Hollywood lat pięćdziesiątych wydaje się idealnym miejscem dla zbrodni. Za fasadą elegancji, fleszy i perfekcyjnie wyreżyserowanych uśmiechów można ukryć wszystko. Romans, szantaż, zdradę, nielegalne interesy, a nawet zwłoki jednej z największych gwiazd kina. Max Nightingale rozumie siłę tej scenerii i właśnie dlatego Morderstwo w fabryce snów od pierwszych stron zapowiada się jak rasowy kryminał noir. Problem polega na tym, że książka znacznie lepiej sprzedaje obietnicę śledztwa, niż pozwala je rzeczywiście przeprowadzić.
Powieść jest grą paragrafową, więc czytelnik nie obserwuje detektywa z bezpiecznej odległości. Sam nim zostaje. To od jego decyzji zależy, z kim porozmawia, gdzie poszuka wskazówek i czy dożyje następnego rozdziału. W teorii daje to znacznie większe poczucie uczestnictwa niż klasyczny kryminał. Każdy wybór powinien otwierać nową możliwość, zmieniać przebieg dochodzenia i przybliżać do rozwiązania zbrodni inną drogą.
Pomysł jest kapitalny, ponieważ kryminał i literatura interaktywna pasują do siebie niemal idealnie. Jeden gatunek opiera się na dedukcji, drugi na decyzjach. Czytelnik powinien czuć, że samodzielnie łączy fakty, ryzykuje i bierze odpowiedzialność za własne błędy. Nightingale tworzy jednak konstrukcję, która zbyt często udaje swobodę, choć w rzeczywistości prowadzi odbiorcę po kilku dość wąskich korytarzach.
Punktem wyjścia jest śmierć Blanche Aikerman, hollywoodzkiej gwiazdy i faworytki do nagrody dla najlepszej aktorki. Zostaje zamordowana w luksusowym hotelu Royale Premiere tuż przed galą Golden Star Awards. Lista podejrzanych wygląda obiecująco. Jest potężny producent, ekscentryczny reżyser, zapomniana aktorka, żona gangstera, matka ofiary oraz dyrektor hotelu. Każda z tych osób ma tajemnice, każda mogłaby skorzystać na śmierci Blanche i każda idealnie pasuje do świata, w którym prawda jest kolejnym elementem widowiska.
Tło działa na wyobraźnię. Nightingale korzysta z klasycznych rekwizytów kryminału noir. Mamy podejrzany hotel, telefony wykonywane w ostatniej chwili, gwiazdy żyjące pod presją, ludzi przemysłu filmowego skrywających brudne interesy i bohatera, który trafia pomiędzy wpływowych graczy. Całość czyta się szybko, a język nie komplikuje rozgrywki. Kolejne decyzje podejmuje się niemal odruchowo, szczególnie podczas pierwszego podejścia.
Atmosfera nie zostaje jednak rozwinięta na tyle, na ile pozwalałaby sceneria. Hollywood Nightingale’a jest bardziej dekoracją niż pełnoprawnym światem. Autor pokazuje czerwone dywany, apartamenty i ludzi filmu, ale rzadko zatrzymuje się wystarczająco długo, by zbudować prawdziwe poczucie zepsucia, przepychu i paranoi. Noir jest tu przede wszystkim kostiumem. Eleganckim, rozpoznawalnym, lecz zbyt luźno dopasowanym do historii.
Znacznie poważniejszym problemem okazuje się sama konstrukcja śledztwa. W dobrze zaprojektowanej grze paragrafowej błędna decyzja powinna wynikać z ryzyka, braku informacji albo niewłaściwego odczytania wskazówek. Tutaj często oznacza po prostu natychmiastową porażkę. Detektyw może zginąć, trafić do więzienia lub zakończyć dochodzenie dlatego, że czytelnik wybrał opcję, której autor akurat nie chciał rozwijać.
Takie zakończenia początkowo bawią. Śmierć bohatera bywa absurdalna, gwałtowna i zaskakująca. Przy pierwszej rozgrywce trudno nie docenić bezczelności, z jaką książka potrafi ukarać za ciekawość lub brawurę. Z czasem zaczyna jednak brakować w tym logiki. Czytelnik nie ma poczucia, że przegrał przez własny błąd. Częściej czuje, że otworzył niewłaściwe drzwi i został usunięty z historii, zanim zdążył zrozumieć zasady.
Wybór bez realnego wpływu nie jest wyborem, lecz ozdobnikiem. To najważniejsza wada Morderstwa w fabryce snów. Książka oferuje wiele rozgałęzień, ale niewiele naprawdę odmiennych dróg. Część ścieżek szybko wraca do tych samych wydarzeń, inne kończą się śmiercią, a najważniejsze rozwiązanie pozostaje w dużej mierze niezmienne. Można dotrzeć do niego różnymi trasami, lecz trudno mówić o kilku niezależnych wersjach śledztwa.
W efekcie czytelnik nie tyle odkrywa prawdę, ile próbuje znaleźć drogę zaakceptowaną przez autora. Niektóre decyzje nie prowadzą do nowych informacji, tylko sprawdzają, czy odbiorca wybrał właściwy przycisk. Zamiast analizować dowody, zaczyna odgadywać konstrukcję książki. Zastanawia się nie nad tym, co zrobiłby detektyw, lecz nad tym, która opcja prawdopodobnie pozwoli przejść dalej.
To poważny problem, ponieważ sednem dobrego kryminału jest satysfakcja wynikająca z rozumowania. Czytelnik powinien mieć możliwość popełnienia błędu, ale powinien również wiedzieć, dlaczego się pomylił. Nightingale zbyt często zastępuje dedukcję próbami i powrotami do wcześniejszych fragmentów. Śledztwo zmienia się w test cierpliwości, w którym wiedzę zdobywa się nie dzięki spostrzegawczości, tylko poprzez sprawdzanie kolejnych wariantów.
Na niekorzyść powieści działają również niespójności. Pewne wydarzenia nie zawsze są właściwie uwzględniane w późniejszych fragmentach. Postać, która zginęła na jednej ścieżce, może pojawić się ponownie. Przedmiot znaleziony przez jedną osobę bywa później odkrywany gdzie indziej. Niektóre sceny mają poważne konsekwencje tylko przez chwilę, po czym narracja zachowuje się tak, jakby nigdy do nich nie doszło.
W klasycznej powieści taki błąd natychmiast rzucałby się w oczy. W grze paragrafowej jest jeszcze bardziej dotkliwy, ponieważ rozbija zaufanie do całej konstrukcji. Odbiorca powinien wierzyć, że każda jego decyzja została zapamiętana, a świat reaguje na wcześniejsze działania. Kiedy książka zapomina o własnych zdarzeniach, znika poczucie uczestnictwa.
Interaktywna opowieść wymaga żelaznej dyscypliny, ponieważ czytelnik stale sprawdza jej logikę. Każda ścieżka musi funkcjonować osobno, a zarazem pasować do całości. Nightingale podejmuje się trudnego zadania, ale nie zawsze panuje nad wszystkimi odnogami własnej historii.
Nie oznacza to, że lektura jest pozbawiona przyjemności. Pierwsze podejście potrafi być naprawdę wciągające. Krótkie fragmenty, szybkie decyzje oraz możliwość gwałtownego zakończenia sprawiają, że książkę czyta się z energią. Trudno oprzeć się pokusie ponownego rozpoczęcia śledztwa po niefortunnym finale. Sam format skutecznie budzi ciekawość. Chce się sprawdzić, co kryło się za wyborem odrzuconym kilka stron wcześniej.
Najlepiej działa więc jako lekka gra na jeden lub dwa wieczory. Nie wymaga notatek, tworzenia skomplikowanych teorii ani analizowania każdego zdania. Można wejść do hotelu Royale Premiere, przesłuchać kilka osób, podjąć parę ryzykownych decyzji, zginąć w widowiskowy sposób i zacząć od początku. W takim ujęciu Morderstwo w fabryce snów dostarcza rozrywki.
Gorzej wypada jako kryminał. Zagadka nie jest szczególnie złożona, podejrzani nie otrzymują wystarczająco dużo miejsca, a tropy nie dają czytelnikowi pełnego poczucia prowadzenia samodzielnej analizy. Bohaterowie przypominają figury ustawione w określonych punktach mapy. Producent jest wpływowy, reżyser dziwaczny, diva zgorzkniała, gangsterzy niebezpieczni. Każdy ma wyrazistą funkcję, lecz niewielu zyskuje prawdziwą głębię.
Sama Blanche również pozostaje bardziej zapalnikiem fabuły niż postacią. Jej śmierć uruchamia dochodzenie, ale książka nie zawsze przekonująco pokazuje, kim była i dlaczego tak wiele osób znalazło się w jej otoczeniu. Im słabiej zarysowana ofiara, tym mniej emocjonalny staje się pościg za zabójcą. Pozostaje zagadka techniczna, pozbawiona ciężaru, który mógłby podnieść stawkę.
Nightingale ma niewątpliwie dobry instynkt do tworzenia atrakcyjnych punktów wyjścia. Zamordowana gwiazda, hotel pełen podejrzanych oraz czytelnik w roli detektywa to zestaw, który niemal sprzedaje się sam. W tej książce widać również ambicję i świadomość, że dorosła literatura interaktywna może wyjść poza fantastykę oraz młodzieżową przygodę. Brakuje jednak rozbudowanej sieci konsekwencji, bez której cały eksperyment pozostaje połowiczny.
Największe rozczarowanie wynika nie z tego, że książka jest zła, lecz z tego, jak łatwo wyobrazić sobie jej lepszą wersję. Wystarczyłoby więcej niezależnych dróg, kilka rzeczywiście różnych rozwiązań, dokładniejsze pilnowanie ciągłości zdarzeń oraz większa swoboda w zbieraniu dowodów. Wtedy czytelnik mógłby naprawdę poczuć się jak detektyw, a nie jak uczestnik teleturnieju próbujący trafić w odpowiedź przewidzianą przez prowadzącego.
Morderstwo w fabryce snów sprawdza się jako ciekawostka, szybka rozrywka i przypomnienie, ile frajdy może dawać sam akt podejmowania decyzji. Ma klimat, dobre tempo i pomysł, który natychmiast przyciąga uwagę. Nie wykorzystuje jednak pełnego potencjału własnej formy.
To nie jest śledztwo, podczas którego rozwiązanie wypracowuje się dzięki błyskotliwości. To raczej labirynt, w którym kilka korytarzy prowadzi do tej samej sali, a pozostałe kończą się nagłą śmiercią. Można się przy tym dobrze bawić, szczególnie za pierwszym razem. Trudno jednak nie zauważyć, że największą tajemnicą pozostaje to, jak wiele lepszych historii ukryło się za drzwiami, których autor nigdy naprawdę nie otworzył.

