Kęs Historii Książki

RECENZJA: Imperia Normanów | Wikingowie, którzy nauczyli się rządzić

Jest w historii Normanów coś bezczelnie filmowego. Zaczynają jako ludzie od mokrych pokładów, od łupów i ognia, od brutalnej reputacji, która wyprzedza ich o pół dnia drogi. A potem, szybciej niż wypadałoby to przyznać cywilizowanemu światu, potrafią zamienić tę energię w państwa, instytucje i całkiem trwałe dziedzictwo. Imperia Normanów Leviego Roacha opowiada właśnie o tej przemianie. I robi to tak, że człowiek w pewnym momencie łapie się na myśli, że to wcale nie jest historia o jednym podboju, tylko o mechanizmie ekspansji, który działa z zadziwiającą skutecznością w różnych miejscach, językach i układach politycznych.

Roach bierze na warsztat pytanie, które zawsze wraca jak bumerang. Jak to możliwe, że potomkowie wikińskich łupieżców byli w stanie zostawić ślady od Wysp Brytyjskich po Sycylię, od północnej Afryki po Ziemię Świętą. I odpowiada bez romantyzowania, ale też bez pogardy. Normanowie w jego ujęciu nie są ani mitycznymi bohaterami, ani jednowymiarowymi bandytami. To ludzie, którzy wyczuli moment dziejowy, potrafili sprzedać swoją siłę jako usługę, a potem, gdy poczuli krew, zamieniali najem w dominację. Najpierw miecz, potem papier, pieczęć, małżeństwo, układ z Kościołem. Wreszcie zamek, klasztor, miasto. Cywilizacja jako skutek uboczny ambicji, ale skutek uboczny bardzo realny.

Najmocniejszy punkt tej książki to skala. Autor konsekwentnie pokazuje Normanów w różnych rolach, jako zdobywców w Anglii, jako politycznych graczy i wojowników w południowych Włoszech, jako uczestników i beneficjentów krucjat, jako ludzi, którzy potrafili wgryźć się w lokalne konflikty i uczynić z nich drabinę do awansu. Dzięki temu Imperia Normanów nie przypominają standardowej opowieści, w której wszystko kręci się wokół jednego triumfu. To raczej panoramiczny portret świata, gdzie rody, drużyny i przywódcy przemieszczają się między ośrodkami władzy jak między portami. Od Lizbony po Trypolis i Antiochię ciągnie się sieć możliwości, a Normanowie są tymi, którzy wyjątkowo często z tej sieci potrafią skorzystać.

Roach pisze jak historyk, co w tym przypadku jest komplementem. Ma w sobie coś z narratora, który trzyma czytelnika blisko faktów, ale nie pozwala mu utknąć w suchym spisie dat. Kiedy trzeba, odsuwa zasłonę i pokazuje, jak powstaje propaganda legitymizująca podbój, jak władza korzysta z religii, jak pobożność miesza się z chłodną kalkulacją. Wiara u Normanów nie jest dekoracją. Bywa narzędziem, bywa językiem, w którym tłumaczy się własne pragnienia, bywa też paliwem, które niesie ich dalej, niż rozsądek by pozwolił. I właśnie dlatego ta opowieść jest tak ciekawa, bo pokazuje ludzi, którzy z jednej strony potrafią być niezwykle pragmatyczni, a z drugiej naprawdę wierzą, że mają do odegrania rolę większą niż ich liczebność.

Jest też druga strona medalu, o której książka mówi wyraźnie, nawet jeśli bez melodramatu. Normanowie nie wygrywają wiecznie. W pewnym momencie zaczynają się rozpuszczać w tym, co sami współtworzyli. Kiedy budujesz państwa, musisz je karmić administracją, prawem, lokalnymi elitami, małżeństwami, językiem, kulturą. Wtedy przestajesz być czystą siłą z zewnątrz, a stajesz się częścią mieszaniny. I tak właśnie dzieje się tutaj, ich dziedzictwo jest trwałe, ale oni sami z czasem przestają być odrębną kategorią. To historia triumfu, który kończy się asymilacją, a nie spektakularnym upadkiem.

Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że nie każdy będzie się w tej narracji czuł komfortowo od pierwszych stron. Terytorialny rozmach robi wrażenie, ale potrafi też zmęczyć, zwłaszcza jeśli ktoś liczy na jedną, prostą linię fabularną. Kiedy akcja przeskakuje między regionami i rodzinami, łatwo się potknąć o powtarzalność imion i gąszcz zależności. W takich momentach książka zaczyna przypominać dobrze napisany, ale jednak wymagający wykład. Dla jednych to będzie zaleta, bo dostają rzetelność bez pudru, dla innych bariera, bo brakuje chwili oddechu, drobniejszych scen z życia, mięsa codzienności, które humanizuje tło.

Mimo tego Imperia Normanów bronią się jako lektura ważna i satysfakcjonująca. To książka, która bierze rozpoznawalny temat i odmawia mu prostoty, a potem cierpliwie pokazuje, że Normanowie byli czymś więcej niż jedną bitwą i jednym królem. Jeśli interesuje cię średniowiecze jako epoka ruchu, ryzyka i wielkiej polityki, dostaniesz tu mnóstwo dobra. Jeśli szukasz przede wszystkim opowieści o mentalności i codzienności, możesz momentami czuć niedosyt, ale nawet wtedy warto, bo Roach daje solidny kręgosłup wydarzeń, na którym można dopiero budować dalszą ciekawość.

Na koniec najprościej. To książka dla tych, którzy lubią, gdy historia ma tempo i zasięg imperium, ale jednocześnie nie udaje powieści. Dla czytelników, którzy chcą zrozumieć, jak z drużyn i najemników robi się królestwa, a z jednego księstwa w północnej Francji rodzi się fala, która rozchlapuje się po całym Morzu Śródziemnym i dalej. Normanowie Roacha są bezlitośni, sprytni i zadziwiająco nowocześni w swoim instynkcie władzy. A po lekturze trudno się pozbyć wrażenia, że to właśnie dlatego ich cień wciąż jest widoczny.

Maciej Ornitowski

Lubię kino. Tak po prostu.
Kilka innych rzeczy też.