Kasandra wie, że nadchodzi katastrofa. Problem w tym, że wiedza o katastrofie nie daje jej żadnej szczególnej władzy. Można zobaczyć przyszłość i nadal nie potrafić przekonać do niej innych. Można ostrzec bliskich, a potem patrzeć, jak podejmują dokładnie te decyzje, których konsekwencje już się widziało. Można wreszcie przewidzieć śmierć, wojnę i zniszczenie, ale nie otrzymać żadnej instrukcji, jak im zapobiec. Magda Knedler bierze więc imię swojej bohaterki bardzo serio. W dwóch tomach Kasandry w ruinach jasnowidzenie nie jest efektownym nadnaturalnym dodatkiem do powieści historycznej, lecz jednym z najbardziej okrutnych ciężarów, jakie można nałożyć na człowieka żyjącego w czasach, gdy najgorsze przeczucia mają wyjątkowo duże szanse się spełnić.
Pierwszy tom rozpoczyna się w Warszawie po upadku powstania. Staszek przemierza ruiny, próbując dowiedzieć się, co stało się z ukochaną. Łapie się strzępków informacji o dziwnej kobiecie prowadzącej niewidomego ojca przez zniszczone miasto, wypytuje ocalałych i nie chce przyjąć najbardziej oczywistej odpowiedzi. Jednocześnie uczestniczy w ratowaniu bezcennych książek, rękopisów i innych zbiorów skazanych przez Niemców na zniszczenie. Knedler szybko ustawia więc dwa najważniejsze poszukiwania tej dylogii. Staszek chce ocalić człowieka, którego kocha, ale wokół niego inni próbują ocalić pamięć świata, który właśnie przestał istnieć.
Druga płaszczyzna czasowa cofa nas do młodości Kasandry i to ona początkowo zainteresowała mnie bardziej. Bohaterka dorasta w toksycznej rodzinie, w której trudno znaleźć poczucie bezpieczeństwa, za to znacznie łatwiej natknąć się na oczekiwania dotyczące tego, jak powinna zachowywać się młoda kobieta. Kasandra niespecjalnie zamierza się do nich dostosowywać. Chce się uczyć, kocha książki, myśli samodzielnie i nie posiada talentu do udawania potulności dla świętego spokoju. Jednocześnie odziedziczyła po ojcu zdolność widzenia tego, czego inni jeszcze zobaczyć nie mogą.
Podobało mi się, że Knedler nie zamienia tego daru w wygodne narzędzie fabularne. Kasandra nie otrzymuje przyszłości w postaci czytelnego komunikatu z datą, miejscem i listą rzeczy do zrobienia. Przeczucia i sny są niepokojące, czasami fragmentaryczne, a przede wszystkim obciążające. Nawet pewność, że coś się wydarzy, nie oznacza przecież możliwości powstrzymania tego wydarzenia. Im bliżej wojny, tym mocniej dar przypomina przekleństwo. Gdy człowiek wie, że nadchodzi coś złego, ale nie potrafi sprawić, żeby inni mu uwierzyli, zaczyna rozumieć, dlaczego mitologiczna Kasandra nie miała łatwego życia.
Knedler ciekawie wykorzystuje przy tym okres poprzedzający wojnę. Część historii rozgrywa się w Wiedniu, gdzie Kasandra studiuje bibliotekarstwo i obserwuje rzeczywistość coraz mocniej podporządkowywaną nazistowskiej ideologii. Autorka nie ogranicza się do najbardziej oczywistych znaków nadchodzącej katastrofy. Istotne miejsce zajmuje między innymi wątek dzieci trafiających do wiedeńskiej Kliniki Pedagogiki Leczniczej oraz postać Hansa Aspergera. Historia eugeniki, selekcjonowania ludzi według ich rzekomej przydatności i nazistowskiego podejścia do osób odbiegających od ustanowionej normy należy do najbardziej niepokojących fragmentów obu tomów. Tym bardziej że fantastyczny element powieści okazuje się tutaj zupełnie niepotrzebny. Najgorszych rzeczy dokonują ludzie bez pomocy jakiejkolwiek nadprzyrodzonej siły.
To zresztą ważna cecha całej dylogii. Jasnowidzenie Kasandry dodaje historii szczególnego fatalizmu, ale Knedler pozostawia zasadniczą część opowieści mocno zakotwiczoną w rzeczywistości. Nazizm nie jest abstrakcyjnym złem pojawiającym się pewnego dnia w pełnej postaci. Obserwujemy jego narastanie, przenikanie do codzienności, języka i sposobu myślenia. Ideologia pozwala ludziom najpierw podzielić innych na lepszych i gorszych, później uznać część z nich za zbędnych, a w końcu usprawiedliwić działania, które wcześniej wydawałyby się niewyobrażalne.
Drugi tom przesuwa ciężar opowieści jeszcze mocniej w stronę wojny. To właściwie dalsza część tej samej historii, dlatego oba tomy znacznie lepiej traktować jako jedną powieść przeciętą w połowie niż dwie całkowicie samodzielne książki. Pierwsza część przygotowuje bohaterów i pokazuje świat przed katastrofą, druga pozwala zobaczyć, co katastrofa z nimi zrobiła. Dopiero razem tworzą pełny łuk opowieści o Kasandrze i Staszku.
Wojenna Warszawa została przedstawiona bez romantycznego filtra. Powstanie oznacza tutaj przede wszystkim coraz większe zmęczenie, głód, strach, śmierć oraz rozpadające się miasto. Knedler dobrze radzi sobie z fizycznością ruin. Pył, chłód, dym, zapach zniszczenia i nieustanne poczucie zagrożenia sprawiają, że Warszawa nie jest tylko historyczną nazwą miejsca akcji. Stopniowo zamienia się w przestrzeń, w której normalność przestaje obowiązywać. Jeszcze bardziej gorzkie jest to, że wraz z odejściem Niemców bezpieczeństwo nie wraca automatycznie. Pojawienie się Rosjan rozpoczyna po prostu kolejną rzeczywistość, w której trzeba nauczyć się poruszać ostrożnie.
Na tym tle relacja Kasandry i Staszka została poprowadzona z potrzebną powściągliwością. Nie mamy tu romansu, który próbuje konkurować dramatyzmem z wojną. Oboje chcieliby przede wszystkim czegoś bardzo nieefektownego: zwyczajnego życia. Właśnie dlatego ich uczucie działa. Wojna nie jest dla niego malowniczą przeszkodą, lecz siłą odbierającą możliwość planowania czegokolwiek dalej niż do następnego dnia. Kiedy bohaterowie zostają rozdzieleni, poszukiwania Staszka nabierają znaczenia nie dlatego, że mają stworzyć romantyczny suspens, lecz dlatego, że stają się jego sposobem na odmowę pogodzenia się z kolejną stratą.
Jeszcze mocniej zapamiętałam jednak książki. W świecie Kasandry w ruinach człowiek może ryzykować życie, żeby wynieść ze zniszczonego miasta rękopis albo starodruk. Z dzisiejszej perspektywy łatwo zapytać, po co ratować papier, kiedy wokół giną ludzie. Knedler bardzo dobrze pokazuje, że to fałszywe przeciwstawienie. Planowe niszczenie zbiorów jest również próbą unicestwienia wspólnoty, tyle że rozciągniętą poza śmierć pojedynczych osób. Jeśli znikną książki, dokumenty i świadectwa, znika część pamięci o tych, którzy byli wcześniej. Ratowanie bibliotek staje się więc jeszcze jednym rodzajem oporu.
Ten motyw wyjątkowo dobrze współgra z zawodem i charakterem Kasandry. Jej miłość do książek nie jest sympatycznym dodatkiem mającym ułatwić czytelniczkom polubienie bohaterki. Słowo, pamięć i możliwość przekazywania doświadczenia dalej należą do fundamentów całej historii. Kasandra widzi przyszłość, ale jednocześnie zajmuje się tym, co pozwala zachować przeszłość. W tym zestawieniu kryje się jedna z ciekawszych ironii dylogii: bohaterka zostaje rozciągnięta pomiędzy tym, co dopiero nastąpi, a tym, czego za wszelką cenę nie wolno pozwolić wymazać.
Nie wszystkie elementy działają równie dobrze. Miejscami dialogi brzmią dla mnie odrobinę zbyt współcześnie i wybijają z historycznej atmosfery, którą autorka poza tym buduje bardzo konsekwentnie. Konstrukcja czasowa również wymaga początkowo uwagi, szczególnie że Knedler długo pozostawia pomiędzy poszczególnymi okresami puste miejsca. Z czasem właśnie ich uzupełnianie zaczyna jednak przynosić satysfakcję. Drugi tom odpowiada na pytania pozostawione przez pierwszy i sprawia, że sceny znane z początku dylogii można zobaczyć już z pełniejszą wiedzą o tym, co doprowadziło bohaterów do ruin Warszawy.
Mam natomiast pewne zastrzeżenie do samego podziału historii. Dwa tomy po około trzysta stron zachowują się bardziej jak dwie połowy jednej książki niż osobne powieści. Pierwsza część kończy się z dużym niedosytem, druga podejmuje jej wątki właściwie bez potrzeby ponownego rozpędzania całej opowieści. Czytane bezpośrednio po sobie działają znakomicie, ale tym bardziej trudno pozbyć się wrażenia, że naturalniejszym kształtem dla Kasandry w ruinach byłaby jedna obszerna powieść.
Najbardziej cenię jednak Knedler za to, że przy całym ciężarze historycznym nie zamienia swoich bohaterów w przewodników po epoce. Kasandra, Staszek i pozostałe postacie nie istnieją po to, żeby oprowadzać czytelniczkę od jednego ważnego wydarzenia do drugiego. Mają własne relacje, urazy, pragnienia, błędy i rzeczy, których nie potrafią sobie wybaczyć. Historia wdziera się w ich życie, niszczy plany i wymusza decyzje. Dzięki temu informacje dotyczące eugeniki, okupacji, powstania czy ratowania zbiorów nie sprawiają wrażenia dopisanych do fabuły po zakończeniu researchu.
Dobrze wypada także sposób, w jaki oba tomy obchodzą się z fatalizmem. Skoro Kasandra może zobaczyć przyszłość, naturalnie pojawia się pytanie, czy da się ją zmienić. Knedler nie udziela na nie prostej odpowiedzi. Przyszłość pozostaje niepewna, a wiedza o możliwym nieszczęściu potrafi być równie paraliżująca jak niewiedza. Znacznie ważniejsze staje się więc to, co człowiek robi mimo świadomości, że może przegrać. Czy ostrzega innych. Czy pomaga. Czy próbuje ocalić ukochaną osobę. Czy wynosi książkę z płonącego miasta, chociaż całego miasta uratować już nie zdoła.
Właśnie tutaj Kasandra w ruinach najmocniej odchodzi od zwykłej opowieści o jasnowidzce. Kasandra może zobaczyć, co zostanie zniszczone, lecz samo widzenie niczego jeszcze nie ocala. Staszek nie posiada żadnego nadnaturalnego daru, a mimo to uparcie przeszukuje ruiny i ratuje to, co jeszcze można uratować. Ostatecznie ważniejsze od przewidywania przyszłości okazuje się działanie w teraźniejszości.
Po dwóch tomach zostałam więc nie tyle z obrazem bohaterki przepowiadającej katastrofę, ile z ludźmi grzebiącymi w jej pozostałościach. Jedni szukają bliskich, inni książek, jeszcze inni sposobu, żeby po tym wszystkim ponownie zacząć żyć. Ruiny w tytule są ruinami Warszawy, ale również rodzin, przekonań i całego przedwojennego porządku. Magda Knedler nie udaje, że wszystko można z nich odbudować. Pozwala jednak swoim bohaterom sprawdzić, co mimo wszystko da się jeszcze wynieść spod gruzu. I właśnie w tym, bardziej niż w wizjach Kasandry, znajduje się nadzieja tej historii.

