Bajarz mógłby poprosić wiatr, żeby obleciał biblioteki całej krainy, podejrzał zgromadzone tam historie, a następnie przyniósł mu najlepsze kawałki. Wystarczyłoby je odpowiednio połączyć i nowa opowieść właściwie napisałaby się sama. Nie robi tego. Wie, że takie dzieło przypominałoby ognisko odbite w lustrze: wyglądałoby znajomo, może nawet pięknie migotało, ale nie dawałoby ciepła. Ten niewielki fragment Baśni o Bajarzu dobrze tłumaczy właściwie cały album. Grzegorz Janusz i Ernesto Gonzales opowiadają bowiem nie tylko kilka baśni, lecz przede wszystkim zastanawiają się, skąd historie biorą swoje ciepło i dlaczego w ogóle są nam potrzebne.

Zanim jednak można zacząć snuć opowieści, trzeba mieć gdzie się zatrzymać. Bajarz długo podróżował, przemierzał krainy i morza, aż w końcu osiadł w wiosce o wdzięcznej nazwie Tchnienie. Nie przybywa tam jako czarodziej z zadaniem do wykonania ani bohater oczekujący kolejnej wyprawy. Jego zajęciem jest opowiadanie. Mieszkańcy przychodzą do niego, a on odpowiada historiami na rzeczy większe i mniejsze. Czasem trzeba komuś poprawić humor, czasem oswoić gniew, bezsenność albo przemijanie. Baśń staje się więc nie ucieczką od codzienności, lecz sposobem na przyjrzenie się jej z bezpiecznej odległości.
Już sama forma albumu podporządkowana została takiemu pomysłowi. Baśń o Bajarzu nie jest typowym komiksem z regularnymi kadrami, dialogami i akcją rozwijaną za pomocą kolejnych sekwencji. Dymków jest niewiele, tekst pojawia się przede wszystkim pod ilustracjami, a poszczególne strony przypominają momentami książkę obrazkową albo bogato ilustrowaną gawędę. Nie traktowałabym tego jako formalnego dziwactwa. Bajarz przecież opowiada, a Janusz i Gonzales próbują odtworzyć rytm takiego opowiadania również na papierze.
Dlatego album nigdzie się nie spieszy. Tekstu jest niewiele, ilustracje dostają dużo miejsca, a kolejne opowieści można smakować zamiast połykać. Dla młodszego czytelnika oznacza to książkę przystępną również podczas wspólnego czytania z dorosłym. Dla starszego pojawia się przestrzeń na rzeczy, których dziecko niekoniecznie odczyta w taki sam sposób. I właśnie w tej różnicy perspektyw Baśń o Bajarzu robi się szczególnie interesująca.
Janusz nie próbuje pisać dzieciom wykładu o emocjach przebranego dla niepoznaki za bajkę. Bezsenność, przemijanie czy gniew pojawiają się naturalnie, ponieważ należą do życia mieszkańców Tchnienia. Bajarz również nie przybiera pozy wszechwiedzącego mędrca, który na każdy problem wyciąga z kieszeni stosowny morał. Odpowiada opowieścią. Czasami absurdalną, czasami melancholijną, innym razem zwyczajnie zabawną. Nie tłumaczy odbiorcy, co ma z niej wynieść, dzięki czemu zostawia miejsce na własną interpretację.
To ważne zwłaszcza w książce, która chce trafić jednocześnie do dzieci i dorosłych. Podwójny adresat często oznacza kilka dowcipów przeznaczonych dla rodziców ukrytych ponad głowami najmłodszych. Tutaj działa to subtelniej. Dziecko może śledzić baśniową anegdotę, podczas gdy dorosły zobaczy pod nią temat, który zna już z własnego doświadczenia. Nie oznacza to jednak dwóch oddzielnych książek. Raczej tę samą historię oglądaną z miejsc oddalonych od siebie o kilkadziesiąt lat życia.
Janusz pozwala sobie również na humor i zabawę językiem. Niektóre dialogi mają absurdalny rytm kojarzący się z klasyką polskiego komiksu, szczególnie z Tadeuszem Baranowskim. Dzięki temu Tchnienie nie zmienia się w przesadnie eteryczną krainę zamieszkaną wyłącznie przez postacie mówiące aforyzmami. To byłoby największe zagrożenie dla podobnej książki: kilka stron więcej poetyckiego zadumania i człowiek zaczyna tęsknić za kimś, kto potknie się o wiadro. Autorzy szczęśliwie wiedzą, kiedy spuścić z baśni trochę powietrza.
Najwięcej miejsca zostaje jednak dla samego opowiadania i tutaj wracam do wspomnianego na początku ogniska. Scena dotycząca tworzenia nowych historii jest interesująca sama w sobie. Bajarz odrzuca możliwość mechanicznego przeszukiwania istniejących opowieści i składania z ich fragmentów czegoś pozornie nowego, ponieważ rozumie różnicę między podobieństwem a doświadczeniem. Historie powstają z wyobraźni, marzeń, przeżyć i sposobu patrzenia człowieka, który je tworzy. Sama sprawność w układaniu elementów jeszcze tego nie zastępuje.
Ogromna część tego ciepła pochodzi z rysunków Ernesto Gonzalesa. Jego ilustracje nie pełnią funkcji grzecznego dodatku do tekstu Janusza. Skoro słów jest stosunkowo mało, obraz musi przejąć sporą część narracji, nastroju i charakterystyki świata. Tchnienie dzięki temu rzeczywiście staje się miejscem, w którym chce się trochę pobyć. Gonzales potrafi przechodzić od humoru do bardziej melancholijnych tonów bez poczucia, że album nagle zmienił autora albo odbiorcę.
Taka konstrukcja ma również swoje ograniczenia. Czytelniczka lub czytelnik oczekujący klasycznego komiksu, zwartej fabuły i wydarzeń wynikających bezpośrednio jedne z drugich może długo czekać na moment, w którym Baśń o Bajarzu zacznie zachowywać się zgodnie z tymi oczekiwaniami. Nie zacznie. Epizodyczność jest częścią jej charakteru, podobnie jak niespieszność. To bardziej książka do zatrzymywania się przy kolejnych historiach niż album, przy którym przerzuca się strony, żeby koniecznie sprawdzić, co wydarzy się za chwilę. Nie jestem jednak przekonana, czy należałoby ją z tego powodu zamykać wyłącznie na półce dziecięcej. Wiele współczesnych książek dla najmłodszych bardzo pilnuje, żeby czegoś nauczyć, coś przepracować albo wyjaśnić odpowiednią emocję. Janusz i Gonzales proponują coś bardziej staroświeckiego i chyba właśnie dlatego sympatycznego: siadają z czytelnikiem i opowiadają mu historie. Sens pojawia się przy okazji.
Baśń o Bajarzu jest więc trochę komiksem, trochę zbiorem gawęd, a przede wszystkim książką o samym akcie opowiadania. O tym, że historie mogą uspokajać, rozśmieszać, pomagać nazwać coś niewygodnego i zostawać z człowiekiem długo po zamknięciu okładki. Nie dlatego, że ktoś znalazł idealny zestaw słów i obrazów, lecz dlatego, że wcześniej miał coś własnego do powiedzenia. Bajarz dobrze wie, że odbicie ogniska nie ogrzeje dłoni. Janusz i Gonzales najwyraźniej też. I dlatego zamiast stawiać przed czytelnikiem lustro, dokładają trochę drewna do ognia.



