Prehistoria Alberta Moravii nie ma zbyt wiele wspólnego z prehistorią, której uczy się w szkole. Nikt tutaj nie zastanawia się szczególnie nad ewolucją, geologią ani tym, czy konkretny gatunek rzeczywiście mógł spotkać inny gatunek przy najbliższej rzece. To świat wcześniejszy od naszego przede wszystkim dlatego, że wszystko dopiero próbuje ustalić, czym właściwie jest. Żyrafa może nie wiedzieć, że jest żyrafą, wieloryb marzy o odpowiednich rozmiarach, pingwin dochodzi do niezwykle pewnych siebie wniosków na temat właściwości lodu, a zwierzęta zakochują się, obrażają, przechwalają i komplikują sobie życie z taką skutecznością, że trudno oprzeć się podejrzeniu, iż człowiek pojawił się później tylko po to, żeby doprowadzić tę sztukę do perfekcji.
Opowieści z prehistorii powstały pod koniec długiej kariery pisarskiej Moravii i są czymś wyraźnie innym od jego najbardziej znanych powieści. Nie ma tutaj ciężaru psychologicznej prozy obyczajowej, analiz rozpadu relacji ani dusznej obserwacji mieszczańskiego świata. Jest za to kilkadziesiąt krótkich historii przypominających bajki, w których zwierzęta otrzymują ludzkie pragnienia, kompleksy i przywary, zachowując przy tym charakterystyczne cechy własnych gatunków. Rezultat jest lekki, czasami absurdalny i bardzo zabawny, ale lekkość okazuje się sprytnym kamuflażem. Bo Moravia właściwie przez cały czas pisze o człowieku.
Jego prehistoryczne stworzenia cierpią z powodów wyjątkowo współczesnych. Chcą być kimś innym, niż są. Marzą o tym, czego nie posiadają. Zazdroszczą, zakochują się niewłaściwie, przeceniają własny rozum, nie potrafią zaakceptować wyglądu albo budują wielkie teorie na podstawie bardzo małej wiedzy. Autor bierze jedną cechę zwierzęcia, obraca ją w ludzką wadę lub pragnienie i pozwala, aby z tego drobnego pomysłu wyrósł cały komiczny dramat. Najlepszy dowcip tej książki polega na tym, że zwierzęta są niedorzeczne dokładnie w taki sam sposób jak my.
Świetnie widać to już w historii małej Żyra Finki, która nie wie, jak wygląda. W świecie pozbawionym lustra można przecież dojść do najróżniejszych wniosków na własny temat. Bohaterka przypisuje sobie kolejne tożsamości, próbując rozpoznać siebie poprzez obserwowanie innych stworzeń. Pomysł jest bajkowo prosty, ale pod nim kryje się bardzo dorosłe pytanie o to, skąd właściwie wiemy, kim jesteśmy. Z własnego doświadczenia, z opinii otoczenia, z porównań, a może dopiero wtedy, gdy ktoś podsunie nam odpowiednio wypolerowane zwierciadło?
Moravia nie rozwija takich tematów w filozoficzne wykłady. Rzuca pomysł, pozwala bohaterowi zrobić z siebie głupca, czasem prowadzi sytuację do smutnego finału i przechodzi dalej. Dzięki temu kolejne opowieści zachowują tempo i nie stają się moralitetami, mimo że prawie każda ma pod powierzchnią jakąś obserwację dotyczącą ludzkiego zachowania. Podobnie działa Wa Leńko, który nie potrafi pogodzić się z własnymi rozmiarami i marzy o tym, żeby stać się większy. Samo pragnienie brzmi niewinnie, ale mechanizm jest doskonale znajomy. Człowiek również rzadko zadowala się tym, czym jest w danym momencie. Chce być piękniejszy, bogatszy, ważniejszy, bardziej zauważalny. Zmieniają się tylko środki, za pomocą których próbuje osiągnąć upragnioną wersję siebie. Takich miniaturek jest tutaj wiele. Jedne bawią na poziomie językowego żartu, inne opierają się na niedorzeczności sytuacji, jeszcze inne kończą się zaskakująco gorzko. Wspólnym mianownikiem pozostaje przekonanie, że natura stworzyła zwierzęta różne, lecz Moravia bardzo chętnie wyposaża je w ten sam zestaw problemów.
Szczególnie wdzięczny materiał daje mu miłość. Dzik może pokochać rybę, stary Pan Sowa ma uczucia do młodej bociani, a niezbyt przyjemnie pachnący Szak Allik wzdycha do arystokratycznej Dżi Raffki. Sam dobór par wystarcza, żeby wyczuć kierunek żartu, ale autor nie zatrzymuje się na komizmie niedopasowania. Interesuje go uczucie, które nie przejmuje się biologicznymi ograniczeniami, statusem ani zdrowym rozsądkiem, a później zderza się z rzeczywistością. Moravia bardzo dobrze rozumie, że najśmieszniejsze marzenia bywają jednocześnie najbardziej bolesne. Bohater może wyglądać komicznie, próbując osiągnąć coś całkowicie niemożliwego, ale jego pragnienie pozostaje prawdziwe. Właśnie dlatego historie nie zamieniają się w serię szyderstw z naiwnych zwierzątek. Autor potrafi być złośliwy, lecz zwykle pozostawia swoim postaciom trochę czułości.
To zresztą odróżnia Opowieści z prehistorii od wielu bajek z jednoznacznym morałem. Moravia nie ustawia swoich bohaterów w kolejce do ukarania za określone wady. Nie ma tutaj prostego systemu, w którym próżność zawsze prowadzi do katastrofy, dobro zostaje nagrodzone, a spryt kończy się kompromitacją. Świat jest bardziej kapryśny. Czasami bohater zasługuje na swój los, czasami po prostu ma pecha, a niekiedy życie okazuje się zupełnie obojętne na to, czego bardzo chciał.
Ta obojętność pojawia się zresztą dosłownie w postaci Matki Natury. Obok niej istnieje Bóg Ojciec, któremu także daleko do majestatycznego władcy stworzenia znanego z religijnych przedstawień. Moravia potrafi sprowadzić kosmiczne figury do poziomu emocji, samotności i problemów, które z boskiej perspektywy powinny być śmiesznie małe, ale dla bohatera zawsze pozostają najważniejsze. W ten sposób prehistoria staje się wygodnym laboratorium. Autor może wymyślać początki cech, zachowań i relacji bez konieczności przestrzegania jakiejkolwiek naukowej logiki. Dlaczego zwierzę wygląda właśnie tak? Dlaczego zachowuje się w określony sposób? Skąd wzięła się pewna jego właściwość? Moravia proponuje własne odpowiedzi, świadomie absurdalne i podporządkowane bajkowej logice.
Nie jest to oczywiście książka o pochodzeniu gatunków. Darwin mógłby podczas tej lektury spokojnie pozostać na urlopie. Pseudowyjaśnienia służą żartowi, a przede wszystkim pozwalają autorowi opowiadać o wadach i obsesjach bez używania ludzkich bohaterów. Zwierzę jest tutaj maską, pod którą można ukryć bardzo znajomą twarz. Wężżż może więc być przebiegły, Pingwin przemądrzały, ktoś inny naiwny, próżny albo zapatrzony we własną mądrość. W klasycznej bajce takie cechy często są przypisane zwierzętom według utrwalonych symboli. Lis musi być sprytny, lew dumny, sowa mądra. Moravia pozwala sobie na znacznie większą swobodę. Punktem wyjścia bywa naturalna cecha gatunku, ale później rozpoczyna się już czysta zabawa skojarzeniami.
Bardzo dobrze działa również językowy charakter tych opowieści. Same imiona są żartem i przypominają, że znajdujemy się w epoce, w której współczesne nazwy zwierząt jakby dopiero próbują się uformować. Rozczłonkowanie nazw i zabawa ich brzmieniem nadają bohaterom osobowość jeszcze przed rozpoczęciem właściwej historii. Jest w tym dziecięca przyjemność z odkrywania, że słowo można rozebrać, przestawić i nagle znaleźć w nim zupełnie nową opowieść.
To właśnie sprawia, że książka może rzeczywiście działać dla dwóch grup odbiorców. Dziecko zobaczy zabawne zwierzęta, niezwykłe pomysły i historie mające wyraźny początek oraz puentę. Dorosły znacznie częściej zauważy, że pod historią nieszczęśliwie zakochanego stworzenia albo zwierzęcia niezadowolonego z własnego wyglądu znajduje się dość celna kpina z ludzi. Nie każda opowieść jest jednak równie dobra. Przy większej liczbie podobnie skonstruowanych historii zaczyna być widoczny mechanizm. Moravia znajduje cechę, tworzy wokół niej absurdalną sytuację, podkręca antropomorfizację i zmierza ku puencie. Kiedy czyta się kilka tekstów pod rząd, łatwo zacząć przewidywać rytm kolejnych.
Ironia, która pojedynczo smakuje znakomicie, w większej dawce zaczyna działać trochę jak przyprawa dodawana do każdego dania. Nadal jest dobra, tylko przestaje zaskakiwać. Najlepiej więc nie pochłaniać całego zbioru jednym ciągiem. Kilka historii naraz pozwala zachować świeżość pomysłów i lepiej docenić różnice pomiędzy nimi. Nierówny jest również poziom samej satyry. W najlepszych opowiadaniach Moravia bierze prostą sytuację i trafia w ludzką słabość z wyjątkową precyzją. W słabszych pozostaje głównie dowcipny koncept, który bawi podczas czytania, ale szybko znika z pamięci. Nie wszystkie bajki mają drugie dno równie głębokie, a czasami trudno oprzeć się wrażeniu, że sam pomysł na zwierzę był ciekawszy niż historia, którą autor później wokół niego zbudował.
Nie traktowałabym tego jednak jako poważnego zarzutu. Opowieści z prehistorii są również literacką zabawą i nie każda musi kończyć się refleksją nad kondycją człowieka. Moravia wyraźnie pozwala sobie tutaj na swobodę, której jego poważniejsze książki nie zawsze mu dawały. Czasem po prostu wymyśla coś zabawnego i sprawdza, dokąd go to zaprowadzi. Właśnie ta lekkość jest szczególnie interesująca w kontekście autora. Kto zna Moravię przede wszystkim jako twórcę Konformisty, Pogardy czy innych powieści analizujących relacje, seksualność, społeczeństwo i alienację, może być zaskoczony. Zmieniła się forma, ale część zainteresowań pozostała. Nadal chodzi o pożądanie, status, egoizm, niespełnienie, samotność i trudność życia obok innych. Tyle że zamiast ludzi w mieszkaniach i na ulicach Rzymu dostajemy zwierzęta żyjące w fantastycznej epoce przed historią.
Dzięki temu satyra staje się łagodniejsza, choć wcale nie traci wszystkich zębów. Człowieka łatwiej wyśmiać, kiedy chwilowo zamieni się go w pingwina, szakala albo żyrafę. Czytelnik może najpierw roześmiać się z bohatera, a dopiero po chwili zauważyć, że właśnie śmiał się z zachowania, które sam zna podejrzanie dobrze. Niektóre historie mają również wyraźnie melancholijną nutę. Nie wszystko da się naprawić, nie każda miłość może zostać spełniona i nie każde stworzenie dostanie odpowiedź na pytanie, które je dręczy. Bajkowa forma nie chroni przed smutkiem. Moravia potrafi doprowadzić żart do punktu, w którym śmiech niepostrzeżenie ustępuje miejsca współczuciu.
To właśnie wtedy książka pokazuje swoją najciekawszą twarz. Nie wtedy, gdy jest tylko zabawna, i nie wtedy, gdy próbuje być szczególnie mądra. Najlepsza jest w momentach, kiedy jedno wynika z drugiego. Absurdalna sytuacja nagle okazuje się smutna, a naiwne zwierzęce pragnienie zaczyna przypominać coś bardzo ludzkiego. Opowieści z prehistorii można więc spokojnie czytać dzieciom, choć nie jestem pewna, czy zawsze będą śmiały się w tych samych miejscach co dorośli. I bardzo dobrze. Dobra bajka nie musi komunikować wszystkim tego samego. Powinna zostawić wystarczająco dużo przestrzeni, żeby ośmiolatek zobaczył opowieść o dziwnym zwierzęciu, a dorosły historię o próżności, samotności albo beznadziejnej potrzebie bycia kimś innym.
Moravia stworzył zbiór sympatyczny, inteligentny i świadomie niepoważny. Bywa powtarzalny, poszczególne teksty mają nierówną siłę, a po kilkunastu opowiadaniach mechanizm żartu staje się łatwiejszy do rozpoznania. Mimo tego trudno odmówić mu uroku. To literatura, która nie potrzebuje robić wielkiej miny przed wygłoszeniem trafnej obserwacji o człowieku. Najzabawniejsze jest zresztą to, że Moravia umieścił te historie w prehistorii, a jednak jego zwierzęta zachowują się podejrzanie współcześnie. Chcą wyglądać inaczej, zdobywać niedostępnych partnerów, udowadniać swoją rację i uchodzić za mądrzejsze, niż są. Od czasu, gdy chodziły po świecie Żyra Finki, Wa Leńki i Szak Alliki, najwyraźniej wydarzyło się więc bardzo wiele.

