Przypisy marginalne Seriale

KOMENTARZ: Ród Smoka | Ogień wraca, ale czy tym razem naprawdę zapłonie

Ród Smoka robi wszystko, żebyśmy znów poczuli to znajome ukłucie ekscytacji. Smok sunący nad flotą. Aemond na Żelaznym Tronie. Rhaenyra słysząca, że jest Królową Smoków i że w jej rękach spoczywa absolutna władza. Płonące miasta. Krzyki. Stal. I hasło marketingowe, które nie zostawia miejsca na półśrodki: From Fire Comes Darkness.

Brzmi jak obietnica sezonu bez hamulców. I trudno się dziwić, bo drugi sezon był dla wielu widzów czasem oczekiwania. Oczekiwania na to, co miało być nieuniknione. Taniec Smoków wisiał w powietrzu, ale zamiast pełnoskalowej tragedii dostaliśmy polityczne przestawianie figur i rozciągnięte napięcie. Bitwa w Zatoce Gullet, jedna z najbardziej wyczekiwanych sekwencji z Ognia i krwi, została przesunięta. Wielka eksplozja miała nadejść później.

Zwiastun trzeciego sezonu serialu Ród Smoka mówi wprost, teraz już nie ma odwrotu.

Widać, że HBO chce odzyskać rozmowę. Po sukcesie kameralnego i chwalonego Rycerza Siedmiu Królestw ciężar wraca do głównej osi uniwersum. Więcej postaci. Więcej smoków. Więcej krwi. To powrót do spektaklu w stylu, który uczynił z Gry o tron globalne widowisko. Tyle że widzowie nie są już tak łatwi do uwiedzenia samą skalą.

Ród SmokaBo pytanie nie brzmi, czy zobaczymy wielką bitwę. Zobaczymy. Twórcy otwarcie mówią, że Bitwa w Zatoce Gullet ma być największym przedsięwzięciem produkcyjnym w historii serialu. Budżet, efekty, logistyka, wszystko ma być większe. Tylko że skala nigdy nie była największą siłą tej franczyzy. Najlepsze momenty pierwszego sezonu Rodu Smoka nie wynikały z ognia, ale z ciszy. Z napięcia między Rhaenyrą i Alicent. Z poczucia, że każda decyzja ma cenę.

Drugi sezon zachwiał tym balansowaniem. Część widzów czuła, że historia się ślimaczy, że wojna jest odwlekana z powodów produkcyjnych, a nie dramaturgicznych. Do tego doszły publiczne tarcia między George’em R.R. Martinem a showrunnerem Ryanem Condalem. Różnice wizji, spory o wierność materiałowi źródłowemu. To nie jest drobiazg, bo Ród Smoka od początku sprzedawał się jako projekt bliższy literze i duchowi kroniki Targaryenów niż końcowe sezony Gry o tron.

I właśnie tu leży sedno. Zwiastun może obiecać wojnę, ale nie obieca spójności. Może pokazać smoka w ogniu, ale nie pokaże, czy emocjonalny kręgosłup tej historii wytrzyma ciężar spektaklu.

Ród Smoka

Trzeci sezon ma być przedostatnim. Wiemy już, że seria zakończy się na czwartym. To oznacza, że nie ma już miejsca na dalsze odkładanie katastrofy. Taniec Smoków musi wybrzmieć w pełni, ze wszystkimi konsekwencjami. Bez bezpiecznych skrótów. Bez rozmywania odpowiedzialności. Bez estetyzowania tragedii do poziomu efektownego plakatu.

Zwiastun sugeruje, że twórcy to rozumieją. Tempo jest szybsze. Ton jest ostrzejszy. Aemond na tronie wygląda jak zapowiedź chaosu, nie jak chwilowy twist. Rhaenyra nie brzmi jak polityk w zawieszeniu, tylko jak władczyni gotowa podpalić świat, jeśli trzeba. Jeśli te obrazy są zapowiedzią realnego przesunięcia w stronę bezlitosnej wojny, trzeci sezon ma szansę wrócić do jakości pierwszego.

Ale istnieje też druga możliwość. Że oglądamy perfekcyjnie zmontowaną obietnicę. Że wielka bitwa przykryje dramaturgiczne pęknięcia. Że dostaniemy ogień i zgliszcza, ale mniej rozmów, które naprawdę coś zmieniają. Mniej scen, w których czuje się ciężar historii, a więcej tych, które mają dobrze wyglądać w zwiastunie.

Westeros nauczyło nas jednego. Spektakl bez konsekwencji szybko staje się wydmuszką. A tragedia bez moralnej ceny jest tylko widowiskiem.

Czy trzeci sezon Rodu Smoka będzie równie dobry jak pierwszy? Zwiastun daje nadzieję. Pokazuje skalę, której brakowało. Sugeruje, że odwlekanie się skończyło. Ale prawdziwy test nie będzie polegał na tym, ile smoków zobaczymy w powietrzu. Tylko na tym, czy kiedy opadnie popiół, zostanie coś więcej niż efektowna pożoga.

Ród Smoka

Maciej Ornitowski

Lubię kino. Tak po prostu.
Kilka innych rzeczy też.