Niektóre kryminały zaczynają się od zbrodni. Inne od miejsca. Złorzecze zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. Zanim jeszcze na dobre ruszy śledztwo, Małgorzata Kosak pozwala czytelnikowi zanurzyć się w świecie Borów Tucholskich, gdzie lasy ciągną się po horyzont, ludzie znają się od pokoleń, a każda rodzinna historia ma więcej przemilczeń niż wspomnień. To właśnie atmosfera jest tutaj pierwszą podejrzaną i zarazem największym atutem tej powieści.
Punktem wyjścia staje się katastrofalna wichura, która przechodzi przez okolicę, pozostawiając po sobie zniszczone lasy i połamane drzewa. Wśród powalonych pni zostaje odnalezione ciało Jana Śliwy. Wszystko wskazuje na nieszczęśliwy wypadek, ale bardzo szybko okazuje się, że w Złorzeczu nic nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać. Zwłaszcza gdy przeszłość zaczyna coraz mocniej dopominać się o uwagę.
Autorka bardzo umiejętnie wykorzystuje schemat kryminału regionalnego, jednocześnie unikając jego największej pułapki, czyli sprowadzenia miejsca akcji do dekoracji. Bory Tucholskie żyją własnym życiem. Las nie jest tu wyłącznie tłem dla wydarzeń, ale niemal osobnym bohaterem. Przechowuje wspomnienia, ukrywa ślady i przypomina, że natura ma znacznie lepszą pamięć niż ludzie. W wielu scenach można wręcz odnieść wrażenie, że to właśnie las obserwuje mieszkańców Złorzecza, cierpliwie czekając, aż prawda w końcu wypłynie na powierzchnię.
Dużym atutem książki jest konstrukcja fabuły. Historia rozgrywa się na kilku płaszczyznach czasowych, a wydarzenia z lat siedemdziesiątych, dziewięćdziesiątych i współczesności stopniowo zaczynają się ze sobą łączyć. Kosak nie odkrywa kart zbyt szybko. Pozwala czytelnikowi samodzielnie składać kolejne elementy układanki, przez co napięcie budowane jest konsekwentnie i bez tanich sztuczek.
Równie dobrze wypadają bohaterowie. Nie ma tu postaci jednoznacznie dobrych ani całkowicie złych. Każdy nosi własne tajemnice, rozczarowania i dawne winy. Szczególnie interesująco prezentuje się komendant Paweł Jaworzyna, który próbuje odnaleźć się w sytuacji znacznie bardziej skomplikowanej, niż początkowo przypuszczał. To bohater daleki od kryminalnych supermanów. Zmęczony, popełniający błędy, ale dzięki temu wiarygodny.
Najciekawiej wypada jednak obraz małej społeczności. Złorzecze funkcjonuje według własnych zasad. Ludzie wiedzą o sobie więcej, niż chcieliby przyznać, ale jednocześnie od lat nauczyli się nie zadawać niewygodnych pytań. Plotki rozchodzą się błyskawicznie, prawda znacznie wolniej. To właśnie ten mechanizm zbiorowego milczenia staje się jednym z głównych tematów powieści.
Warto podkreślić, że Złorzecze nie jest kryminałem nastawionym na nieustanną akcję. Osoby szukające dynamicznych pościgów i spektakularnych zwrotów wydarzeń mogą poczuć niedosyt. To raczej historia o cierpliwym odkrywaniu warstw dawnych krzywd, rodzinnych tajemnic i wydarzeń, które przez lata wydawały się bezpiecznie pogrzebane. Tempo jest spokojniejsze, ale dobrze współgra z atmosferą opowieści.
Małgorzata Kosak bardzo udanie wykorzystuje również motyw pamięci miejsca. W tej historii przeszłość nie pozostaje zamkniętym rozdziałem. Wraca, wpływa na teraźniejszość i kształtuje losy kolejnych pokoleń. Dzięki temu kryminalna zagadka zyskuje dodatkową głębię, stając się czymś więcej niż zwykłym poszukiwaniem sprawcy.
Złorzecze to debiut, który imponuje dojrzałością. Klimatyczny, gęsty od emocji i bardzo świadomie osadzony w lokalnych realiach. Małgorzata Kosak udowadnia, że wciąż jest miejsce na kryminały budowane przede wszystkim atmosferą, bohaterami i dobrze opowiedzianą historią. A jeśli kolejne części cyklu utrzymają ten poziom, Złorzecze może stać się jednym z ciekawszych adresów na mapie polskiego kryminału.

