Narida zdążyła już zajrzeć do miejsc, do których zwykły człowiek nie chciałby trafić nawet w koszmarze. W finale swojej historii musi jednak przekroczyć kolejną granicę, ponieważ tym razem nie walczy o los świata ani równowagę między nadprzyrodzonymi siłami. Walczy o życie przyjaciela. Rimon zostaje zaatakowany, a w jego ciele budzi się pradawna moc, która z każdą chwilą przybliża go do śmierci.
Karolina Ligocka rozpoczyna Ostatnie tchnienie bez długiego przygotowania. Zagrożenie pojawia się niemal natychmiast, a bohaterowie zostają zmuszeni do poszukiwania ratunku w druidzkiej magii, Księdze Czeluści i samym Czyśćcu. Trzeci tom Historii Naridy nie sprawia przy tym wrażenia dopowiedzenia stworzonego wyłącznie po to, by przedłużyć serię. Autorka wykorzystuje finał, aby poszerzyć swoje uniwersum, domknąć relacje rozwijane od początku cyklu i sprawdzić, ile bohaterowie są gotowi poświęcić dla tych, których uznali za rodzinę.
Tym razem w centrum wydarzeń znajduje się Rimon. Tajemniczy atak uruchamia w jego ciele pradawną moc, która stopniowo odbiera mu życie. Narida i jej przyjaciele nie mają czasu do stracenia. Aby go ocalić, muszą odnaleźć odpowiedzi ukryte w druidzkiej magii, zdobyć legendarną Księgę Czeluści i wyruszyć tam, gdzie wcześniej seria jeszcze nie zaglądała, do Czyśćca. To właśnie ten motyw nadaje historii świeżości i pokazuje, że świat stworzony przez Ligocką wciąż potrafi zaskoczyć.
Największą zmianą względem poprzednich tomów jest wyraźne poszerzenie mitologii tego uniwersum. Obok aniołów i demonów pojawiają się elementy celtyckich wierzeń, druidzkiej magii oraz nowe nadnaturalne istoty. Autorka nie dokłada ich jednak wyłącznie dla efektu. Każdy nowy motyw ma swoje miejsce w fabule i naturalnie poszerza świat przedstawiony, dzięki czemu czytelnik ma poczucie, że poznaje kolejne fragmenty większej układanki, a nie przypadkowe dodatki.
To, co od początku wyróżniało Historię Naridy, pozostaje jej znakiem rozpoznawczym także w finale. Fantastyka jest tutaj przede wszystkim tłem dla opowieści o relacjach. Przyjaźń, lojalność i gotowość do poświęceń wybrzmiewają znacznie mocniej niż kolejne starcia czy magiczne pojedynki. Bohaterowie nie walczą dlatego, że wymaga tego scenariusz, ale dlatego, że nie potrafią zostawić bliskich samych. Ta emocjonalna wiarygodność sprawia, że łatwo kibicować całej drużynie.
Podoba mi się również to, że Karolina Ligocka nie próbuje za wszelką cenę komplikować fabuły. Akcja jest dynamiczna, ale nie chaotyczna. Każdy kolejny etap wyprawy wynika z poprzedniego, a napięcie rośnie naturalnie. Nawet kiedy historia zwalnia na chwilę, dzieje się to po to, by bohaterowie mogli wybrzmieć jako ludzie, a nie tylko uczestnicy kolejnej przygody.
Narida przeszła przez całą serię długą drogę i właśnie tutaj najlepiej widać jej przemianę. Nadal kieruje się sercem, nadal bywa impulsywna, ale nauczyła się ponosić odpowiedzialność za własne decyzje. Równie dobrze wypadają pozostali bohaterowie, zwłaszcza Rimon, którego wątek staje się emocjonalnym centrum całej powieści. Cieszy także powrót postaci znanych z wcześniejszych części, bo ich obecność nie jest wyłącznie fanserwisem, lecz daje poczucie domknięcia całej historii.
Ostatnie tchnienie pozostawia po sobie satysfakcję, której często brakuje finałom dłuższych cykli. To zakończenie, które nie opiera się na tanich zwrotach akcji ani dramatycznych sztuczkach. Zamiast tego stawia na emocje, konsekwencję i bohaterów, z którymi łatwo było się zżyć przez trzy tomy. Jeśli taka była intencja autorki, pożegnać Naridę w sposób spokojny, ale pozostawiający ślad, to zdecydowanie się udało.

