Dwadzieścia trzy numery. Niewiele ponad pięć lat. Kilku gości, którzy zamiast zastanawiać się, czy ich komiksy pasują do tego, co w Polsce wypada rysować, zaczęli robić swoje. Z dzisiejszej perspektywy brzmi to niemal zwyczajnie, bo nazwiska Michała Śledzińskiego, braci Minkiewiczów, Rafała Skarżyckiego, Tomasza Leśniaka czy Karola Kalinowskiego są już częścią rodzimego komiksowego krajobrazu. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych sytuacja wyglądała jednak zupełnie inaczej. Produkt książkowy Bartłomieja Kluski przypomina moment, gdy znaczna część tego krajobrazu dopiero powstawała, a jednym z jego najważniejszych placów budowy był magazyn, który wyglądał trochę tak, jakby nikt nie poinformował jego twórców, że polski komiks znajduje się właśnie w kryzysie.
Nie jest to katalog wystawy Produkt wystawowy, choć publikacja jej towarzyszy. Nie jest też albumem z największymi przebojami magazynu ani opasłym artbookiem wykorzystującym nostalgię czytelników pamiętających kioski z przełomu wieków. Kluska wybiera formę czegoś znacznie ciekawszego. Opowiada historię ludzi, pisma oraz konkretnego momentu polskiej kultury popularnej, korzystając z archiwaliów i wspomnień uczestników tamtych wydarzeń. Piotr Kasiński uzupełnia ją materiałem wizualnym, dzięki czemu Produkt książkowy można jednocześnie czytać i oglądać.
Punkt wyjścia jest istotny, bo Produkt nie pojawił się na szczególnie żyznej ziemi. Polski rynek komiksowy po transformacji ustrojowej znalazł się w dziwnym miejscu. Zmieniały się oczekiwania odbiorców, wcześniejsze modele wydawnicze przestały wystarczać, zachodni komiks stał się znacznie łatwiej dostępny, a rodzimi autorzy musieli właściwie ponownie odpowiedzieć sobie na pytanie, czym ma być współczesny polski komiks. Ekipa skupiona wokół pisma zrobiła coś najprostszego i zarazem najważniejszego. Zamiast czekać na odpowiedź, zaczęła ją rysować.
Kluska prowadzi czytelnika od początków i prapoczątków opisanych w Półprodukcie, przez kolejne etapy rozwoju magazynu, jego najważniejsze serie, tematy i twórców, aż po Postrodukcję. Nie powstaje z tego jednak sucha kronika kolejnych numerów. Znacznie ważniejsze jest pokazanie mechanizmu, dzięki któremu grupa młodych autorów zaczęła wzajemnie się napędzać. Produkt nie stworzył przecież jednego stylu. Jego znaczenie polegało raczej na stworzeniu miejsca, w którym bardzo różne style mogły zacząć funkcjonować obok siebie.
Lista tytułów, które przewinęły się przez magazyn, po latach robi wrażenie. Osiedle Swoboda, Wilq czy Jeż Jerzy dawno przestały być ciekawostkami z dawnego periodyku. Każda z tych serii poszła własną drogą, podobnie jak ich twórcy. Z dzisiejszej perspektywy szczególnie interesujące jest więc oglądanie momentu, zanim wszystko zostało poukładane przez późniejsze sukcesy, albumowe wydania i status pozycji kultowych. Tutaj widać jeszcze energię środowiska, które nie wie, że za dwadzieścia lat ktoś będzie opisywał je jako ważny rozdział historii polskiego komiksu.
I właśnie dlatego dobrze działa reportażowy charakter książki. Kluska nie stawia Produktowi pomnika. Znacznie bardziej interesuje go odtworzenie atmosfery miejsca i czasu, gdy czasopismo mogło być centrum niewielkiej subkultury, a oczekiwanie na następny numer stanowiło część kontaktu z komiksem. Dzisiaj, kiedy twórca może opublikować planszę w internecie kilka sekund po jej ukończeniu, łatwo zapomnieć, jak istotna była sama przestrzeń publikacji. Produkt dawał nie tylko papier. Dawał kontekst, sąsiedztwo innych autorów i poczucie uczestniczenia w czymś wspólnym.
To również opowieść o epoce prasowej, która zdążyła właściwie zniknąć. Magazyn miał swoją fizyczność, nieregularność, ograniczoną dostępność i charakter wynikający z tego, kto znalazł się akurat na jego stronach. Kolejne numery budowały relację z odbiorcą inaczej niż dzisiejszy nieprzerwany strumień treści. Produkt książkowy mimowolnie staje się więc również książką o zmianie sposobu konsumowania popkultury. Nie robi z tego elegii za papierem, ale nostalgia pojawia się naturalnie, szczególnie jeśli ktoś pamięta tamten okres z własnego doświadczenia.
Bardzo ważna jest warstwa wizualna. Rysunki, plansze, szkice, fotografie i dokumenty nie funkcjonują jedynie jako ozdobniki pomiędzy kolejnymi partiami tekstu. Pozwalają zobaczyć to, o czym pisze Kluska. W przypadku historii magazynu komiksowego ma to znaczenie podstawowe. Opowiadanie o rodzącym się stylu bez pokazania go przypominałoby pisanie historii zespołu rockowego bez możliwości usłyszenia choćby jednego utworu. Tutaj słowo i obraz rzeczywiście pracują razem.
Można oczywiście zastanawiać się, dla kogo ta publikacja okaże się najciekawsza. Dawny czytelnik Produktu dostanie sporą dawkę wspomnień, ale ograniczenie książki do sentymentalnej pamiątki byłoby dla niej krzywdzące. Młodszy odbiorca otrzymuje coś być może ciekawszego: możliwość zobaczenia, skąd wzięła się część współczesnego polskiego komiksu. Nazwiska i serie, które dzisiaj mają własne albumy, wznowienia i wiernych odbiorców, tutaj pojawiają się jeszcze w momencie formowania.
Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że Produkt był przedsięwzięciem zbiorowym. Opowieści o historii kultury mają naturalną skłonność do wybierania kilku nazwisk i budowania wokół nich legendy. Tymczasem fenomen magazynu wynikał właśnie z tarcia pomiędzy osobowościami, stylistykami i pomysłami. Jeden autor podpatrywał drugiego, ktoś rzucał pomysł, ktoś próbował zrobić coś zupełnie inaczej. Nie powstała szkoła rysowania „jak Produkt”. Powstało środowisko, w którym można było wreszcie rysować po swojemu.
Książka Kluski ma przez to wartość większą niż jubileuszowe wspomnienie. Dokumentuje fragment historii rodzimej popkultury, który przez lata funkcjonował przede wszystkim w pamięci uczestników oraz na pożółkłych stronach starych numerów. Jednocześnie robi to bez akademickiego ciężaru. Jest miejsce na kontekst, nazwiska, daty i przemiany rynku, ale przede wszystkim są ludzie, ich pomysły oraz czas, w którym próbowali coś zbudować.
Produkt książkowy najlepiej działa właśnie pomiędzy tymi dwoma porządkami. Dla jednych będzie spotkaniem z czasopismem wyciągniętym z własnej młodości. Dla innych lekcją historii medium, które jeszcze ćwierć wieku temu znajdowało się w Polsce w zupełnie innym miejscu. A dla osób zainteresowanych komiksem szerzej pozostaje przypomnieniem, że kulturowe przełomy nie zawsze zaczynają się od wielkich manifestów. Czasem wystarczy grupa ludzi, trochę papieru i przekonanie, że skoro nikt nie wydaje komiksów, jakie chcieliby czytać, to najwyraźniej trzeba zrobić je samemu.

