Są powroty do Westeros, które przypominają wejście do zatłoczonej sali tronowej, pełnej szeptów, rachunków krzywd i nazwisk, które znaczą więcej niż miecze. I są też powroty inne, cichsze, bliższe ziemi, pachnące końskim potem, kurzem bitego traktu i dymem z ognisk. Rycerz Siedmiu Królestw George’a R.R. Martina należy do tej drugiej kategorii. To trzy nowele, które działają jak miniatura w kontraście do panoramy Pieśni Lodu i Ognia. Mniej politycznej lawiny, mniej rozgałęzień, mniej wielkich planów, za to więcej człowieka, który idzie przed siebie i próbuje zrozumieć, czym w ogóle jest rycerskość, kiedy świat ma własne zdanie na temat ideałów.
Wydawnictwo Zysk wypuściło teraz kilka wariantów tej książki, ale recenzowane wydanie wybija się na tle pozostałych nie tylko urodą, lecz także spójnością całego projektu. To najładniejsza wersja zewnętrznie i wewnętrznie, a jej największą ozdobą są liczne, klimatyczne ilustracje w środku, które nie są przypadkowym dodatkiem, tylko częścią opowieści. Dzięki nim Westeros staje się bardziej namacalne, a sama lektura ma w sobie coś z wertowania kroniki, w której obraz i słowo idą obok siebie, nie rywalizują, tylko wzmacniają nastrój.
Punktem wyjścia jest prostota, która u Martina nigdy nie bywa naiwna. Dunk, chłopak z Zapchlonego Tyłka, dzielnicy, gdzie życie uczy przede wszystkim tego, jak przeżyć kolejny dzień, zostaje giermkiem wędrownego rycerza, a potem, po jego śmierci, robi rzecz zuchwałą. Przybiera miano Ser Duncana Wysokiego i próbuje wejść w rolę, która jest większa niż on sam. Dunk nie jest rycerzem z pieśni. Jest rycerzem z błota, potu i niewygodnej przyzwoitości. Jest prostolinijny, czasem niezgrabny towarzysko, czasem zbyt gwałtowny, ale ma w sobie rdzeń, który w tym świecie bywa rzadki, potrzebę bycia po właściwej stronie, nawet jeśli nikt za to nie nagradza.
Obok niego pojawia się Jajo, giermek, który od pierwszych scen jest przeciwieństwem Dunka i zarazem jego brakującym elementem. Dunk ma siłę i instynkt, Jajo ma wiedzę, zmysł obserwacji i świadomość tego, jak działa dworska gra. Ich relacja jest sercem książki. To opowieść drogi, w której największą przygodą bywa nie turniej czy potyczka, lecz rozmowa przy ognisku i próba dogadania się dwóch temperamentów. Martin pozwala im być żywymi, śmiesznymi, irytującymi, lojalnymi, a przy tym nie ucieka od tego, że ta więź ma w sobie cień przyszłości, bo Jajo nie jest zwykłym chłopcem, a Dunk nie pozostanie zwykłym wędrowcem.
W trzech nowelach dostajemy trzy różne odsłony tego samego świata. W pierwszej, Wędrownym rycerzu, turniej staje się sceną, na której rycerskość zostaje wystawiona na próbę w najbardziej widowiskowy sposób, ale to widowisko ma zęby, bo Martin nie pozwala, by honor był dekoracją. W drugiej, Zaprzysiężonym mieczu, opowieść schodzi z areny w stronę lokalnego konfliktu, gdzie stawką jest woda, przetrwanie i duma. To właśnie tu najmocniej czuć, że Westeros nie potrzebuje smoków, by być okrutne. W trzeciej, Tajemniczym rycerzu, wracają maski, spiski, echa dawnych buntów i wątek Blackfyre’ów, a historia przypomina, że nawet jeśli ktoś tylko przejeżdża przez wielką politykę, to i tak może zostać przez nią rozjechany.
Najciekawsze jest jednak to, co ten zbiór robi z mitem rycerza. W Pieśni Lodu i Ognia rycerskość jest często narzędziem, kostiumem, czasem cynicznym alibi. Tutaj, w skali mniejszej i bardziej skupionej, Martin pokazuje starcie dwóch sił, które napędzają cały jego świat. Baśni i realizmu. Rycerstwo jako ideał i rycerstwo jako praktyka. Przysięga jako światło i przysięga jako łańcuch. Dunk wierzy, że istnieją zasady, które powinny działać, ale Westeros konsekwentnie sprawdza, ile są warte, kiedy naprzeciw stoi władza, pycha lub zwyczajna przemoc.

To, co odróżnia tę książkę od głównej sagi, to koncentracja. Nie ma tu tysiąca postaci do zapamiętania, nie ma rozgałęzionych linii narracyjnych, które ścigają się o uwagę. Jest za to rzadki u Martina komfort obcowania z historią, która ma wyraźny początek, środek i koniec, i która domyka się w emocji bardziej gorzkiej niż słodkiej. Tak jakby autor mówił, że nawet kiedy opowiada krócej i lżej, nie umie, a może nie chce, dopisać światu happy endu.
Czy to lektura tylko dla fanów Pieśni Lodu i Ognia? Nie, choć fani będą mieli dodatkową warstwę przyjemności, bo dostaną kolejne nazwiska, epizody historyczne, aluzje i echo epoki Targaryenów, która w sadze bywa wspominana jak legenda. Ale dla czytelnika spoza cyklu to również działa. Jako przygodowe fantasy z pazurem, jako opowieść o dwóch wędrowcach, którzy wpadają w kłopoty większe od nich samych, i jako historia o tym, że przyzwoitość wcale nie jest w Westeros cechą bezpieczną.
Rycerz Siedmiu Królestw jest więc czymś więcej niż deserem po sadze. To książka, która przypomina, że Martin najlepiej działa wtedy, gdy obok wielkich machin historii pokazuje człowieka, który musi sam wymyślić, jak być dobrym w świecie, który nie nagradza dobra. A w tym konkretnym wydaniu, z mnóstwem klimatycznych ilustracji i spójną, dopracowaną oprawą, ten powrót do Westeros ma dodatkową wartość. Nie tylko się go czyta. Jego się doświadcza, strona po stronie, jakby ktoś podał ci do ręki starą kronikę i kazał sprawdzić, ile z baśni zostało w rzeczywistości.


