Mace Windu zdecydowanie łatwiej sobie radzi, kiedy problem można przeciąć mieczem świetlnym. Nie dlatego, że jest bezmyślnym wojownikiem. Przeciwnie, to jeden z najbardziej zdyscyplinowanych Jedi swojego pokolenia, człowiek przyzwyczajony do kontrolowania emocji, sytuacji i przede wszystkim samego siebie. Steven Barnes w Szklanej czeluści zabiera mu właśnie tę wygodę. Wysyła Mace’a na planetę, której nie rozumie, każe wejść pomiędzy ludzi działających według obcych mu reguł, a przy okazji zmusza do wykonania ostatniej prośby człowieka, z którym za życia wcale nie było mu po drodze.
Qui-Gon Jinn nie żyje. Darth Maul zabił go na Naboo, Jedi próbują zrozumieć pojawienie się Sitha, a Mace pozostaje z dość niewygodnym uczuciem, że stracił człowieka, którego jednocześnie szanował i który regularnie działał mu na nerwy. Qui-Gon miał własne rozumienie Mocy, własne priorytety i nieznośną skłonność do robienia tego, co uważał za słuszne, nawet jeśli Rada Jedi uważała inaczej. Teraz zza grobu zostawia Windu wiadomość. Kiedyś obiecał pomoc mieszkańcom Metagos. Nie może już dotrzymać słowa, dlatego chce, żeby zrobił to Mace. Już sam punkt wyjścia bardzo mi się podoba, ponieważ Barnes nie wykorzystuje Qui-Gona wyłącznie jako fabularnego kuriera dostarczającego zadanie. Jego nieobecność ciąży nad Mace’em. Windu musi niejako wejść w rolę człowieka, którego podejście do bycia Jedi często kwestionował, a następnie przekonać się, dlaczego Qui-Gon w ogóle zaangażował się w sprawy Metagos. Dzięki temu Szklana czeluść zaczyna się od interesującego konfliktu charakterów, mimo że jedna ze stron tego konfliktu już nie żyje.
Sama planeta jest natomiast jednym z tych miejsc w Gwiezdnych wojnach, przy których można przez chwilę zapomnieć, że czyta się Gwiezdne wojny. I mówię to jako komplement. Metagos zostało zniszczone przez katastrofalny rozbłysk słoneczny. Powierzchnia zamieniła się w radioaktywną, zeszkloną skorupę, więc życie zeszło pod ziemię. Barnes nie poprzestaje jednak na pomyśle „podziemnego miasta”. Buduje cały ekosystem z własnymi poziomami społecznymi, gospodarką, dziwaczną fauną, jedwabiem produkowanym przez ogromne stworzenia, grzybami, przestępczymi frakcjami i społecznościami, które przez lata wypracowały sposoby funkcjonowania w miejscu zdecydowanie nieprzyjaznym człowiekowi.
Metagos jest brudne, klaustrofobiczne i trochę surrealistyczne. Im głębiej Mace w nie wchodzi, tym mniej przypomina to klasyczną wizytę Jedi na kolejnej planecie z kantyną, lokalnym gubernatorem i obowiązkową bandą zbirów. Barnes bardzo chce, żeby czytelnik zrozumiał geografię tego miejsca, jego historię, gospodarkę i zależności społeczne. Czasem wręcz za bardzo, ale do tego jeszcze wrócę. W centrum całego konfliktu znajdują się Sa’adowie i KinShan Nightbird. Ich relacja z Metagos wykracza poza zwykłą walkę o przetrwanie. Praktykują Chan-Dree, pozwalające poprzez coś na kształt świadomego śnienia nawiązywać kontakt z żyjącymi wokół istotami. Właśnie tutaj Barnes zaczyna najciekawiej grzebać w Mace’ie. Windu przybywa przecież jako przedstawiciel tradycji przekonanej, że doskonale rozumie duchowy wymiar rzeczywistości. Nagle spotyka ludzi posiadających własną metodę kontaktu ze światem i własny język opisywania doświadczeń, których on nie potrafi po prostu zaszufladkować.
To właśnie Mace, a nie sama kryminalno-polityczna intryga Metagos, jest najlepszym powodem, żeby przeczytać tę książkę. Filmowa trylogia prequeli zrobiła z niego postać niezwykle charakterystyczną wizualnie, ale jednocześnie zaskakująco skąpo opisaną. Samuel L. Jackson miał ekranową charyzmę wystarczającą, żeby Windu zapamiętać, jednak scenariusze rzadko pozwalały zajrzeć mu do głowy. Barnes dostaje kilkaset stron i wykorzystuje je, żeby sprawdzić, co właściwie znajduje się pod tą monumentalną powagą.
Nie zawsze rezultat jest całkowicie zgodny z Mace’em, którego znamy z filmów. Niektóre jego zachowania, szczególnie bardziej osobiste czy emocjonalne, potrafią wywołać lekkie uniesienie brwi. Jest tutaj bardziej otwarty, podatny na wpływ otoczenia i skłonny do działań znajdujących się niebezpiecznie blisko granicy tego, czego spodziewalibyśmy się po jednym z najważniejszych członków Rady Jedi. Paradoksalnie właśnie dzięki temu Barnes ma co analizować. Najlepiej wypada motyw Windu funkcjonującego pod przykrywką jako Solver. Nazwa jest wręcz bezczelnie trafiona. Mace przybywa rozwiązać problem Metagos, lecz bardzo szybko okazuje się, że sam również wymaga pewnego „rozwiązania”. Traci grunt pod nogami, ma problemy ze snem, doświadcza niepokojących wizji i wspomnień, a jego więź z Mocą przestaje być czymś oczywistym. Człowiek, który całe dorosłe życie zbudował na samokontroli, nagle trafia do rzeczywistości wymagającej od niego czegoś więcej niż dyscypliny.
Barnes ciekawie wykorzystuje również Vaapad oraz wojowniczą stronę osobowości Windu. Mace zawsze był interesującym wyjątkiem wśród Jedi. Potrafił być niezwykle agresywnym wojownikiem, jednocześnie pozostając jednym z filarów Zakonu. Szklana czeluść nie próbuje robić z tego taniej historii o „kuszeniu ciemną stroną”. Bardziej interesuje ją pytanie, gdzie przebiega granica między wykorzystaniem przemocy w słusznej sprawie a sytuacją, w której przemoc zaczyna definiować człowieka. Dla Jedi posiadającego umiejętności pozwalające rozwiązać ogromną część konfliktów siłą jest to znacznie ciekawszy problem niż kolejny Sith próbujący przeciągnąć go na swoją stronę.
Metagos dostarcza do takich rozważań idealnego materiału. Planetą w praktyce rządzą przestępcze siły utrzymujące mieszkańców w zależności i strachu. Mace nie może po prostu wejść do ich siedziby, pomachać mieczem i ogłosić wyzwolenia. Zaczyna więc infiltrować miejscowe struktury, poznawać układ sił i manipulować istniejącymi konfliktami. Na pierwszy plan wysuwają się Sybil oraz Chulok. Szczególnie ten drugi jest bardzo starwarsowym pomysłem w najlepszym znaczeniu tego określenia. Chulok nie jest pojedynczą osobą, lecz dwiema zrośniętymi istotami, Chu i Lokiem, funkcjonującymi jako jeden organizm. Jest dziwny, niepokojący i odpowiednio obcy. Sybil wraz ze swoim rojem potomstwa również dobrze pasuje do biologicznej osobliwości Metagos. Nie są to antagoniści na miarę Vadera czy Dooku, ale nie muszą nimi być. Ich znaczenie wynika z lokalnego układu władzy.
Problem w tym, że Barnes wprowadza dużo elementów, frakcji i zależności, a następnie chce dokładnie opowiedzieć właściwie o każdym z nich. Szklana czeluść jest książką bardzo opisową. Autor potrafi zatrzymać akcję, żeby wyjaśnić wygląd przestrzeni, funkcjonowanie konkretnego organizmu albo kolejny aspekt życia mieszkańców. Początkowo działa to świetnie, ponieważ Metagos nabiera dzięki temu fizyczności. Nie jest nazwą planety zapisaną na początku rozdziału. Po kilkuset stronach zaczyna jednak pojawiać się pytanie, czy naprawdę potrzebowaliśmy aż tylu informacji.
Barnes stworzył fantastyczne miejsce, ale chwilami zachowuje się jak przewodnik, który koniecznie chce pokazać nam każdą uliczkę. Przez to środkowe partie potrafią zwolnić, a finał z kolei wpada w przeciwną skrajność. Kiedy nagromadzone konflikty wreszcie eksplodują, dostajemy dużo walki, przemówień, kolejnych starć i bardzo szczegółowo opisywanej przemocy. Sam lubię, kiedy Star Wars przypomina sobie, że miecz świetlny nie jest świecącym kijem do bezpiecznego okładania przeciwników, więc brutalność nie stanowi dla mnie problemu. Gorzej, że końcowa sekwencja trwa odrobinę za długo. Po pewnym czasie kolejne konfrontacje nie zwiększają już napięcia, tylko odsuwają moment postawienia kropki.
Znacznie bardziej zapamiętałem spokojniejsze fragmenty, zwłaszcza związane z Sa’adami, Chan-Dree i stopniowym rozmontowywaniem pewności siebie Mace’a. Dobrze wypada również Maya-12, droidka, której Barnes pozwala być czymś więcej niż mechanicznym dostawcą żartów czy informacji. Podobnie Vin-Vin oraz część zwyczajnych mieszkańców pomagają pokazać, że działania Windu mają znaczenie nie tylko na poziomie pojedynku Jedi z kolejnym przeciwnikiem. Jego obecność zaczyna zmieniać sposób myślenia ludzi przyzwyczajonych do tego, że istniejącego porządku nie można ruszyć.
I właśnie tutaj Szklana czeluść najbardziej przypomina dobre historie ze starego Expanded Universe. Nie dlatego, że Barnes kopiuje Timothy’ego Zahna czy inne klasyczne powieści. Chodzi raczej o swobodę. Autor dostaje znaną postać, wysyła ją gdzieś daleko od filmowych lokacji i buduje wokół niej własny kawałek galaktyki. Nie musi co trzy rozdziały przypominać nam o Skywalkerach, Tatooine czy kolejnej postaci pojawiającej się na ekranie przez piętnaście sekund. Metagos może być po prostu Metagos.
Ma to oczywiście drugą stronę. Kto szuka książki mocno związanej z główną historią galaktyki, może się rozczarować. Nie jest to brakujący rozdział między Mrocznym widmem a Atakiem klonów, którego znajomość nagle zmieni sposób patrzenia na prequele. Stawka jest przede wszystkim lokalna. Najważniejsze rzeczy dzieją się wewnątrz Windu, a nie na mapie politycznej Republiki. Dlatego ostatecznie moje odczucia wobec Szklanej czeluści są pozytywne, choć książce przydałby się bezlitosny redaktor z czerwonym długopisem. Steven Barnes stworzył jedną z bardziej osobliwych planet współczesnego literackiego Star Wars i rzeczywiście próbuje zrobić z Mace’em Windu coś więcej niż posadzić Samuela L. Jacksona na okładce. Bywa rozwlekły, finał przeciąga, nie wszystkie decyzje dotyczące charakteru Jedi kupuję bez zastrzeżeń, ale przynajmniej jest tutaj jakaś autorska wizja.
A tego od książek z odległej galaktyki chcę chyba bardziej niż kolejnego bezpiecznego spaceru po miejscach, które znam już na pamięć. Szklana czeluść momentami męczy, czasem dziwi, kilka razy każe zastanawiać się, czy Mace naprawdę zachowałby się właśnie w ten sposób. Tyle że nawet kiedy Barnes przesadza, przesadza z pomysłem. Wolę pięćset stron dziwnego Metagos od pięciuset stron nostalgicznego odtwarzania Gwiezdnych wojen, które już kiedyś dostałem.

