Wedge Antilles ma problem, którego nie rozwiąże ani doświadczeniem, ani nazwiskiem. Musi zbudować od nowa Eskadrę Łotrów i zrobić to tak, żeby nie powstała grupa ludzi świetnie prezentujących się na odprawie, tylko jednostka zdolna przeżyć starcie z Imperium dłużej niż kilka minut. Michael A. Stackpole wykorzystuje ten punkt wyjścia bardzo rozsądnie, bo zamiast zaczynać od wielkiej galaktycznej polityki, zaczyna od ludzi, którzy mają wsiąść do X-wingów i sprawić, by wszystko, co ustalili dowódcy, miało jakiekolwiek znaczenie. Eskadra Łotrów jest przez to książką o wojnie opowiedzianej z perspektywy pilotów, ale jeszcze bardziej o budowaniu zespołu z ludzi, którzy często mają więcej talentu niż pokory.
Najważniejszą nową twarzą jest Corran Horn, były funkcjonariusz koreliańskiej służby bezpieczeństwa i człowiek obdarzony wystarczającą pewnością siebie, by momentami można było rozważać, czy jego X-wing w ogóle potrzebuje dodatkowego systemu podtrzymywania życia. Corran jest jednak znacznie ciekawszy niż zwykły archetyp zarozumiałego asa. Stackpole obudowuje go przeszłością, zawodowymi nawykami i wyraźną potrzebą kontroli, dzięki czemu jego problemy z pracą zespołową mają konkretne źródło. Horn obserwuje, analizuje i bardzo szybko wyrabia sobie opinię na temat innych, przy czym własne ograniczenia dostrzega zdecydowanie wolniej. To dobra konstrukcja bohatera prowadzącego serię, ponieważ jego kompetencja nie wyklucza niedojrzałości. Corran potrafi znakomicie latać, podejmować błyskawiczne decyzje i radzić sobie pod presją, a jednocześnie w relacjach z ludźmi bywa człowiekiem, któremu przydałaby się czasem instrukcja obsługi własnego charakteru.
Stackpole dobrze rozumie przy tym, że tytuł zobowiązuje. Walk powietrznych i kosmicznych jest dużo, ale nie są one literackim odpowiednikiem oglądania przez pięćdziesiąt stron, jak ktoś przesuwa joystickiem. Autor potrafi nadać starciom rytm i przestrzeń, a przede wszystkim pokazuje, że dobry pilot nie wygrywa wyłącznie refleksem. Liczy się czytanie sytuacji, ustawienie względem przeciwnika, komunikacja z zespołem, paliwo, osłony, cierpliwość i świadomość, że brawura jest bardzo efektowna przede wszystkim wtedy, gdy ktoś inny później pisze raport o katastrofie. Szczególnie dobrze wypadają symulacje oraz pierwsze wspólne misje, bo pozwalają zobaczyć, jak poszczególni piloci reagują w tych samych warunkach. Stackpole nie musi każdemu urządzać osobnego monologu o osobowości. Wystarczy kilka decyzji podjętych w kokpicie i już wiadomo, kto jest ryzykantem, kto kalkuluje, a kto przy pierwszej okazji próbuje udowodnić coś całej galaktyce.
Wedge jest w tej układance postacią kluczową, choć nie zajmuje całej sceny. To bardzo dobra decyzja. Stackpole bierze bohatera znanego z filmów, gdzie jego obecność była raczej funkcją niż pełnym portretem, i dopisuje mu kompetencję dowódcy, zmęczenie odpowiedzialnością i świadomość, że legenda Eskadry Łotrów potrafi być ciężarem równie skutecznym jak imperialny ostrzał. Wedge musi wybierać najlepszych pilotów, ale szybko okazuje się, że samo latanie nie wystarczy. Zespół potrzebuje ludzi zdolnych do współpracy, a to komplikuje sprawę, bo najlepsi kandydaci mają zwykle bardzo zdrowe przekonanie o własnej wyjątkowości. Wedge jest więc trochę dowódcą, trochę psychologiem, trochę nauczycielem, a czasem człowiekiem zastanawiającym się, dlaczego akurat jemu przypadło zarządzanie grupą osobowości, które w pojedynkę potrafią być świetne, ale razem mogą równie dobrze wygrać bitwę albo doprowadzić go do siwizny.
Największą słabością pierwszego tomu jest to, że nie wszystkim członkom eskadry Stackpole daje tyle samo miejsca. Corran zdecydowanie wysuwa się na pierwszy plan i to jego drogę śledzimy najdokładniej, przez co część pozostałych pilotów pozostaje bardziej obietnicą na przyszłość niż pełnoprawnymi postaciami. Są jednak wyjątki. Tycho Celchu od początku budzi zainteresowanie przez swoją przeszłość i nieufność, jaką wzbudza w otoczeniu, Bror Jace skutecznie wnosi do zespołu odpowiednią dawkę konfliktu, a Gavin Darklighter daje historii bardziej świeżą, mniej cyniczną perspektywę. Stackpole wyraźnie rozstawia pionki pod dalszą część cyklu, więc pewna nierówność jest zrozumiała, ale chwilami naprawdę chciałoby się wiedzieć więcej o ludziach siedzących w pozostałych X-wingach. Szczególnie że sama koncepcja eskadry jako zbiorowego bohatera aż się o to prosi.
Bardzo dobrze działa natomiast polityczne tło. Imperium nie znika wraz ze śmiercią Palpatine’a, bo wielkie systemy mają tę irytującą właściwość, że po utracie przywódcy nie rozpływają się uprzejmie w przestrzeni. Nowa Republika musi dopiero udowodnić, że potrafi przejąć inicjatywę, utrzymać terytorium i stać się czymś więcej niż zwycięską rebelią. Dzięki temu działania Eskadry Łotrów mają podwójne znaczenie. Piloci walczą o konkretne cele militarne, ale jednocześnie są symbolem. Ich sukcesy mają wpływać na morale, przekonywać kolejne światy i pokazywać, że Imperium można pokonać nie tylko raz, w spektakularnym finale filmu, lecz także konsekwentnie, systematycznie i znacznie mniej fotogenicznie. Stackpole dobrze wykorzystuje tę sytuację, bo rozszerza skalę konfliktu bez odbierania pilotom pierwszego planu.
Przeciwnicy również nie są anonimową ścianą imperialnych mundurów. Ysanne Isard pozostaje bardziej siłą działającą w tle, ale już sama jej obecność nadaje konfliktowi większego ciężaru, podczas gdy Kirtan Loor dobrze sprawdza się jako bardziej bezpośredni przeciwnik. Stackpole nie buduje ich jako wcieleń abstrakcyjnego zła. Są ambitni, podejrzliwi, dumni i podatni na błędy, co jest znacznie ciekawsze niż kolejny złoczyńca, który przegrywa wyłącznie dlatego, że przed finałem koniecznie musi wygłosić przemowę. Loor szczególnie dobrze działa w zestawieniu z Corranem, ponieważ ich konflikt wyrasta z przeszłości i osobistych urazów, a nie tylko z tego, że jeden nosi kombinezon pilota Nowej Republiki, a drugi preferuje imperialną administrację.
W książce jest również sporo elementów, które pokazują, jak dobrze Stackpole zna większy świat Gwiezdnych Wojen. Odwołania do wcześniejszych wydarzeń, postaci, miejsc i konfliktów nie wyglądają jak katalog atrakcji dla fana, lecz są wplecione w codzienność bohaterów. To ważne, bo Expanded Universe najciekawiej działało właśnie wtedy, gdy różne historie sprawiały wrażenie części tej samej rzeczywistości, a nie oddzielnych produktów posiadających tylko wspólne logo. Eskadra Łotrów nie potrzebuje Luke’a, Hana czy Lei, żeby przypominać czytelnikowi, gdzie się znajduje. Wedge wystarcza jako łącznik z filmami, a resztę wiarygodności buduje sam świat. Pojawienie się Mirax Terrik czy kolejne szczegóły związane z Korelią nie mają funkcji prostego puszczania oka. Powoli tworzą przestrzeń, w której nowi bohaterowie zaczynają mieć własną historię i własne miejsce.
Nie oznacza to, że powieść nie ma momentów typowo pulpowych. Ma ich sporo i w gruncie rzeczy bardzo dobrze. Relacje bywają prowadzone szybko, niektóre konflikty charakterów są czytelne od pierwszego spotkania, a Corran chwilami otrzymuje od fabuły wyjątkowo dużo okazji do potwierdzania, że rzeczywiście jest świetny. Stackpole balansuje tutaj blisko granicy, za którą bohater przestałby być utalentowany, a zaczął być autorskim ulubieńcem wyposażonym w niewidzialną tarczę ochronną. Na szczęście jego wady są wystarczająco mocno obecne, żeby utrzymać go po właściwej stronie tej granicy. Im bardziej Corran przekonuje się o własnej wartości, tym częściej życie przypomina mu, że w eskadrze nie lata sam. I właśnie ten proces jest ciekawszy niż kolejne zwycięstwa na symulatorze.
Eskadra Łotrów działa więc najlepiej jako otwarcie większej historii. Nie jest powieścią skomplikowaną ani szczególnie zainteresowaną udowadnianiem czytelnikowi swojej literackiej powagi. Zamiast tego bierze jeden z najbardziej efektownych elementów Gwiezdnych Wojen, czyli walki myśliwców, i buduje wokół niego wiarygodną opowieść o ludziach, którzy muszą nauczyć się funkcjonować jako jednostka. Stackpole daje im konflikty, ambicje, historię i odpowiednią dawkę niezdrowej pewności siebie, po czym zamyka wszystkich w bardzo szybkich maszynach uzbrojonych po zęby. Trudno powiedzieć, że jest to przepis szczególnie bezpieczny, ale jako początek serii sprawdza się znakomicie. Eskadra Łotrów nie potrzebuje Jedi, wielkich proroctw ani rodzinnych dramatów Skywalkerów, żeby czuć się jak pełnoprawne Gwiezdne Wojny. Wystarczy Wedge, kilku naprawdę dobrych pilotów i świadomość, że w próżni nawet największe ego nie ma czym oddychać.

