Oliver Garland nie żyje już od pierwszych stron, a mimo to przez niemal całą powieść pozostaje jej najważniejszą postacią. Im więcej jego syn dowiaduje się o człowieku, którego uważał za dobrze znanego, tym wyraźniej widać, że największe rodzinne tajemnice nie zawsze rodzą się z kłamstw. Czasem wystarczy przemilczenie, ambicja i kilka decyzji podjętych kilkadziesiąt lat wcześniej. Stephen L. Carter wykorzystuje śmierć emerytowanego sędziego jako punkt wyjścia do opowieści, która z każdym rozdziałem coraz mniej przypomina klasyczny thriller, a coraz bardziej wielowymiarową historię o rodzinie, władzy, pamięci i cenie społecznego awansu.
Po śmierci Olivera Garlanda jego syn Talcott, profesor prawa, otrzymuje pozostawioną przez ojca zagadkę szachową. Początkowo wygląda ona jak osobliwy testament ekscentrycznego prawnika, jednak szybko okazuje się początkiem śledztwa prowadzącego do dawnych politycznych układów, rodzinnych sekretów i wydarzeń sprzed lat, które nigdy nie zostały właściwie wyjaśnione. Carter bardzo długo nie odsłania wszystkich kart. Zamiast pędzić od jednego zwrotu akcji do drugiego, pozwala czytelnikowi powoli zanurzać się w świecie bohaterów, ich relacji i wzajemnych zależności. To książka, która wymaga cierpliwości, ale jednocześnie konsekwentnie wynagradza ją w drugiej połowie.
Talcott Garland nie przypomina typowego bohatera sensacyjnego. Jest człowiekiem wykształconym, refleksyjnym, ostrożnym i bardziej skłonnym do analizowania niż działania. Śledztwo prowadzi przede wszystkim poprzez rozmowy, wspomnienia i próbę zrozumienia ludzi otaczających jego ojca. Dzięki temu zagadka kryminalna schodzi momentami na drugi plan, ustępując miejsca psychologicznemu portretowi rodziny, której członkowie od lat funkcjonowali obok siebie, nie znając siebie tak dobrze, jak im się wydawało. Szczególnie interesująco wypada relacja Talcotta z Oliverem. Ojciec, choć nieobecny fizycznie, właściwie przez cały czas prowadzi narrację z ukrycia, a każda nowa informacja zmienia sposób, w jaki syn patrzy na jego życie.
Równie ważnym elementem pozostaje tło społeczne. Carter nie ogranicza się do samej intrygi, lecz bardzo dużo miejsca poświęca pozycji czarnoskórych elit w Stanach Zjednoczonych, światu prestiżowych uczelni, polityki i wymiaru sprawiedliwości. Nie są to jednak publicystyczne wstawki dopisane na siłę. Wynikają naturalnie z doświadczeń bohaterów i z zawodu autora, który jako profesor prawa doskonale zna mechanizmy funkcjonowania tych środowisk. Dzięki temu Władca Ocean Park staje się czymś więcej niż kryminałem. To również opowieść o odpowiedzialności, moralnych kompromisach i ciężarze rodzinnego nazwiska.
Nie oznacza to jednak, że książka jest pozbawiona wad. Carter zdecydowanie zbyt mocno ufa cierpliwości czytelnika. Początek rozwija się bardzo powoli, a liczne dygresje dotyczące historii, polityki, życia akademickiego czy rodzinnych relacji potrafią skutecznie rozproszyć uwagę. Przez pierwsze kilkaset stron można odnieść wrażenie, że autor bardziej interesuje się analizowaniem świata niż prowadzeniem fabuły. Co ciekawe, większość tych pozornie zbędnych informacji okazuje się później potrzebna, ale nie zmienia to faktu, że tempo narracji bywa momentami wyraźnie zachwiane. To jedna z tych książek, które wymagają od odbiorcy świadomej decyzji, by zaufać autorowi i pozwolić mu opowiedzieć historię na własnych zasadach.
Kiedy jednak wszystkie elementy zaczynają się ze sobą łączyć, trudno nie docenić skali przedsięwzięcia. Carter bardzo sprawnie splata rodzinny dramat z politycznym thrillerem i klasyczną zagadką kryminalną. Każdy kolejny trop prowadzi nie tylko do odpowiedzi na pytanie o śmierć Olivera Garlanda, ale również do odkrywania kolejnych warstw jego życia. To właśnie ten aspekt robi największe wrażenie. Najważniejszą tajemnicą nie okazuje się bowiem to, kto zabił, lecz kim naprawdę był człowiek, którego wszyscy byli przekonani, że znają.
Na uwagę zasługuje również styl autora. Narracja prowadzona w pierwszej osobie jest bardzo gęsta, pełna refleksji, ironii i celnych obserwacji. Carter nie upraszcza języka ani nie podporządkowuje go dynamice akcji. W efekcie powieść chwilami przypomina bardziej literaturę obyczajową niż klasyczny thriller. Nie każdemu taki sposób prowadzenia historii przypadnie do gustu, ale trudno odmówić mu konsekwencji i literackiej jakości.
Zakończenie pozostawiło u mnie pewien niedosyt. Nie dlatego, że brakuje odpowiedzi, lecz dlatego, że po tak rozbudowanej opowieści oczekiwałem mocniejszego finału. Carter stawia bardziej na moralne konsekwencje odkrywanych tajemnic niż spektakularny zwrot akcji. Dla jednych będzie to zaleta, dla innych poczucie, że historia wycisza się zbyt szybko.
Władca Ocean Park nie jest książką, którą pochłania się w dwa wieczory. To powieść wymagająca skupienia, cierpliwości i gotowości na bardzo rozbudowaną narrację. Jeśli jednak zaakceptuje się jej tempo i pozwoli autorowi prowadzić tę partię według własnych zasad, otrzymuje się historię znacznie bogatszą od typowego thrillera. Carter napisał opowieść, w której kryminalna zagadka jest jedynie narzędziem do rozmowy o rodzinie, ambicji, pamięci i dziedzictwie. A właśnie te elementy zostają z czytelnikiem na długo po zamknięciu ostatniej strony.

