Książki

RECENZJA: Wiła | Gdy legendy przestają szeptać

Wiła Roberta Ziębińskiego to powrót do Czarnego Stawu, który od pierwszych stron przypomina, że spokój w tym miasteczku jest tylko dekoracją. To miejsce, którego nie znajdziesz na mapie, a jeśli znajdziesz, powinno zapalić się w Tobie ostrzegawcze światło, bo tu legendy nie służą do straszenia dzieci przy ognisku. One są realne. I mają cierpliwość drapieżnika. 

Nowy rok szkolny zaczyna się dla Kamila Jury i jego paczki w sposób, którego nie da się wytłumaczyć zwyczajnością. Długi, Niedźwiedź i Akira już wiedzą, że Czarny Staw potrafi wykręcić rzeczywistość na lewą stronę, ale tym razem wchodzą w historię bardziej świadomie, jakby przeczuwali, że wszystko, co przeżyli wcześniej, było tylko wstępem. Tytułowa Wiła pojawia się jak obietnica piękna, która w tej opowieści staje się bronią. Jej głos wabi, jej urok zwodzi, a konsekwencje spotkania z nią nie kończą się na strachu. One zostają w człowieku jak ślad po pazurach.

Ziębiński świetnie rozumie, że najbardziej niepokojące jest to, co nie krzyczy. Wiła nie jest potworem z prostego koszmaru, tylko figurą z pogranicza fascynacji i obrzydzenia, czymś, co przyciąga i odpycha jednocześnie. To groza, która działa na wyobraźnię, bo bierze piękno i pokazuje, że może być narzędziem przemocy. Zniknięcia, o których w Czarnym Stawie mówi się półgłosem, stają się punktem zapalnym, ale prawdziwy lęk rodzi się z poczucia, że ten świat zna człowieka lepiej, niż człowiek zna samego siebie.

Ogromną siłą tej części jest Pan Pulman. Kot, który nie jest tylko towarzyszem, lecz znakiem, omenem i przewodnikiem, kimś, kto patrzy w ciemność tak, jakby była jego naturalnym środowiskiem. W tej postaci jest czułość i tajemnica jednocześnie, a świadomość, że to także osobisty hołd autora, nadaje tej obecności dodatkową warstwę wzruszenia. To jeden z tych literackich gestów, które sprawiają, że fikcja zaczyna pulsować prawdziwym życiem. I nagle okazuje się, że w historii o demonach i legendach najbardziej poruszające może być to, co ciche, wierne i uparte w swoim trwaniu.

Czarny Staw w Wile gęstnieje, rozbudowuje się, nabiera głębi. Pojawia się wątek Laurentego Dury i echo dawnych opowieści, które brzmią jak zapomniana melodia, ale wciąż potrafią obudzić coś pod skórą. Autor miesza współczesność z folklorem bez sztuczności, tak jakby to połączenie zawsze było oczywiste. Dzięki temu historia działa nie tylko jako przygodowa groza dla młodszych czytelników, ale też jako opowieść o lękach bardzo dorosłych, o tym, że zło potrafi wracać wtedy, gdy ludzie próbują udawać, że go nie ma.

Najbardziej przekonujące jest jednak to, jak Ziębiński pisze o przyjaźni. Bohaterowie naprawdę brzmią jak paczka nastolatków, a ich relacje są tarczą, nie ozdobą. Właśnie dlatego niepokój działa mocniej, bo stawką nie jest abstrakcyjna walka dobra ze złem, tylko bezpieczeństwo tych, których zdążyło się polubić. To książka, w której groza ma sens, bo dotyka rzeczy ważnych, lojalności, odwagi i potrzeby bycia razem, kiedy świat zaczyna się rozpadać.

Nie wszystko jest tu idealnie równe. Momentami można mieć ochotę na jeszcze więcej ciszy i niedopowiedzeń, na nieco większe pogłębienie niektórych elementów mitologii, które aż proszą się o dodatkowy oddech. Ale tempo jest sprawne, napięcie budowane konsekwentnie, a atmosfera zostaje w czytelniku długo po zamknięciu książki, jakby Czarny Staw umiał przenieść się do zwykłego pokoju i szeptać zza framugi.

Wiła to kontynuacja, która nie tylko podnosi stawkę, ale też pokazuje, że ta seria wie, dokąd zmierza. Jest mroczniej, bardziej intensywnie i bardziej emocjonalnie. To opowieść o legendach, które nie są martwe, tylko głodne. I choć nikt rozsądny nie chciałby trafić do Czarnego Stawu, jako czytelnik wraca się tam z tym specyficznym dreszczem, który mówi, że właśnie tak powinna działać dobra groza.

Agata Miałek

Kot, kubek kawy, książka albo serial. Czego chcieć więcej? Może spokoju od dwóch szalonych maluchów!