Copycat nie wymyśla własnego koszmaru. On odgrzebuje cudzy, poprawia szczegóły i puszcza go ponownie w ruch, jakby dwadzieścia kilka lat było tylko krótką przerwą techniczną. Właśnie dlatego punkt wyjścia powieści Mieczysława Gorzki działa tak dobrze. Agnieszka Dudek, Robert Wójtowicz i Marek Rosiński nie dostają nowego zagrożenia, które można potraktować jak kolejną sprawę do rozwiązania. Dostają powrót do najgorszego momentu własnego życia, tyle że tym razem ktoś odtwarza go świadomie, z precyzją i bardzo konkretnym celem. To nie jest więc kryminał o tym, że przeszłość wraca. Tutaj ktoś ją po prostu przywołuje.
Agnieszka Dudek przeżyła porwanie i więzienie w piwnicy seryjnego mordercy. Robert Wójtowicz funkcjonuje właściwie wewnątrz twierdzy zbudowanej z własnych lęków i fobii. Marek Rosiński został policjantem, podobnie jak jego ojciec, który zginął podczas wydarzeń związanych z tamtą sprawą. Cała trójka pozornie poszła dalej. Tyle że u Gorzki „dalej” oznacza przede wszystkim większą odległość od punktu wyjścia, a nie uwolnienie się od niego. Kiedy pojawiają się nowe zbrodnie przypominające te sprzed lat, dawne wydarzenia przestają być wspomnieniem i ponownie stają się teraźniejszością.
Gorzka nie urządza przy tym sprintu od pierwszego rozdziału. Copycat potrzebuje czasu, żeby rozstawić ludzi na planszy, pokazać ich relacje i pozwolić przeszłości przeciekać do współczesnego śledztwa. Początkowo można nawet odnieść wrażenie, że autor zwleka z właściwym rozdaniem. Jest ciało młodej kobiety, są policjanci, nocny Wrocław, klub i środowisko, które automatycznie podsuwa kilka wygodnych hipotez. Kryminał zaczyna się więc znajomo, niemal klasycznie. Dopiero później okazuje się, że pierwsza zbrodnia jest raczej uchylonymi drzwiami niż centrum całej konstrukcji.
To dobre posunięcie, ponieważ naśladowca interesuje Gorzkę nie tylko jako kolejny seryjny morderca do złapania. Sam pomysł Copycata jest przecież w kryminale stary jak niejedna piwnica pełna dowodów rzeczowych. Autor nie próbuje udawać, że właśnie wynalazł nową odmianę zbrodni. Zamiast tego wykorzystuje motyw kopiowania do grzebania w przeszłości swoich bohaterów. Jeśli ktoś powtarza dawne morderstwa, trzeba ponownie przyjrzeć się temu, co właściwie wydarzyło się wcześniej. A wtedy zaczynają odpadać kolejne warstwy wersji wydarzeń, które przez lata uchodziły za wystarczające.
Szczególnie dobrze wypada Marek Rosiński. Mógłby bez problemu dołączyć do pokaźnego zastępu kryminalnych komisarzy z obowiązkowym bagażem osobistym, lecz jego przeszłość nie jest tu ozdobnym urazem dopisanym dla charakteru. Śmierć ojca bezpośrednio wiąże się ze sprawą, którą prowadzi, z Agnieszką oraz z pytaniami, których przez lata nie potrafił albo nie chciał zadawać. Jego zawód jest więc również formą dziedziczenia. Nie chodzi tylko o pójście śladami ojca, lecz o próbę zrozumienia człowieka, którego śmierć stała się jednym z fundamentów dorosłego życia syna.
Agnieszka funkcjonuje inaczej. Została pisarką i w pewnym sensie odzyskała kontrolę nad własną historią poprzez opowiadanie. To interesujący kontrapunkt dla tytułowego mordercy. Ona przetwarza przeszłość, zamieniając ją w narrację. Copycat ją odtwarza, przywracając jej fizyczny wymiar. Między tymi dwoma sposobami powtarzania dawnych wydarzeń powstaje jedno z ciekawszych napięć powieści. Gorzka nie robi z tego psychologicznego traktatu, ale konsekwentnie pokazuje, że pamięć nie jest sejfem. Każdy coś z nią robi, nawet kiedy twierdzi, że po prostu chce zapomnieć.
Robert jest chyba najbardziej dosłownym przykładem ceny płaconej za przeszłość. Jego świat skurczył się pod naporem fobii, a dom stał się jednocześnie schronieniem i więzieniem. Właśnie dzięki tej trójce Copycat ma więcej ciężaru niż standardowa pogoń za zabójcą. Nie wszystkie psychologiczne fragmenty pracują równie dobrze, czasem rozmowy i analizy przeciągają sceny, które prosiłyby się o mocniejsze cięcie, ale trudno zarzucić autorowi, że traktuje swoich bohaterów wyłącznie jako pionki przesuwane między kolejnymi zwłokami.
Równie istotny pozostaje Wrocław. Gorzka zna miasto i potrafi z niego korzystać bez zamieniania powieści w przewodnik z sekcją kryminalną. Kluby, ulice, mieszkania i okolice miasta budują konkretną przestrzeń, a nie dekorację pod dowolną fabułę. W polskim kryminale lokalność bywa czasami dopisywana niemal administracyjnie: kilka nazw ulic, charakterystyczny budynek i gotowe. Tutaj Wrocław rzeczywiście należy do tej historii. Pasuje do jej nocnego, nieco dusznego charakteru i do opowieści, w której pod współczesną powierzchnią ciągle znajdują się ślady czegoś starszego.
Podoba mi się również powściągliwość Gorzki w operowaniu przemocą. Autor ma wystarczająco makabryczny materiał, żeby urządzić czytelnikowi festiwal szczegółowej anatomii, ale nie potrzebuje tego do podbijania stawki. Zbrodnie są brutalne, jednak groza częściej wynika z ich znaczenia, sposobu powiązania oraz świadomości, że ktoś metodycznie rekonstruuje cudzy koszmar. W czasach, gdy niektórzy autorzy thrillerów najwyraźniej prowadzą prywatny konkurs na najbardziej wymyślną krzywdę wyrządzoną zwłokom, taka dyscyplina dobrze robi powieści.
Nie wszystko działa równie czysto. Copycat potrafi się rozgadać, zwłaszcza kiedy relacje osobiste zaczynają konkurować ze śledztwem. Niektóre fabularne zbiegi okoliczności wymagają również od czytelnika pewnej życzliwości. Sam kierunek rozwiązania zagadki można zacząć podejrzewać wcześniej, niż zapewne chciałby autor. Tyle że od pewnego momentu ważniejsze od prostego „kto?” staje się „dlaczego właśnie tak?”. I tutaj książka odzyskuje przewagę, bo rozwiązanie personalne nie oznacza jeszcze rozwiązania całej historii.
Gorzka zostawia sporo amunicji na finał. Kiedy wydaje się, że układ jest już prawie czytelny, dochodzą kolejne informacje zmieniające znaczenie wcześniejszych zdarzeń. Nie każdy zwrot ma identyczną moc i chwilami autor balansuje blisko granicy przekombinowania, ale finał daje satysfakcję właśnie dlatego, że nie sprowadza się do zdjęcia maski mordercy. Trzeba jeszcze uporządkować motywacje, rodzinne zależności, dawne kłamstwa i konsekwencje decyzji podjętych ponad dwie dekady wcześniej.
Copycat nie próbuje przewracać polskiego kryminału do góry nogami. I całe szczęście, bo nie każda książka musi przychodzić z rewolucją pod pachą. Gorzka bierze znane elementy: naśladowcę, dawne morderstwa, policjanta obciążonego rodzinną historią, ocalałą ofiarę i śledztwo prowadzące coraz głębiej w przeszłość. Następnie składa je z wyczuciem człowieka, który dobrze zna mechanikę gatunku i wie, kiedy warto przyspieszyć, a kiedy pozwolić bohaterom trochę pobyć ze swoimi demonami.
Ostatecznie właśnie te demony zostają w pamięci dłużej niż sam Copycat. Bo mordercę można znaleźć, zatrzymać i nazwać. Znacznie trudniej poradzić sobie z tym, co pozostawił w innych. Gorzka napisał kryminał o naśladowcy, ale ciekawsza od kopiowania zbrodni okazuje się w nim niemożność skopiowania dawnego życia. Po pewnych wydarzeniach nie wraca się już do punktu sprzed katastrofy. Można tylko nauczyć się funkcjonować z tym, co zostało.

