Nathan Underhill chce dokonać czegoś, co brzmi jak grant badawczy napisany po trzech nieprzespanych nocach: wyhodować gryfa, pobrać od niego materiał biologiczny i dzięki temu otworzyć nowe możliwości leczenia chorób, z którymi współczesna medycyna sobie nie radzi. Graham Masterton nie każe długo czekać, aż ambitna kryptozoologia zacznie skręcać w stronę czarnej magii, bo obok Underhilla działa Christian Zauber, człowiek zdecydowanie mniej zainteresowany procedurami etycznymi. Gdy na scenę wchodzi bazyliszek, a Grace, żona Nathana, zapada w śpiączkę, naukowy eksperyment przestaje być ekstrawaganckim projektem i staje się sprawą osobistą. Pomysł jest znakomity w swojej bezczelności. Problem polega na tym, że Bazyliszek znacznie częściej obiecuje ciekawy horror, niż rzeczywiście go dostarcza.
Najlepsze w tej książce jest samo zestawienie dwóch sposobów przekraczania granic. Underhill próbuje dobrać się do mitu metodami laboratoryjnymi, Zauber sięga po alchemię i czarną magię, a Masterton ustawia obu po przeciwnych stronach tego samego pytania: skoro można stworzyć coś, co nigdy nie powinno istnieć, to czy rozsądnie jest zatrzymywać się nad kwestią, czy w ogóle należy? To materiał na znacznie bardziej niepokojącą powieść, niż finalnie otrzymujemy. Zderzenie genetyki z dawnymi wierzeniami ma w sobie coś bardzo charakterystycznego dla Mastertona, bo autor od dawna lubi brać legendę, otrzepać ją z muzealnego kurzu i sprawdzić, ile szkód może wyrządzić współczesnemu człowiekowi. Tutaj jednak naukowa część układanki jest potraktowana dość umownie. Gryfy i bazyliszki istnieją biologicznie, bo fabuła tego potrzebuje, natomiast pytanie, skąd dokładnie wzięto materiał pozwalający je odtworzyć i jak miałoby to działać, zostaje załatwione z grubsza na zasadzie: skoro profesorowi się udało, to najwyraźniej wiedział, co robił.
Nathan zresztą przez sporą część książki nie pomaga w budowaniu sympatii do własnej sprawy. Jest obsesyjny, zafascynowany badaniami i momentami tak zapatrzony w możliwość dokonania przełomu, że ostrzeżenia otoczenia traktuje jak mało elegancki hałas w tle. Dopiero tragedia Grace odbiera mu komfort patrzenia na eksperymenty wyłącznie przez pryzmat naukowego sukcesu. Ten punkt zwrotny działa, choć można odnieść wrażenie, że Masterton mógł znacznie mocniej wykorzystać moralny ciężar sytuacji. Underhill odpowiada przecież za część decyzji, które doprowadziły jego rodzinę do kontaktu z czymś skrajnie niebezpiecznym, a mimo to książka dość szybko przestawia go z pozycji człowieka współodpowiedzialnego za katastrofę na pozycję bohatera, który musi ją naprawić. To wygodne fabularnie, lecz psychologicznie pozostawia niedosyt.
Jeszcze większym problemem jest sam bazyliszek. Stwór posiada wszystko, czego potrzeba, żeby zostać porządnym koszmarem: legendarną reputację, śmiertelne spojrzenie i bardzo długi kulturowy rodowód. Masterton jednak wykorzystuje go bardziej jako element przygodowej fabuły niż źródło grozy. Bazyliszek pojawia się, działa, wyrządza szkody, ale rzadko naprawdę ciąży nad historią. Brakuje scen, w których sama świadomość jego obecności zmieniałaby zachowanie bohaterów albo budowała napięcie przed kontaktem. Potwór jest niebezpieczny, lecz nie szczególnie straszny. To trochę jak sprowadzić smoka na środek miasta, a potem wykorzystać go głównie do blokowania ruchu. Trudno odmówić mu efektowności, ale szkoda potencjału.
Powieść zdecydowanie zyskuje, kiedy akcja przenosi się do Krakowa. Nie dlatego, że Masterton nagle zaczyna tworzyć wielowarstwowy portret miasta, bo do tego mu daleko, ale polska lokalizacja lepiej współgra z legendarnym zapleczem całej historii. Bazyliszek w Krakowie ma naturalniejsze środowisko niż bazyliszek w sterylnym laboratorium, a wykorzystanie miejscowej legendy sprawia, że fantastyczny wątek wreszcie dostaje odrobinę kulturowego ciężaru. Problem w tym, że autor chwilami traktuje Polskę trochę jak zestaw szybko rozpoznawalnych rekwizytów. Są swojskie potrawy, gościnni mieszkańcy, historyczne miejsca i wystarczająco dużo lokalnego kolorytu, żeby czytelnik nie pomylił Krakowa z Filadelfią. Nie ma jednak poczucia, że miasto naprawdę staje się częścią grozy. Służy raczej jako atrakcyjna scenografia dla finałowej gonitwy.
Wątek Patti również wnosi potrzebną świeżość, bo młoda dziennikarka daje Nathanowi dostęp do informacji i pomaga fabule ruszyć w stronę Zaubera, ale sama pozostaje bardziej użyteczna niż naprawdę interesująca. Podobny problem dotyczy części bohaterów pobocznych. Masterton potrafi stworzyć ich szybko, kilka cech wystarcza mu do rozpoznawalności, lecz rzadko daje im przestrzeń, żeby wyjść poza funkcję. W Bazyliszku szczególnie widać, że autorowi zależy przede wszystkim na ruchu historii. Jeśli postać może popchnąć akcję, dostaje wejście. Jeśli spełniła zadanie, kamera bez większego sentymentu idzie dalej. To nadaje książce tempo, ale równocześnie sprawia, że emocjonalne konsekwencje wydarzeń są lżejsze, niż powinny.
I właśnie tempo jest jednocześnie zaletą oraz kłopotem. Bazyliszka czyta się szybko, bo Masterton nie lubi długo stać w miejscu. Wydarzenia pojawiają się regularnie, bohaterowie przemieszczają się sprawnie, a rozdziały nie toną w introspekcji. Tyle że w drugiej połowie zaczyna być czuć, jak książka przyspiesza bardziej, niż pozwala jej własna konstrukcja. Wątki, które mogłyby dostać dodatkowe kilkadziesiąt stron, są domykane bardzo oszczędnie, a finał nie wybrzmiewa tak mocno, jak powinien. Autor potrafi przez znaczną część powieści przekonywać, że mamy do czynienia z czymś pradawnym, niebezpiecznym i trudnym do kontrolowania, a potem rozwiązanie przychodzi z zaskakującą sprawnością. Potwór ma być legendarny, ale najwyraźniej nie otrzymał informacji, że finał też powinien o tym pamiętać.
To sprawia, że Bazyliszek trudno traktować jako horror naprawdę skuteczny. Jest tu przemoc, są mityczne stwory, czarna magia i sytuacje, które w rękach bardziej cierpliwego autora mogłyby przynieść sporo niepokoju, ale sam lęk rzadko staje się najważniejszą emocją. Znacznie częściej działa ciekawość tego, jaki kolejny absurdalnie poważny pomysł Masterton wrzuci do fabuły. Pod tym względem książka bliższa jest fantastycznemu thrillerowi albo pulpowej przygodzie z elementami horroru. Nie musi to być wada, jeśli podejdzie się do niej bez oczekiwania, że bazyliszek będzie spędzał sen z powiek. Bardziej prawdopodobne, że spędzi z czytelnikiem dwa szybkie wieczory i zostawi po sobie kilka pytań o to, dlaczego ktoś przy zdrowych zmysłach uznał hodowanie gryfa za rozsądny projekt naukowy.
Bazyliszek ma więc dobry pomysł, charakterystyczny dla Mastertona zestaw mitologii z nowoczesnością i kilka naprawdę wdzięcznych elementów, ale zabrakło mu rozwinięcia. Głębiej potraktowana legenda, mocniejsze konsekwencje decyzji Nathana, pełniej wykorzystany Kraków i wolniej poprowadzony finał mogłyby zmienić tę historię w znacznie lepszą książkę. W obecnej formie pozostaje sprawnym, momentami bardzo pomysłowym czytadłem, które jednak zbyt często wybiera najkrótszą drogę. Tytułowy potwór potrafi zabić spojrzeniem, ale sama powieść patrzy na czytelnika zdecydowanie mniej groźnie. I chyba właśnie to boli najbardziej.

