Filmy

RECENZJA: Kopnęłabym cię, gdybym mogła | Egzystencjalny koszmar w trybie stand by

Są filmy, które dają ci w prezencie katharsis. I są filmy, które dają ci coś dużo mniej komfortowego. Uczucie, że ktoś wsadził palec w twoje zmęczenie, w twoje napięcie, w ten moment dnia, kiedy nie masz już siły być miły, ale jeszcze próbujesz. Kopnęłabym cię, gdybym mogła Mary Bronstein należy do tej drugiej kategorii. To kino, które nie głaszcze po głowie, tylko konsekwentnie zawęża przestrzeń, dokręca śrubę i pyta, jak długo da się funkcjonować, kiedy wszystko jest obowiązkiem, a nic nie jest odpoczynkiem.

Linda, grana przez Rose Byrne, jest w trybie ciągłego alarmu. Córka wymaga stałej opieki, mąż jest nieobecny, praca nie daje poczucia sensu, tylko kolejne warstwy obciążenia, a świat zewnętrzny zamiast pomóc, piętrzy przeszkody. Instytucje, procedury, rozmowy, w których każdy ma rację, tylko nikt nie ma czasu. Terapeuta, który powinien być bezpieczną przestrzenią, staje się kolejnym punktem kontroli, kolejnym spojrzeniem z góry, kolejnym miejscem, gdzie Linda czuje się oceniana. To film o macierzyństwie, ale nie jako o cudzie, tylko jako o systemie nacisku.

Kopnęłabym cię, gdybym mogłaNajwiększą siłą tego filmu jest sposób, w jaki pokazuje kryzys. Nie przez katalog dramatów do odhaczenia, tylko przez narastające poczucie, że wszystko jest tak samo groźne. Mała przeszkoda i prawdziwa katastrofa dostają tę samą temperaturę emocjonalną, bo kiedy jesteś na granicy, nie masz już skali. Masz tylko bodźce. Masz tylko natłok. Masz tylko to, że sufit naprawdę może ci się zwalić na głowę, ale równie dobrze może cię dobić odmowa, brak zrozumienia, czyjś ton. Film jest sugestywny psychologicznie, nie namacalny. On nie musi ci udowadniać, że Linda cierpi, bo on każe ci w tym cierpieniu siedzieć, oddychać i mierzyć czas kolejnymi mikro wybuchami.

Bronstein robi z codzienności coś, co przypomina thriller. Tyle że tutaj nie ma mordercy czającego się w cieniu. Jest życie, które nie przestaje dzwonić, pikać, wzywać, wymagać. I w tej konstrukcji świetnie działa formalny zabieg subiektywności. Linda jest centrum kadru, centrum chaosu, centrum krzyku. Wszystko inne bywa jak echo. To nie jest opowieść, która pozwala widzowi zdystansować się i powiedzieć, spokojnie, to tylko trudny czas, zaraz minie. To kino, które mówi, nie, to jest teraz, to jest zawsze, to jest twój świat, kiedy nie masz już zasobów.

Rose Byrne niesie ten film na barkach bez jednego fałszywego tonu. To rola grana nerwem, napięciem, spojrzeniem, które co chwilę chce uciec, ale nie ma dokąd. Byrne potrafi być jednocześnie odpychająca i przejmująca, chaotyczna i zupełnie logiczna w swoim rozpadzie. To nie jest postać, którą łatwo polubić, ale bardzo łatwo ją zrozumieć, jeśli znasz zmęczenie. W tle świetnie kontruje A$AP Rocky jako James, ktoś z zewnątrz, kto nie ma zawodowego języka, ale ma odruch człowieka, by jednak nie zostawić kogoś samego w środku burzy. Conan O’Brien jako terapeuta jest z kolei celowo niewygodny. Suchy, znużony, jakby chciał mieć empatię w dawkach kontrolowanych. I to wkurza, bo dokładnie tak czasem wygląda kontakt z systemem wsparcia, który ma cię ratować.

Kopnęłabym cię, gdybym mogłaWażne też, że film nie próbuje robić z Lindy plakatu. Nie dostaniesz tu łatwego komunikatu o sile kobiet, nie dostaniesz prostego oczyszczenia. Dostaniesz frustrację, złość, wstyd, impulsy, czasem zachowania, które są brzydkie, nieheroiczne, nieinstagramowe. I w tym sensie to kino uczciwe. Ono nie mówi, że inni mają gorzej po to, żeby unieważnić Lindę. Ono raczej pokazuje coś jeszcze bardziej okrutnego. Że ktoś może mieć dobrze na papierze i nadal się topić. Że cierpienie nie potrzebuje wielkiego dramatycznego powodu, czasem wystarczy, że nie masz już czym oddychać.

I tu dochodzę do tego, co dla mnie w tym filmie działa gorzej. Bronstein potrafi tak długo trzymać widza w klaustrofobii, że w pewnym momencie zaczyna to męczyć nie w sensie zamierzonego dyskomfortu, tylko w sensie monotonii napięcia. Jeżeli wszystko jest kryzysem, to kryzys przestaje mieć rytm. Film bywa przytłaczający bardziej niż powinien, bo rzadko pozwala na kontrapunkt, który byłby czymś więcej niż nerwowym czarnym humorem. A kiedy pojawiają się elementy bardziej wykręcone formalnie, balansujące na granicy surrealizmu, nie zawsze czuję, że one pogłębiają portret Lindy. Czasem mam wrażenie, że zamieniają psychologię w ornament, a tu najmocniejsze jest właśnie to, co przyziemne i bolesne bez dodatków.

Dlatego mój odbiór jest ambiwalentny, ale w dobrym sensie. To film interesujący i potrzebny, bo drąży temat bez pudru. Jednocześnie nie jest to seans, który uznam za w pełni satysfakcjonujący jako całość. Ma momenty genialne i momenty, w których chciałbym, żeby odrobinę popuścił zacisk, nie po to, żeby było miło, tylko po to, żeby mocniej wybrzmiało to, co w tej historii najważniejsze.

Film niewygodny, czasem męczący, ale sugestywny w sposobie, w jaki penetruje wnętrze bohaterki. Jeśli lubisz kino, które nie daje ukojenia, tylko zostawia cię z uczuciem, że masz ochotę kogoś kopnąć, ale nawet na to nie masz już siły, to Linda jest twoją przewodniczką.

Maciej Ornitowski

Lubię kino. Tak po prostu.
Kilka innych rzeczy też.