Książki

RECENZJA: Rusałki, licha, kikimory i inne słowiańskie strachy w opowieściach | Gdzie strach ma twarz natury

Rusałki, licha, kikimory i inne słowiańskie strachy w opowieściach Marty Krajewskiej to książka, która udaje szept przy ognisku, a w rzeczywistości jest czymś znacznie mocniejszym. To osiem opowieści zanurzonych w świecie, gdzie noc nie jest tylko porą dnia, a południe nie jest tylko godziną, bo każda z tych chwil ma własne drapieżne imię. Autorka prowadzi czytelnika do wioski schowanej pośród puszczy i robi to tak, jakby ten świat nie był wymyślony, tylko przypomniany. Jakby wystarczyło przymknąć oczy, żeby zrozumieć, że dawne wierzenia nie zniknęły, a jedynie zmieniły miejsce zamieszkania i przeniosły się głębiej w pamięć. 

To zbiór, który działa na kilku poziomach naraz. Z jednej strony jest w nim czysta przygodowość, prosta i angażująca, idealna do czytania po jednym rozdziale, z drugiej jest tu gęsty klimat ludowej grozy, gdzie zagrożenie ma zapach wilgotnej ziemi, szept trzcin nad wodą i chłód, który przechodzi przez skórę wtedy, gdy człowiek za długo stoi w miejscu, w którym nie powinien stać. Krajewska nie robi z tych istot ozdób ani atrakcji. Rusałki, wodniki, południce, licha i kikimory nie są tu sympatycznymi maskotkami folkloru. Są siłami, które mają swoje prawa i nie muszą tłumaczyć się człowiekowi.

Najbardziej ujmujące jest to, jak autorka osadza niezwykłość w codzienności. Młodzi bohaterowie są dziećmi i nastolatkami z krwi i kości. Czasem uparci, czasem przestraszeni, czasem spragnieni uznania, czasem boleśnie samotni. Ich emocje brzmią prawdziwie, nawet jeśli noszą starosłowiańskie imiona i żyją w świecie, w którym rytm wyznacza praca, pory roku i obrzędy. Dzięki temu spotkanie z demonem nie jest tylko sceną grozy, ale próbą charakteru, momentem, w którym trzeba stać się odważnym nie dlatego, że tak wypada, tylko dlatego, że nie ma innego wyjścia.

Książkę spina też pomysł, który działa jak dobrze ułożona nić. Historie są osobne, ale powiązane, bohaterowie przechodzą z tła na pierwszy plan, a wioska z każdą opowieścią staje się bardziej namacalna. To daje poczucie, że nie czytamy przypadkowego zestawu legend, tylko zaglądamy do świata, który żyje własnym życiem. W tle przewija się rok obrzędowy, zmieniają się święta, światło i mrok, a wraz z nimi zmienia się rodzaj strachu. Inaczej boi się człowiek jesienią, inaczej zimą, inaczej w czasie żniw, kiedy pola falują złotem, ale w tym złocie czai się coś, co potrafi podejść blisko.

Ogromnym atutem jest język. Stylizowany, a jednocześnie przystępny, poetycki, ale nie ciężki. Krajewska potrafi pisać tak, że zdania mają rytm, a opisy przyrody nie są wypełniaczem, tylko częścią świata i jego magii. Ta proza nie popisuje się erudycją, tylko buduje atmosferę. I robi to skutecznie, bo wystarczy kilka akapitów, by poczuć, że w lesie jest za cicho, a strumyk brzmi jak ostrzeżenie.

Ważne są też ilustracje Alicji Filiacz, które nie konkurują z tekstem, tylko go dopełniają. Mają w sobie delikatność, która działa jak przewrotny kontrapunkt. Z jednej strony uspokajają, z drugiej każą spojrzeć dłużej i uświadomić sobie, że w tych miękkich liniach czai się coś niepokojącego. To wizualna forma szeptu, który pasuje do tej książki idealnie.

Nie jest to jednak pozycja całkowicie bezpieczna. W kilku miejscach groza potrafi być zaskakująco intensywna, a słownictwo i ton mogą okazać się wymagające dla młodszych czytelników. Zdarza się też, że chciałoby się jeszcze odrobiny więcej, mocniejszego pogłębienia niektórych stworów albo rozbudowania części opowieści, które kończą się wtedy, gdy człowiek zaczyna czuć prawdziwe przywiązanie. To jednak bardziej rodzaj apetytu niż realna wada.

Rusałki, licha, kikimory i inne słowiańskie strachy w opowieściach to książka, która uczy bez wykładu i straszy bez tanich sztuczek. Przypomina, że dawni ludzie widzieli świat jako miejsce pełne granic i zakazów, a natura nie była tłem, tylko potęgą. I robi to w sposób piękny, mroczny i zaskakująco czuły. To idealna lektura na wieczory, kiedy wiatr szura po parapecie, a człowiek przez moment zastanawia się, czy przypadkiem nie słyszy czegoś jeszcze. Bo w tej książce najgorsze jest nie to, że stwory istnieją. Najgorsze jest to, że po jej przeczytaniu łatwo uwierzyć, że one zawsze były gdzieś obok.

Agata Miałek

Kot, kubek kawy, książka albo serial. Czego chcieć więcej? Może spokoju od dwóch szalonych maluchów!