Graham Masterton nie potrzebuje wiele czasu, żeby przypomnieć, że w jego świecie kamienna dekoracja kościoła może mieć więcej problemów z charakterem niż przeciętny seryjny morderca. Noc gargulców bierze pomysł z Bazyliszka i rozwija go bez większych zahamowań: skoro można przywrócić do życia jedno mityczne stworzenie, dlaczego zatrzymywać się w pół drogi? Tym razem Nathan Underhill pracuje nad feniksem, licząc na medyczne zastosowanie jego niezwykłych właściwości, podczas gdy ktoś inny postanawia ożywić gargulce. Jeden eksperyment ma ratować ludzi, drugi szybko zaczyna produkować zwłoki. Masterton od początku ustawia konflikt bardzo czytelnie i nie udaje, że zamierza prowadzić czytelnika przez labirynt subtelności. Ma potwory, ma szalone badania i ma kilka sposobów na bardzo nieprzyjemną śmierć. Teraz trzeba tylko sprawić, żeby to wszystko zadziałało.
W porównaniu z Bazyliszkiem historia jest przede wszystkim sprawniej rozłożona pomiędzy kilka wątków. Underhill nie musi samotnie dźwigać całej powieści, co wychodzi jej zdecydowanie na dobre, bo profesor jest ciekawszy jako element większej konstrukcji niż człowiek, któremu należy oddać każdą scenę. Jego prace nad feniksem dają Mastertonowi możliwość połączenia fantastyki, pseudonaukowych wyjaśnień i medycyny w proporcjach, które z naukowego punktu widzenia zapewne wywołałyby kilka nerwowych telefonów do odpowiednich komisji, ale w ramach tej historii brzmią wystarczająco przekonująco. Profesor chce wykorzystać komórki feniksa w leczeniu ciężkich poparzeń, więc absurdalny eksperyment zostaje zakotwiczony w bardzo konkretnym ludzkim cierpieniu. To ważne, bo Underhill nie wskrzesza mitycznych stworzeń dla samej satysfakcji zobaczenia, czy mu się uda. Przynajmniej tym razem jego obsesja ma argument, którego nie da się zbyć wzruszeniem ramion.
Znacznie więcej energii wnosi jednak Jenna Pullet. Policyjne śledztwo dotyczące dziwnych zgonów i spadających z nieba kamiennych stworów jest najbardziej naturalnym sposobem wprowadzenia czytelnika w coraz bardziej niedorzeczną sytuację. Jenna zaczyna od świata, w którym dowody powinny mieć sens, zwłoki powinny dawać się zbadać, a pomnik zasadniczo powinien pozostawać tam, gdzie postawił go architekt. Masterton bardzo sprawnie wykorzystuje moment, w którym te zasady zaczynają się sypać. Pullet nie zostaje przy tym sprowadzona do roli policjantki, która po pierwszym niewytłumaczalnym zdarzeniu natychmiast akceptuje istnienie średniowiecznych demonów i pyta tylko, gdzie kupić odpowiednią amunicję. Jej obecność nadaje fabule potrzebny opór wobec fantastyki. Im dziwniejsza robi się sprawa, tym mocniej wybrzmiewa pytanie, jak człowiek przyzwyczajony do racjonalnego świata ma zachować się wobec czegoś, czego racjonalnie wyjaśnić już się nie da.
Sam pomysł na gargulce jest zresztą jednym z największych atutów książki. Masterton dobrze czuje potwory, szczególnie takie, których kulturowy obraz już istnieje i można go jeszcze trochę zepsuć. Gargulce mają znajomą sylwetkę, kojarzą się z gotycką architekturą i czymś, na co zwykle patrzy się z bezpiecznej odległości, z rękami w kieszeniach i przewodnikiem pod pachą. Tutaj przestają być ornamentem. Stają się drapieżnikami, których kamienna natura działa na wyobraźnię znacznie lepiej niż kolejny zestaw kłów i pazurów. Masterton nie potrzebuje szczególnie wyrafinowanej psychologii potwora. Wystarczy mu ciężar, ruch, brutalność i fakt, że coś, co przed chwilą wyglądało jak fragment budynku, nagle uznało człowieka za problem do rozwiązania. Szkoda tylko, że mitologiczne zaplecze gargulców nie zostało rozwinięte szerzej, bo właśnie tutaj książka ma materiał na coś więcej niż sprawny horror sensacyjny.
Masterton pozostaje przy tym Mastertonem, więc gdy pojawia się przemoc, nie ma większego zainteresowania elegancją. Noc gargulców nie straszy przede wszystkim atmosferą. Nie buduje długo niepokoju, nie zmusza do sprawdzania, czy coś stoi w ciemnym korytarzu. Zamiast tego pokazuje konsekwencje kontaktu człowieka z istotą, która nie zna pojęcia umiarkowania. Krew, uszkodzenia ciała i makabryczne zgony są częścią języka tej powieści, czasem aż nazbyt ochoczo eksponowaną. Dla czytelnika znającego autora nie będzie to zaskoczenie. Masterton od dawna wychodzi z założenia, że skoro już ktoś ma umrzeć w horrorze, dobrze byłoby wykorzystać okazję i pokazać, dlaczego chirurg po lekturze mógłby stracić apetyt. Problem w tym, że sama dosłowność nie zawsze przekłada się na grozę. Niektóre sceny są brutalne, ale bardziej odpychające niż naprawdę niepokojące.
Theodor Zauber też nie należy do tych antagonistów, których trzeba długo rozszyfrowywać. Jest odpowiednio bezwzględny, odpowiednio obsesyjny i bardzo szybko daje do zrozumienia, że zainteresowanie tajemną wiedzą nie doprowadziło go do szczególnego rozwoju moralnego. Masterton buduje go na wyraźnym kontraście wobec Underhilla. Obaj przekraczają granicę między nauką a czymś znacznie starszym i mniej bezpiecznym, ale jeden chce wykorzystać odkrycie do leczenia, podczas gdy drugi widzi przede wszystkim władzę i możliwość osiągnięcia własnych celów. To konstrukcja prosta, nawet trochę zbyt prosta, bo Zauberowi brakuje cechy, która uczyniłaby go czymś więcej niż skutecznym producentem kłopotów. Bywa przerysowany, a jego obecność chwilami przypomina, że Masterton bardzo lubi złoczyńców, którzy nie tyle wchodzą do pomieszczenia, ile od razu informują otoczenie, że rozsądek właśnie wyszedł drugim wyjściem.
Znacznie ciekawiej wypada samo przeplatanie wątków. Historia poparzonej dziewczynki, eksperymenty z feniksem, policyjne śledztwo i działania Zaubera stopniowo zaczynają na siebie zachodzić, dzięki czemu powieść utrzymuje przyzwoite tempo bez konieczności ciągłego podnoszenia stawki. Masterton potrafi przeskoczyć do innego bohatera dokładnie wtedy, gdy jeden fragment zaczynałby już ciążyć. To również sprawia, że Noc gargulców czyta się szybko. Autor nie zatrzymuje się na długie analizy, nie każe bohaterom przez trzy rozdziały dochodzić do wniosku, który czytelnik wyciągnął trzydzieści stron wcześniej. Czasem prowadzi to do uproszczeń, szczególnie gdy kolejne postacie muszą zaakceptować coraz bardziej fantastyczne wyjaśnienia, ale przynajmniej książka nie traci własnego rytmu w imię pozornej powagi.
Ciekawym dodatkiem pozostaje Kraków i związane z nim tropy, choć nie jest to powieść, która budowałaby swoją siłę na szczegółowym portrecie miejsca. Polska pojawia się raczej jako część zaplecza mitu i historii niż pełnoprawny bohater. Masterton wyraźnie lubi wykorzystywać realne lokalizacje jako kotwice dla swoich najbardziej niedorzecznych pomysłów, bo dzięki temu łatwiej sprzedać czytelnikowi myśl, że pod znanym kościołem rzeczywiście może znajdować się coś, czego lepiej nie wpisywać do przewodnika turystycznego. W najlepszych fragmentach ta metoda działa. Realne miejsca, historyczne tropy i fikcyjna demonologia mieszają się na tyle sprawnie, że człowiek nie tyle wierzy w całą opowieść, ile na czas lektury godzi się nie zadawać jej zbyt wielu pytań.
Największy problem pojawia się przy finale. Przez znaczną część powieści Masterton cierpliwie dokłada kolejne elementy, buduje zagrożenie i sugeruje, że konfrontacja z gargulcami będzie wymagała czegoś więcej niż jednego dobrego pomysłu. Potem nagle zaczyna się spieszyć. Rozwiązanie przychodzi szybciej, niż powinno, a starcie nie ma ciężaru odpowiadającego temu, jak długo przygotowywano czytelnika na katastrofę. To charakterystyczny rodzaj niedosytu: nie dlatego, że zakończenie jest pozbawione sensu, lecz dlatego, że książka sama wcześniej obiecała coś bardziej efektownego. Gargulce zasługują na finał, po którym kamienne figury na fasadach jeszcze przez jakiś czas wyglądają podejrzanie. Dostają zakończenie sprawne, ale zaskakująco posłuszne.
Noc gargulców pozostaje mimo tego udanym horrorem rozrywkowym, a przede wszystkim wyraźnie sprawniejszą powieścią niż sama prostota jej pomysłu mogłaby sugerować. Masterton dobrze wykorzystuje kilka równoległych historii, ma mocną postać w Jennie Pullet, potrafi uczynić gargulce rzeczywiście paskudnymi stworzeniami i nie próbuje udawać, że napisał traktat o granicach ludzkiego poznania. To książka o naukowcu, feniksie, kamiennych demonach i bardzo złych decyzjach. Trudno oczekiwać większej dyskrecji. Kiedy autor trzyma się tych elementów i pozwala im pracować razem, powstaje opowieść szybka, makabryczna i odpowiednio bezczelna. Nie odbiera snu, ale może sprawić, że podczas następnego spaceru po starym mieście człowiek odruchowo sprawdzi, czy kamienny stwór nad wejściem na pewno siedzi dokładnie tak samo jak pięć minut wcześniej.

