Kamil ma dwadzieścia dwa lata, kiedy zaczyna spisywać to, co spotkało go jako czternastolatka. Już ten jeden zabieg zmienia Czarny Staw bardziej niż kolejny demon wyciągnięty z zapomnianego podania. Wiemy przecież, że chłopak przeżył. Nie wiemy natomiast, co właściwie zostało z niego po tamtym lecie, dlaczego przez lata milczał i czemu powrót do pisania przypomina bardziej rozdrapywanie zabliźnionej rany niż nostalgiczną wycieczkę do czasów szkolnych. Wurdalak zaczyna się więc od przyszłości, która psuje komfort teraźniejszości. Robert Ziębiński zdradza trochę za dużo, żebyśmy mogli spokojnie wierzyć w szczęśliwe zakończenie, ale zdecydowanie za mało, żebyśmy wiedzieli, czego właściwie powinniśmy się bać
To już trzeci tom cyklu rozpoczętego Czarnym Stawem i kontynuowanego przez Wiłę, a różnicę czuć właściwie od początku. Seria nadal opiera się na bardzo sympatycznym pomyśle: grupa dzieciaków widzi rzeczy, których dorośli nie potrafią albo nie chcą dostrzec. Nadal mamy Kamila, Akirę, Długiego i Niedźwiedzia, małe miasteczko z pokaźnym zapasem tajemnic oraz folklor, który najwyraźniej uznał Czarny Staw za wyjątkowo atrakcyjne miejsce do prowadzenia działalności. Tyle że beztroska przygodowość wcześniejszych części mocno się tutaj kurczy. Bohaterowie wciąż są młodzi, kłócą się, zazdroszczą, popełniają głupstwa i próbują jakoś ogarnąć własne emocje, ale zagrożenie przestało przypominać wakacyjną przygodę, którą będzie można kiedyś wspominać przy ognisku. Ziębiński coraz wyraźniej pokazuje cenę wszystkich poprzednich spotkań z nadnaturalnym.
Pamiętnikowa konstrukcja dobrze tę zmianę podkreśla. Kamil nie relacjonuje wydarzeń na gorąco. Odtwarza je po latach, znając ich konsekwencje i wiedząc o rzeczach, których jego czternastoletnia wersja nie mogła jeszcze rozumieć. Narracja dostaje dzięki temu drugi głos, nawet jeśli formalnie nadal mówi ta sama osoba. Jest chłopak przeżywający lato 2018 roku i jest dorosły mężczyzna, który patrzy na niego z przyszłości. Czasami coś dopowie, czasami zasugeruje dalszy ciąg, innym razem samo brzmienie jego komentarza wystarcza, żeby zwyczajna scena nabrała fatalistycznego posmaku. To jedna z ciekawszych zmian w formule cyklu, bo pozwala Ziębińskiemu opowiadać jednocześnie o dorastaniu i o pamiętaniu własnego dorastania.
Nie jest to zresztą pamięć szczególnie łaskawa. Kamil nie wraca do przeszłości po to, żeby przypomnieć sobie najlepsze wakacje życia. Pisanie wygląda bardziej jak próba nadania kształtu traumie, która przez osiem lat zdążyła się w nim wygodnie rozgościć. Z tego powodu nawet chwile z przyjaciółmi są podszyte wiedzą, że coś się skończy. Ziębiński wykorzystuje tu bardzo prosty mechanizm: pokazuje nam przyszłość, a następnie każe patrzeć, jak bohaterowie nieświadomie do niej zmierzają. Nagle żart, sprzeczka czy niewinna rozmowa mogą boleć bardziej niż kolejny upiór wyskakujący z ciemności.
Sama groza też wyraźnie dorosła razem z bohaterami. Wurdalak jest brutalniejszy od wcześniejszych części, bardziej ponury i mniej zainteresowany utrzymywaniem bezpiecznej granicy pomiędzy młodzieżową przygodą a horrorem. To nadal literatura, której centrum stanowią nastolatkowie, ale nie nazwałabym jej już lekką młodzieżową grozą. Ziębiński pozwala złu wejść bliżej, także do miejsc wcześniej kojarzonych z bezpieczeństwem. Szkoła, dom, znajome ulice czy relacje rodzinne nie tworzą szczelnej bariery. Właściwie im bardziej zwyczajna jest przestrzeń, tym ciekawiej działa moment, w którym zaczyna się w niej coś nie zgadzać. Oficjalny opis trafnie ujmuje ten kierunek: zło nie ogranicza się do lasu czy mitycznej przestrzeni, ale przenika szkołę, rodzinę i sny.
Jednocześnie autor poszerza mitologię serii. Słowiańskie wierzenia nie znikają, ale przestają mieć monopol na straszenie mieszkańców Czarnego Stawu. Do gry wchodzi folklor arabski, pojawiają się tropy związane z Imperium Osmańskim i dawną historią ziem, na których rozgrywa się akcja. Podoba mi się ten kierunek, bo chroni cykl przed prostym dokładaniem kolejnych słowiańskich stworów według zasady: nowy tom, nowy potwór z bestiariusza. Ziębiński próbuje raczej pokazać miejsce, na którym przez wieki nakładały się różne historie, wierzenia i wpływy. Przeszłość nie ma jednego źródła, więc również to, co z niej wraca, nie musi należeć do jednej mitologii.
Najciekawszy pozostaje jednak motyw widzenia. Dzieci dostrzegają rzeczy niewidzialne dla dorosłych nie dlatego, że otrzymały supermoce, ale dlatego, że ich wyobraźnia nie została jeszcze do końca podporządkowana temu, co racjonalne i możliwe. Dorosłość w tym świecie daje wiedzę, lecz jednocześnie potrafi odebrać pewien rodzaj percepcji. Jeśli coś nie mieści się w znanych kategoriach, najłatwiej uznać, że tego nie ma. Dzieciaki po poprzednich doświadczeniach wiedzą już, że to fatalna strategia przetrwania. Ten pomysł był obecny wcześniej, ale właśnie w Wurdalaku nabiera dodatkowej ironii, ponieważ opowiada o nim dorosły Kamil. Chłopak, który kiedyś widział więcej niż dorośli, sam znalazł się po drugiej stronie tej granicy.
Ładnie pracuje przy tym Pink Moon Nicka Drake’a. Płyta i tytułowy utwór nie są wrzuconym do tekstu popkulturowym gadżetem, który ma pokazać muzyczny gust autora. Różowy księżyc staje się znakiem czegoś pięknego i jednocześnie złowrogiego, zapowiedzią niebezpieczeństwa obecnego nie gdzieś daleko w ciemnym lesie, ale tuż obok. Pasuje do całej konstrukcji książki, bo Wurdalak właśnie tak traktuje grozę. Potworność nie zawsze przychodzi z wrzaskiem. Czasem siedzi w czymś znajomym i cierpliwie czeka, aż ktoś zauważy, że od dawna jest nie tak. Motyw powraca również w refleksji nad przedmiotami z antykwariatu, które przechowują fragmenty cudzych historii. W książce zbudowanej wokół człowieka wyciągającego własną historię z przeszłości trudno uznać to za przypadek.
Ziębiński nadal chętnie korzysta z popkultury, filmów, muzyki i różnych odmian grozy. Porównanie ze Stranger Things będzie zapewne wracało przy tym cyklu do znudzenia, bo rzeczywiście istnieje kilka oczywistych punktów wspólnych: paczka młodych bohaterów, mała społeczność, dorośli nieświadomi pełnej skali zagrożenia, nadnaturalna rzeczywistość wdzierająca się do codzienności. Na tym podobieństwa nie powinny jednak przesłaniać własnej tożsamości Czarnego Stawu. Ziębiński mocniej zakotwicza serię w lokalnych wierzeniach, historii i polskiej codzienności, a w trzecim tomie coraz ważniejsza staje się również pamięć. Nie chodzi już tylko o dzieciaki walczące z potworami. Interesujące staje się pytanie, jak takie dzieciaki będą funkcjonować za osiem czy dziesięć lat.
Sama paczka wciąż stanowi jeden z powodów, dla których ta seria działa. Kamil, Akira, Długi i Niedźwiedź nie są drużyną idealnie dobranych archetypów, która zawsze zgodnie rusza do walki. Ziębiński pozwala wejść między nich zazdrości, konfliktom i emocjom niekoniecznie związanym z ratowaniem świata. To potrzebne, bo bez takich drobiazgów łatwo byłoby zrobić z nich małych zawodowych łowców demonów. Tymczasem oni nadal mają czternaście lat. Mogą zmierzyć się z czymś pradawnym, a chwilę później zachować się kompletnie nierozsądnie z powodu dziewczyny. I bardzo dobrze. Czternastolatek reagujący na wszystko z dojrzałością czterdziestoletniego terapeuty byłby znacznie bardziej przerażający niż większość tutejszych stworów.
Nie wszystkie elementy rozwijają się jednak równie płynnie. Początek potrafi długo przygotowywać teren, podczas gdy późniejsze wydarzenia przyspieszają gwałtownie. W efekcie książka ma trochę nierówny puls. Przez pewien czas Ziębiński pozwala historii obrastać wspomnieniami, relacjami i kolejnymi sygnałami zagrożenia, a później naciska pedał gazu tak mocno, że chciałoby się zatrzymać przy kilku wydarzeniach dłużej. Przy takiej liczbie bohaterów, rodzinnych sekretów, mitologicznych tropów i emocjonalnych konsekwencji dodatkowa przestrzeń wcale by tej historii nie zaszkodziła. Czasem odnosiłam wręcz wrażenie, że cykl dojrzewa szybciej, niż jego bohaterowie mają czas przeżyć własne dojrzewanie. Podobne zastrzeżenie pojawia się zresztą w części opinii o tempie tej odsłony.
Największy problem pojawia się jednak tam, gdzie książka właściwie przestaje być samodzielnym tomem. Poprzednie części potrafiły zamknąć konkretny etap przy zachowaniu większej historii w tle. Wurdalak nie ma podobnej uprzejmości. Ziębiński urywa opowieść w środku najgorętszych wydarzeń i bardzo wyraźnie traktuje trzeci oraz czwarty tom jako fragmenty większej całości. Rozumiem ten zamysł, szczególnie że konstrukcja serii rzeczywiście coraz mocniej wskazuje na jedną rozbudowaną historię, ale jako czytelniczka mam prawo odrobinę pomarudzić. Cliffhanger jest skuteczny, bo chcę wiedzieć, co stanie się dalej. Nie zmienia to faktu, że satysfakcja po zamknięciu książki zostaje świadomie odroczona do czasu Krainy cieni.
Paradoksalnie właśnie to niedomknięcie najlepiej pokazuje, jak bardzo Czarny Staw zmienił się od początku. Dawniej można było jeszcze wierzyć, że kolejne spotkanie z nadnaturalnym będzie przygodą mającą początek i koniec. Pokonamy zagrożenie, wrócimy do domu, do następnego razu. Wurdalak odbiera bohaterom tę wygodę. Jedno wydarzenie wyrasta z poprzedniego, dawne decyzje mają konsekwencje, rodziny skrywają własne historie, a potwory nie znikają tylko dlatego, że skończył się rozdział. Autor sam podkreśla, że cykl należy traktować jako większą całość, co dobrze tłumaczy zmianę jego konstrukcji, choć niekoniecznie łagodzi złość po ostatniej stronie.
Dlatego trzeci tom podobał mi się najbardziej właśnie tam, gdzie przestawał być historią o kolejnej walce z potworem. Kiedy Kamil zapisuje wydarzenia z perspektywy człowieka, który już zna ich cenę, groza przestaje zależeć wyłącznie od tego, co kryje się w lesie, stawie czy starych wierzeniach. Wiemy, że coś z tamtego lata przetrwało. Nie jako demon czekający na następne wezwanie, lecz jako część człowieka, który osiem lat później nadal musi o tym pisać. I może dlatego różowy księżyc pasuje do tej części lepiej niż najbardziej wymyślny potwór. Świeci nad światem, który wygląda znajomo, choć coś zostało w nim nieodwracalnie przesunięte. Kamil z przyszłości już o tym wie. Czternastoletni Kamil dopiero się dowie. A my zostajemy dokładnie pomiędzy nimi, ze świadomością, że nad Czarnym Stawem robi się coraz ciemniej, mimo że księżyc tym razem wcale nie jest czarny.

