla jednych będzie to zaleta, dla innych największy problem książki. Są momenty, szczególnie w środkowej części, kiedy chciałoby się, żeby historia dostała trochę więcej wiatru w żagle. Autorka wybiera jednak powolne dokręcanie śruby zamiast regularnego bombardowania zwrotami akcji.
Ma to sens również ze względu na scenerię. Paradoks Białego tanga polega na tym, że największa przestrzeń świata staje się tutaj klaustrofobiczna. Można wyjść na pokład i zobaczyć horyzont, ale niewiele z tego wynika. Jacht pozostaje niewielkim kawałkiem podłogi otoczonym wodą, a jeżeli nie można liczyć na ludzi stojących obok, to nagle naprawdę nie ma gdzie się schować. Autorka dobrze wykorzystuje brak łatwego kontaktu ze światem, ograniczone możliwości działania i zwyczajne fizyczne uzależnienie pasażerów od jednostki, na której się znajdują.
Nie wszystko w tej konstrukcji pozostaje jednak równie przekonujące. Zamknięty krąg jest wymagającą formułą, ponieważ autor musi nieustannie znajdować wiarygodne powody, dla których bohaterowie nadal pozostają w sytuacji, z której każdy rozsądny człowiek próbowałby jak najszybciej się wydostać. I właśnie tutaj Zaborowska czasami zbyt wyraźnie przesuwa swoje postacie tam, gdzie akurat potrzebuje ich fabuła.
Niektóre decyzje uczestników rejsu trudno tłumaczyć wyłącznie stresem czy paniką. Momentami aż widać niewidzialną rękę autorki zatrzymującą wszystkich na planszy, ponieważ kryminalna rozgrywka jeszcze się nie skończyła. Nie rozwala to całej historii, ale osłabia realizm psychologiczny dokładnie tam, gdzie powinien być najmocniejszy. Skoro powieść tak mocno opiera się na zachowaniu ludzi pod presją, chciałoby się wierzyć w każde ich posunięcie.
Na szczęście sama intryga rekompensuje sporą część tych zgrzytów. Zaborowska umiejętnie podsuwa podejrzanych, pozwala zbudować teorię, po czym dorzuca informację zmieniającą jej sens. Nie chodzi przy tym o serię tanich „szokujących zwrotów”. Białe tango znacznie bardziej przypomina łamigłówkę. Czytelnik dostaje elementy, obserwuje zachowania bohaterów i może próbować samemu ustalić, kto gra, kto kłamie, a kto jedynie wygląda podejrzanie, ponieważ ma własne sekrety.
Podoba mi się również, że Zaborowska nie próbuje przykryć wszystkiego brutalnością. Potencjał na krwawy survival był tutaj oczywisty, ale autorkę bardziej interesuje to, co dzieje się między kolejnymi dramatycznymi wydarzeniami. Strach przeradzający się w podejrzliwość, podejrzliwość w oskarżenia, a oskarżenia w otwartą wrogość. Prawdziwym paliwem książki pozostaje przekonanie, że człowiek siedzący metr dalej może właśnie zastanawiać się, jak się ciebie pozbyć.
W tle jest również sporo żeglarstwa. Terminologia, organizacja życia na jednostce i techniczne aspekty rejsu nie wyglądają na dekorację doklejoną po obejrzeniu dwóch filmów o jachtach. Zaborowska wyraźnie chciała, żeby Białe tango rzeczywiście funkcjonowało jako miejsce, a nie wyłącznie efektowna scenografia dla kryminału. Jednocześnie wiedza żeglarska nie przygniata historii. Czytelnik nie musi odróżniać każdego elementu olinowania, żeby wiedzieć, że sytuacja robi się paskudna.
Białe tango nie jest thrillerem, który próbuje wymyślić zamknięty krąg od nowa. Jego mechanizm znamy bardzo dobrze i każdy, kto czytał trochę klasycznych kryminałów, szybko rozpozna poszczególne tryby tej maszyny. Zaborowska ma jednak wystarczająco dobre wyczucie atmosfery, żeby stary patent nadal dawał frajdę. Największą robotę wykonują tutaj nie kolejne zaginięcia, lecz narastające przekonanie, że cała szóstka weszła na jacht z bagażem znacznie cięższym od tego, który można schować pod pokładem.
Nie jest to też najmocniejsza rzecz, jaką autorka napisała. Środek potrafi zwolnić, kilka zachowań bohaterów wymaga od czytelnika pewnej pobłażliwości, a psychologiczna wiarygodność czasami przegrywa z potrzebami konstrukcji kryminalnej. Mimo tego całość broni się sprawnym prowadzeniem podejrzeń, dobrze wykorzystaną scenerią i konsekwentnie zagęszczaną atmosferą. Najbardziej przewrotne jest ostatecznie samo miejsce akcji. Na jachcie wystarczy kilka kroków, żeby przejść z jednego końca pokładu na drugi, ale do najbliższego bezpiecznego miejsca mogą być dziesiątki kilometrów. W Białym tangu horyzont jest więc wszędzie i nie daje absolutnie nic. Można patrzeć na niego godzinami. Problem nadal stoi obok.

