Diabelstwó Macieja Lewandowskiego to powrót do Czartyży, miasteczka, które z pozoru mogłoby być spokojnym punktem na mapie, a w praktyce działa jak soczewka skupiająca cudze winy, lokalne sekrety i nadprzyrodzone rachunki do wyrównania. Jeśli w pierwszej historii zło miało smak wakacyjnej przygody i miejskiej legendy, tutaj przychodzi w wersji cięższej, wilgotniejszej, bardziej jesiennej. Mgła oblepia lasy, noc zapada zbyt szybko, a pozorny porządek po poprzednim koszmarze okazuje się tylko przerwą między uderzeniami. Autor otwiera nowy rozdział wspólnej drogi Mai, Kuby i Sławka, wkładając ich w narrację, w której przeszłość nie jest wspomnieniem, lecz mechanizmem, a zło nie tyle wraca, ile cierpliwie czeka, aż ktoś znów odsłoni to, co miało pozostać przykryte ziemią.
Poniższa recenzja skupia się na czterech wymiarach powieści: społecznym, konstrukcji świata i grozy, warsztacie pisarskim oraz psychologii bohaterów. Każda z tych perspektyw odsłania inną warstwę Diabelstwó, powieści, która umie być zarówno dynamiczną przygodą, jak i opowieścią o konsekwencjach dziedziczonych przez tych, którzy nie zdążyli jeszcze dorosnąć.
Małe miasteczko i brak anonimowości
Czartyże funkcjonuje tu jak klasyczna przestrzeń małomiasteczkowej nieufności, w której wszyscy wszystko o sobie wiedzą, a jednocześnie nikt nie mówi na głos tego, co naprawdę istotne. W takich miejscach tajemnica nie jest wyjątkiem, lecz sposobem organizowania wspólnoty. Po klęsce żywiołowej, wśród zniszczeń i napięcia, dorośli są zajęci gaszeniem pożarów codzienności, a dzieci zostają z lękiem, który nie ma gdzie się rozładować. To bardzo trafna obserwacja socjologiczna. Kryzys nie tylko odsłania pęknięcia w społeczności, ale też tworzy idealne warunki, by to, co wyparte, mogło wrócić.
W tle pojawiają się tajemnicze zgony, podenerwowanie dorosłych, nerwowe próby przywrócenia normalności oraz policja, która porusza się po omacku. Autor pokazuje, że w małych społecznościach zło często rozwija się nie dlatego, że nikt go nie widzi, lecz dlatego, że wszyscy udają, że go nie ma. To istotne, bo Diabelstwó nie traktuje grozy jako atrakcji. Groza jest tu konsekwencją ukrywania, przemilczania i odsuwania odpowiedzialności w czasie.
Ciekawie wypada też motyw szkolnej hierarchii i presji rówieśniczej, w której wyzwanie, zakład, potrzeba udowodnienia czegoś przed innymi stają się iskrą zapalną dla tragedii. W tej opowieści nie trzeba wielkich decyzji, by wejść w mrok. Wystarczy impuls, chwila słabości, cudza manipulacja.
Konstrukcja świata i grozy
Najmocniejszym elementem fabuły jest zastosowanie motywu nawiedzonego domu jako przestrzeni granicznej. Dom nie jest tu jedynie scenerią, lecz strukturą, która pamięta, wciąga, miesza tropy i prowadzi bohaterów w stronę miejsca, z którego trudno wrócić. Autor wykorzystuje klasyczny horrorowy archetyp, ale wplata go w lokalność, w kaszubski koloryt i w przekonanie, że ziemia ma swoją pamięć, a pewne miejsca potrafią oddychać cudzym strachem.
Równocześnie powrót wiedźmy i upiorów ma w sobie logikę zemsty. To nie zło przypadkowe. To zło rachunkujące, które wraca, by doprowadzić do wyrównania starych rachunków, niezależnie od tego, kto realnie zawinił. W ten sposób Diabelstwó dotyka motywu międzypokoleniowej odpowiedzialności. Dzieci płacą za dawne wybory dorosłych, nawet jeśli nikt im nie powiedział, jakie to były wybory.
Ważna jest też jesienna aura. Autor nie traktuje pory roku jako dekoracji. Jesień działa jak przyspieszacz narracji grozy. Zmrok przychodzi szybciej, wilgoć wchodzi w kości, mgła ogranicza widoczność, a w takim świecie wszystko zaczyna brzmieć bardziej złowieszczo. To bardzo sprawne narzędzie budowania napięcia, bo przestawia czytelnika na inne rejestry odbioru. Zło nie jest tu nagłym wyskokiem, lecz gęstnieniem atmosfery, które przenika codzienność.
Tempo, przełamania i praca na napięciu
Warsztatowo powieść opiera się na dynamicznej akcji i świadomym prowadzeniu czytelnika przez kolejne eskalacje. Zawiązanie intrygi jest szybkie i mroczniejsze niż wcześniej, co od razu sygnalizuje zmianę tonu. Szczególnie ciekawe jest przełamywanie narracji trzecioosobowej w momentach, gdy narrator zwraca się bezpośrednio do odbiorcy. Ten zabieg buduje wrażenie współuczestnictwa, jakby czytelnik stał obok bohaterów, widział te same korytarze, słyszał te same szmery.
Warto również docenić konsekwencję w prowadzeniu zwrotów akcji. Autor gra z oczekiwaniami, sugeruje powtórkę z poprzedniej historii, po czym dokonuje przesunięcia, które pokazuje, że tym razem stawka jest inna. Dzięki temu napięcie nie opiera się wyłącznie na powtórzeniu sprawdzonego schematu.
Jednocześnie momentami można odczuć, że wydarzenia następują po sobie tak intensywnie, iż bohaterowie nie zawsze mają przestrzeń na wybrzmienie emocjonalne. To cecha wielu historii grozy, które chcą trzymać tempo, ale warto ją odnotować, bo Diabelstwó ma potencjał, by równie mocno pracować ciszą, co ruchem.
Trauma jako tło codzienności
Maja, Kuba i Sławek to bohaterowie, których siłą jest wiarygodność. Nie są herosami, nie mają specjalnych mocy, a ich odwaga wynika raczej z konieczności niż z triumfalnej pewności siebie. Jednocześnie w tej części widać pewien paradoks. Po dramatycznych doświadczeniach z poprzedniej historii bohaterowie funkcjonują, jakby mierzenie się z nadprzyrodzonym było kolejnym zadaniem do wykonania. To daje narracji sprawność, ale odbiera nieco głębi przemianie, która mogłaby wybrzmieć mocniej.
Na tym tle interesująco wypada postać Michała Marcelskiego. Początkowo może wyglądać jak kolejna szkolna figura dominacji, ktoś, kto pcha innych w ryzyko, bo sam chce poczuć władzę. Jednak jego obecność wprowadza inny rodzaj napięcia. Zamiast prostego antagonizmu pojawia się możliwość przedefiniowania roli, a wraz z nią pytanie o to, jak wiele w człowieku jest maską narzuconą przez dom, pozycję, presję.
Najbardziej przekonujące w tej historii jest to, że groza nie zabija codzienności, tylko ją infekuje. Bohaterowie boją się, popełniają błędy, czasem wpadają w panikę, a mimo to idą dalej, bo nie mają alternatywy. W ten sposób autor pokazuje, że strach nie jest przeszkodą, lecz stanem, w którym trzeba nauczyć się działać.
Podsumowanie
Diabelstwó to udana kontynuacja, która zagęszcza mrok wokół Czartyży i przesuwa akcenty z wakacyjnej przygody ku cięższej, jesiennej grozie. Autor sprawnie korzysta z motywu nawiedzonego domu, zemsty i lokalnego folkloru, budując opowieść, w której zło ma cierpliwość, a przeszłość nie daje się zakopać. Największym atutem powieści jest klimat miejsca, wrażenie, że Czartyże nie jest tylko tłem, lecz przestrzenią działającą, przyciągającą, karmiącą się tajemnicą.
Można wskazać drobne ograniczenia, przede wszystkim potrzebę mocniejszego pogłębienia przemian głównych bohaterów oraz miejscami zbyt płynne przechodzenie od koszmaru do kolejnego etapu działania, jakby strach został włączony do codziennego harmonogramu. Nie zmienia to jednak faktu, że Diabelstwó pozostawia satysfakcję i ciekawość tego, co dalej. Bo jeśli ta opowieść czegoś uczy, to tego, że w Czartyżach koniec zawsze jest tylko początkiem, a mgła nigdy nie mówi ostatniego słowa.


