Przemysław Piotrowski kojarzony jest przede wszystkim z kryminałem. To nazwisko, które wielu czytelnikom natychmiast przywołuje Igora Brudnego, brutalne śledztwa, mocne tempo i historie, w których człowiek częściej okazuje się potworem niż ofiarą okoliczności. Tym ciekawsze jest więc to, że W ciemnym, głodnym lesie nie próbuje po prostu powtórzyć znanej formuły w nowej scenerii. To nie jest kolejna sprawa do rozwiązania, tylko otwarcie nowej serii skręcającej w stronę horroru, miejscami thrillera, miejscami kryminału, ale przede wszystkim opowieści o przestrzeni, która sama staje się źródłem lęku. Piotrowski wchodzi w Bieszczady nie po to, by zrobić z nich pocztówkowe tło dla zaginięć, lecz by zamienić je w coś wilgotnego, dusznego i głodnego.
Akcja rozgrywa się w Czyśćcu, niewielkiej wsi o nazwie tak wymownej, że trudno byłoby udawać przypadek. To miejsce odcięte od świata nie tylko geograficznie, ale też mentalnie. Mieszkańcy mówią mało, patrzą nieufnie, chowają się za półsłówkami i ostrzeżeniami. Wszyscy zdają się wiedzieć więcej, niż chcą powiedzieć. Wszyscy powtarzają, że do lasu lepiej nie wchodzić. Bo las zabiera i nie oddaje. To zdanie powraca w powieści jak lokalna modlitwa, groźba i wymówka jednocześnie. Jest w nim coś prostego, niemal ludowego, a zarazem skutecznego. Nie tłumaczy niczego, ale natychmiast ustawia ton całej historii.
Do Czyśćca przyjeżdża Nina Bacela, dziennikarka, która ma powód znacznie silniejszy niż zawodowa ciekawość. Przed laty właśnie tutaj zaginęła jej siostra. Sprawa nigdy nie została rozwiązana, a gdy historia zaczyna się powtarzać i w tej samej okolicy znika kolejna młoda kobieta, Nina postanawia wrócić tam, gdzie wszystko się urwało. Oficjalnie prowadzi śledztwo. Nieoficjalnie próbuje rozdrapać ranę, która nigdy się nie zagoiła. To ważne, bo jej determinacja nie bierze się z abstrakcyjnego poczucia sprawiedliwości. Jest osobista, obsesyjna, chwilami nierozsądna i właśnie dlatego pasuje do horroru. W takich historiach bohaterowie rzadko zatrzymują się wtedy, gdy powinni. Gdyby potrafili, nie byłoby opowieści.
Nina nie jest postacią, którą każdy polubi. Bywa impulsywna, uparta, zbyt pewna tego, że musi zrobić kolejny krok, nawet jeśli wszystko wokół krzyczy, że to fatalny pomysł. Momentami podejmuje decyzje typowe dla bohaterek i bohaterów horroru, przy których czytelnik ma ochotę złapać książkę mocniej i powiedzieć: nie idź tam. Ale akurat w tym przypadku ta nierozwaga nie jest całkiem przypadkowa. Piotrowski buduje ją na traumie i poczuciu winy. Nina nie przyjeżdża do Czyśćca jako chłodna profesjonalistka. Przyjeżdża jako ktoś, kto przez lata żył w cieniu czyjegoś zniknięcia. Jej śledztwo jest próbą odzyskania kontroli nad historią, która odebrała jej bardzo dużo.
Największym bohaterem powieści nie jest jednak Nina. Jest nim las. Borek, czyli tytułowy ciemny, głodny las, działa tutaj jak żywy organizm. Nie jest dekoracją, nie jest tylko miejscem akcji ani wygodnym źródłem mroku. Piotrowski opisuje go tak, jakby był czymś czującym, obserwującym i pamiętającym. Mgła, śnieg, wilgoć, trzask gałęzi, cisza między drzewami, dziwne znaki, poczucie, że przestrzeń zmienia się wtedy, gdy człowiek odwraca wzrok. To wszystko składa się na bardzo sugestywną atmosferę. W najlepszych fragmentach naprawdę czuć, że las nie otacza Czyśćca. On na niego naciska. Wchodzi w ludzi, w ich wspomnienia, w ich strach i w to, czego nie chcą wypowiedzieć.
Tu Piotrowski trafia najmocniej. Las w horrorze łatwo sprowadzić do zestawu rekwizytów: ciemność, mgła, odgłosy, kilka legend i ktoś, kto znika za linią drzew. W ciemnym, głodnym lesie wykorzystuje te elementy, ale robi to wystarczająco sugestywnie, by nie brzmiały jak zwykły katalog gatunkowych obowiązków. Autor pozwala przyrodzie stać się czymś niepokojąco cielesnym. Nie tyle pięknym, ile obojętnym na człowieka. A czasem może nawet wrogim. To szczególnie dobrze współgra z Bieszczadami, które w polskiej wyobraźni od dawna funkcjonują jako miejsce ucieczki, tajemnicy i dzikości, ale tutaj nie mają w sobie nic z romantycznego azylu. To raczej teren, w którym łatwo zniknąć i jeszcze łatwiej zostać zapomnianym.
Drugim ważnym filarem powieści jest Czyściec jako społeczność. Mała wieś w horrorze rzadko bywa tylko miejscem zamieszkania. Zwykle jest układem naczyń połączonych, w którym każdy wie o każdym więcej, niż powinien, a milczenie okazuje się formą przetrwania. Piotrowski bardzo dobrze wykorzystuje ten motyw. Mieszkańcy nie są otwarcie pomocni, ale też nie zawsze wyglądają na zwyczajnych złoczyńców. Częściej przypominają ludzi, którzy przez lata nauczyli się żyć obok czegoś, czego nie potrafią albo nie chcą nazwać. Ich ostrzeżenia brzmią jak zabobon, ale także jak praktyczna wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie. Nie idź do lasu. Nie pytaj. Nie wyciągaj tego, co zostało zakopane. W takim świecie tajemnica nie jest wyjątkiem. Jest lokalnym systemem obronnym.
Najciekawsze jest to, że powieść długo utrzymuje napięcie między racjonalnym a nadprzyrodzonym. Nina próbuje myśleć jak dziennikarka, szukać tropów, rozmawiać, łączyć fakty i wydobywać prawdę z ludzi, którzy robią wszystko, by jej nie pomóc. Jednocześnie rzeczywistość wokół niej zaczyna się coraz mocniej przechylać. Pojawiają się sygnały, że to nie tylko sprawa ludzkiej zmowy, dawnych win i lokalnych patologii. Coś w lesie naprawdę może istnieć. A przynajmniej książka bardzo chce, byśmy przez większość czasu nie byli pewni, gdzie kończy się trauma, gdzie zaczyna legenda, a gdzie pojawia się głód czegoś starszego niż sama wieś.
To właśnie z tej niepewności rodzi się najlepszy klimat. W ciemnym, głodnym lesie nie zawsze straszy intensywnie, ale potrafi osaczać. Działa raczej przez narastające poczucie dyskomfortu niż przez gwałtowne uderzenia. Czyściec jest duszny, Borek jest zbyt blisko, mieszkańcy są zbyt milczący, a Nina zbyt zdeterminowana, by wycofać się w odpowiednim momencie. Piotrowski dobrze rozumie, że horror nie musi cały czas podnosić głosu. Czasami wystarczy, że przez kilka rozdziałów pozwoli czytelnikowi poczuć, że coś stoi tuż za linią drzew i cierpliwie czeka.
Nie znaczy to jednak, że powieść jest pozbawiona schematów. Wręcz przeciwnie, wiele jej elementów znamy z innych historii grozy. Mamy małą, zamkniętą społeczność. Mamy bohaterkę z osobistą traumą. Mamy zaginione dziewczyny, lokalne legendy, las jako miejsce zakazane, mieszkańców odpowiadających półsłówkami i śledztwo, które prowadzi głębiej, niż powinno. To wszystko są bardzo rozpoznawalne tropy. Dla jednych będzie to zaleta, bo Piotrowski sprawnie gra gatunkową melodię. Dla innych pewien problem, bo trudno mówić o szczególnej oryginalności samego układu fabularnego. Ta książka nie odkrywa nowego języka horroru. Raczej bardzo sprawnie korzysta z narzędzi, które znamy.
Najwięcej zależy więc od tego, czego czytelnik od niej oczekuje. Jeśli ktoś szuka powieści, która rozbije go zaskoczeniem, może poczuć niedosyt. Niektóre rozwiązania da się przewidzieć, część konstrukcji prowadzi do miejsc dość oczywistych, a sama Nina wpisuje się w typ bohaterki, która z jednej strony napędza akcję, z drugiej potrafi zirytować nieostrożnością. Jeśli jednak najważniejszy jest klimat, duszne miejsce, folk horrorowy posmak i wrażenie, że przyroda skrywa coś starszego od ludzkich win, wtedy W ciemnym, głodnym lesie robi swoje. I robi to bardzo pewną ręką.
Warto docenić też, że Piotrowski nie udaje, iż napisał po prostu kryminał z kilkoma strasznymi ozdobnikami. Owszem, jest tu śledztwo, zaginione osoby, tropy, pytania i próba dotarcia do prawdy. Ale ciężar opowieści przesuwa się wyraźnie w stronę horroru. Nie chodzi tylko o to, kto zawinił. Chodzi o to, co właściwie tkwi w tym miejscu. Czy zło jest ludzkie, nadprzyrodzone, wspólnotowe, odziedziczone, czy może wszystkie te odpowiedzi są po trochu prawdziwe. To dobre pytanie, bo najlepsze opowieści grozy rzadko pozwalają oddzielić potwora od ludzi, którzy nauczyli się z nim żyć.
Piotrowski ma doświadczenie w budowaniu napięcia i tutaj bardzo mu się ono przydaje. Rozdziały prowadzone są sprawnie, informacje pojawiają się w odpowiednich dawkach, a kolejne rozmowy i wejścia w mrok dokładają cegiełki do atmosfery. Nie jest to proza szczególnie wyszukana językowo, ale nie musi taka być. Jej siłą jest rytm, obrazowanie i konkret. Autor potrafi opisać las tak, by nie był tylko zbiorem drzew. Potrafi zbudować scenę, w której zwykły odgłos nagle brzmi podejrzanie. Potrafi też wykorzystać milczenie mieszkańców jako coś znacznie bardziej drażniącego niż otwarta wrogość.
Najbardziej interesujący wydaje mi się początek nowej serii. Horror jako cykl to zawsze ryzykowny pomysł. Kryminał ma naturalną strukturę kontynuacji: kolejna sprawa, kolejny śledczy, kolejne ciało, kolejna tajemnica. Horror częściej działa jako zamknięte doświadczenie. Jeśli trwa zbyt długo, łatwo oswoić potwora. Dlatego pytanie brzmi: co będzie spoiwem następnych tomów? Nina? Czyściec? Las? A może pewien typ zła, który Piotrowski dopiero zaczął odsłaniać? W ciemnym, głodnym lesie zostawia wrażenie otwarcia większej opowieści i pod tym względem skutecznie rozbudza ciekawość.
Nie jest to książka idealna. Bywa przewidywalna, miejscami korzysta z bardzo znajomych rozwiązań, a główna bohaterka może męczyć swoją impulsywnością. Finał również nie każdemu da tak mocne poczucie satysfakcji, jakiego można oczekiwać po długim budowaniu napięcia. Ale jednocześnie trudno odmówić tej powieści atmosfery. Piotrowski wszedł w horror z wyczuciem miejsca, z dobrą intuicją dotyczącą zbiorowego milczenia i z pomysłem na las, który nie jest tylko scenerią, lecz głodnym, pamiętającym organizmem.
W ciemnym, głodnym lesie najlepiej sprawdza się jako duszna opowieść o zaginionych, traumie i społeczności, która od lat żyje z twarzą odwróconą od prawdy. To nie jest horror, który wyważa drzwi. To raczej książka, która powoli je uchyla, wpuszcza chłód, zapach mokrej ziemi i ten szczególny rodzaj ciszy, po którym człowiek zaczyna nasłuchiwać własnego oddechu. Może nie przestraszy każdego, ale wielu czytelnikom zostawi w głowie obraz ciemnej ściany drzew i pytanie, czy naprawdę warto iść dalej, kiedy wszyscy dookoła mówią, żeby zawrócić. Bo las u Piotrowskiego nie musi biec za człowiekiem. Wystarczy, że czeka.

