Leia Organa może negocjować w imieniu Rebelii, wydawać rozkazy żołnierzom i zachowywać zimną krew pod imperialnym ostrzałem, ale istnieje jedna sytuacja, do której nie przygotowała jej ani polityka, ani wojna. Co ma powiedzieć ludziom z Alderaana, którzy po zagładzie planety uznali, że wszystkie wcześniejsze zasady straciły znaczenie? Martha Wells właśnie z tego pytania robi najciekawszy element Na krawędzi. Nie z kolejnej potyczki z Imperium, nie z przekomarzanek Hana z Leią i nawet nie z obowiązkowego ratowania Rebelii z tarapatów. Najważniejsze jest spotkanie księżniczki nieistniejącego już świata z ludźmi, którzy przeżyli jego śmierć zupełnie inaczej niż ona.
Akcja rozgrywa się pomiędzy Nową nadzieją a Imperium kontratakuje, kiedy Sojusz Rebeliantów daleki jest jeszcze od organizacji zdolnej regularnie przeciwstawiać się imperialnej machinie wojennej. Powstająca na Hoth baza potrzebuje materiałów, dlatego Leia i Han uczestniczą w misji mającej zapewnić niezbędne dostawy. Oczywiście wystarczy zdrada, imperialny atak i kilka źle układających się okoliczności, żeby względnie proste zadanie zmieniło się w serię coraz bardziej kłopotliwych problemów. Bohaterowie trafiają na tereny kontrolowane przez piratów, a wśród nich Leia odkrywa Alderaanian, którzy po zniszczeniu rodzinnego świata sami zaczęli żyć z grabieży.
Wells bardzo dobrze wykorzystuje fakt, że znamy dalszy ciąg tej historii. Wiemy, dokąd zmierza Rebelia, czym stanie się Hoth, jak rozwiną się relacje bohaterów i kto przeżyje do wydarzeń znanych z filmów. Nie próbuje więc sztucznie przekonywać, że za chwilę odmieni historię galaktyki. Stawka pozostaje stosunkowo niewielka, ale dla uczestników wydarzeń jest całkowicie realna. Rebelianci potrzebują zaopatrzenia, na pokładzie może znajdować się zdrajca, Imperium depcze im po piętach, a wejście pomiędzy pirackie frakcje szybko okazuje się pomysłem równie rozsądnym jak spacerowanie po polu minowym z zamkniętymi oczami.
Najważniejsza pozostaje Leia. Luke pojawia się później i pełni znacznie skromniejszą funkcję, Han dostaje sporo dobrych scen, Chewbacca robi to, czego oczekujemy od Chewbakki, ale Wells nie pozostawia wątpliwości, czyja to historia. Jej Leia nie potrzebuje ceremonialnego podkreślania własnej pozycji. Dowodzi dlatego, że kiedy sytuacja zaczyna się rozpadać, ktoś musi podjąć decyzję. Potrafi improwizować, negocjować i ryzykować, a jednocześnie autorka pozwala zobaczyć koszt tej odpowiedzialności.
Spotkanie z alderaańskimi piratami jest pod tym względem szczególnie dobre. Leia straciła planetę, rodzinę i ogromną część własnej tożsamości, lecz odpowiedziała na to jeszcze większym zaangażowaniem w Rebelię. Inni ocaleni nie musieli dokonać tego samego wyboru. Niektórzy zostali wyrzuceni poza dotychczasowy porządek i przetrwanie uznali za wystarczające usprawiedliwienie dla rzeczy, których wcześniej by nie zrobili. Wells nie tworzy z nich prostych zdrajców. Są raczej niewygodnym przypomnieniem, że wspólna tragedia nie produkuje identycznych ludzi.
Dzięki temu Na krawędzi dotyka czegoś, co filmy z oczywistych powodów mogły jedynie zasugerować. Zniszczenie Alderaana było spektakularnym pokazem potęgi Gwiazdy Śmierci, ale przecież dla Lei nie kończyło się wraz z eksplozją widoczną na ekranie. Pozostawali ocaleni, rozproszeni po galaktyce ludzie pozbawieni domu, politycznej wspólnoty i pewności, że ich kultura będzie miała jakąkolwiek przyszłość. Wells nie zamienia powieści w studium uchodźstwa, lecz wykorzystuje ten temat wystarczająco dobrze, żeby przygoda dostała emocjonalny fundament.
Drugim filarem książki jest Han. Wells bardzo sprawnie trafia w ten konkretny etap rozwoju postaci: Solo pomaga Rebelii, lecz nadal chce zachowywać się tak, jakby właściwie go ona nie obchodziła. To Han stojący jedną nogą po stronie przemytnika dbającego przede wszystkim o siebie, a drugą już po stronie człowieka, który zaczyna mieć ludzi, dla których jest gotów zrobić zdecydowanie więcej, niż sam chciałby przyznać. Jego relacja z Leią pozostaje odpowiednio drażliwa. Jest między nimi napięcie, są docinki i momenty bliskości, ale Wells nie próbuje przedwcześnie doprowadzać ich tam, gdzie znajdą się dopiero później.
Dobrze wypada również piracka część powieści. Zamiast następnej imperialnej instalacji otrzymujemy środowisko, w którym prawie każdy ma własny interes, sojusze obowiązują tylko do chwili pojawienia się lepszej oferty, a negocjacje potrafią być równie niebezpieczne jak wymiana ognia. Szczególnie Viest dobrze pasuje do takiej historii. Jej umiejętność odczytywania zachowania rozmówców utrudnia Lei korzystanie z dyplomatycznych sztuczek i sprawia, że rozmowa może mieć napięcie porównywalne ze sceną akcji.
A tych ostatnich Wells zdecydowanie nie oszczędza. Są walki w przestrzeni, strzelaniny, pościgi, droidy, awarie i kolejne plany ratunkowe przygotowywane mniej więcej wtedy, kiedy poprzednie właśnie widowiskowo przestały działać. Autorka dobrze rozumie przygodowy rytm klasycznych Gwiezdnych wojen. Bohaterowie bardzo często zwyciężają nie dlatego, że wszystko przewidzieli, lecz dlatego, że potrafią szybciej od przeciwnika zareagować na katastrofę. W najlepszych momentach książka ma właśnie tę lekko brudną, awanturniczą energię Starej Trylogii.
Ma to jednak drugą stronę. Nagromadzenie kolejnych niebezpieczeństw sprawia, że środkowa część powieści potrafi zamienić się w ciąg akcji, podczas którego trudno nadać każdemu wydarzeniu odpowiednią wagę. Wells wprowadza również sporą grupę nowych postaci i nie wszystkie zostają na tyle mocno zarysowane, żeby ich dalszy los szczególnie obchodził. Paradoksalnie książka jest najlepsza wtedy, kiedy trochę zwalnia: podczas rozmów Lei z Alderaanianami, jej starć charakterów z Hanem albo negocjacji, w których blaster nie stanowi jeszcze pierwszego argumentu.
Nie jest to również powieść, która zmienia sposób patrzenia na całe Gwiezdne wojny. Jej miejsce w historii uniwersum jest z definicji ograniczone. Na krawędzi wypełnia fragment przestrzeni pomiędzy dwoma filmami i robi to bez pretensji do ustanawiania kolejnego galaktycznego punktu zwrotnego. Dla jednych będzie to wada. Dla mnie raczej zaleta. Zbyt wiele franczyzowych opowieści próbuje wmówić odbiorcy, że właśnie odkryto wydarzenie równie ważne jak wszystko, co znał wcześniej. Wells wystarcza dobra przygoda.
Tym bardziej że potrafi uchwycić bohaterów w momencie, gdy nie są jeszcze wersjami samych siebie znanymi z późniejszych wydarzeń. Luke dopiero nabiera doświadczenia, Han ciągle udaje cynika, a Leia funkcjonuje pomiędzy rolą księżniczki świata, którego już nie ma, a przywódczynią Rebelii, którą coraz wyraźniej się staje. Właśnie ona nadaje tej książce znaczenie większe niż kolejna misja zdobycia zaopatrzenia.
Na krawędzi nie jest ukrytym arcydziełem dawnego Expanded Universe ani niezbędnym rozdziałem sagi. To bardzo solidna, miejscami naprawdę dobra przygodowa powieść ze świata Gwiezdnych wojen, napisana przez autorkę, która rozumie, dlaczego te postacie działają. Najlepszy powód, żeby po nią sięgnąć, jest zresztą prosty: rzadko dostajemy Leię tak wyraźnie wysuniętą na pierwszy plan i jeszcze rzadziej ktoś pozwala jej być jednocześnie polityczką, dowódczynią, ocalałą z Alderaana i kobietą, która nie ma czasu spokojnie przeżyć własnej straty.
Imperium ma w tej historii większe okręty i więcej ludzi. Piraci mają przewagę własnego terenu. Leia ma natomiast tę szczególną przypadłość, która od początku czyniła ją jedną z najlepszych postaci Gwiezdnych wojen: kiedy wszystko idzie źle, zamiast czekać na ratunek, zaczyna wydawać polecenia.

