Jaskiniowiec z włócznią. Kobieta przy ogniu. On poluje, ona zbiera. Znamy ten obraz aż za dobrze, bo przez lata właśnie tak opowiadano nam początek ludzkości. I dopiero kiedy Ulli Lust zaczyna rozgrzebywać ten schemat, człowiek orientuje się, jak wiele było w nim pewności siebie i jak mało pytań. Kobieta jako człowiek jest właśnie o tych pytaniach. O figurkach kobiet sprzed tysięcy lat, o kościach, pochówkach, menstruacji, zachowaniach naczelnych, sztuce, wspólnocie, opiece. O wszystkim, co przez lata trafiało gdzieś na margines, bo wygodniej było opowiadać historię przez pryzmat polowania, siły i męskiej sprawczości.
Najbardziej lubię w tym albumie to, że Lust nie idzie na łatwiznę. Mogła przecież zrobić prostą kontrę wobec starej narracji i powiedzieć: dobrze, skoro wcześniej wszystko było o mężczyznach, teraz pokażmy, że to kobiety były najważniejsze. Tylko że ona jest ostrożniejsza. Bardziej interesuje ją to, kto właściwie wymyślił nasze wyobrażenie o prehistorii i dlaczego tak długo przyjmowaliśmy je bez większego oporu. Paleolityczne figurki kobiet są tu dobrym punktem wyjścia, bo same w sobie niczego jednoznacznie nie wyjaśniają. Mogły być symbolami płodności, przedstawieniami bogiń, obiektami kultowymi, portretami albo czymś jeszcze innym. Każda interpretacja mówi trochę o przeszłości, a trochę o osobie, która ją tworzy.
I to jest chyba najlepszy mechanizm tej książki. Lust stale przypomina, że między znaleziskiem a opowieścią o znalezisku jest ogromna przestrzeń. Mamy kość. Mamy grób. Mamy figurkę. Czasem wiemy, ile ma lat, czasem znamy płeć zmarłej osoby, czasem potrafimy odtworzyć sposób życia. Potem jednak zaczyna się układanie historii. Lust nie tyle pisze nową historię kobiet, ile rozszczelnia starą historię człowieka. I nagle okazuje się, że bardzo dużo z tego, co braliśmy za oczywiste, było po prostu kulturowym przyzwyczajeniem.
Ten komiks jest przy tym niesamowicie szeroki. Czasem wręcz aż za szeroki. Zaczynamy przy figurkach, potem są małpy człekokształtne, bonobo, pochówki, zachowania społeczne, księżyc, menstruacja, organizacja wspólnot, role kobiet, role mężczyzn, osoby nienormatywne, współczesne społeczności łowiecko zbierackie. W pewnym momencie człowiek już nie próbuje zapamiętać wszystkiego, tylko daje się prowadzić. I chyba tak najlepiej to czytać. Nie jak klasyczną powieść graficzną, tylko jak serię wykładów, do których można wrócić później.
Momentami byłam zresztą zwyczajnie zmęczona ilością materiału. Nie każdy rozdział wciąga tak samo. Nie każdy temat ma ten sam ciężar. Czasem Lust odchodzi tak daleko od głównego wątku, że przez chwilę trzeba sobie przypomnieć, od czego właściwie zaczęła. Ale paradoksalnie właśnie to nadaje temu albumowi charakter. On nie jest przesadnie wygładzony. Trochę przypomina notatnik osoby, która siedzi nad tematem od lat i co chwilę odkrywa kolejne połączenie, którego nie chce odpuścić.
Forma świetnie to odbija. Plansze nie zawsze są klasycznie opowiedziane. Bywa, że rysunek sąsiaduje z komentarzem, przypisem, rekonstrukcją, krótką scenką albo autobiograficznym wspomnieniem. Czasem to bardziej mapa myśli niż komiks w tradycyjnym sensie. I może właśnie dlatego te fragmenty z kobiecymi figurkami tak dobrze działają. Można się przy nich zatrzymać, popatrzeć dłużej, bez konieczności natychmiastowego przeskakiwania do kolejnego punktu fabuły.
Ciekawa jest też sama perspektywa feministyczna, bo owszem, ona tu jest bardzo mocna, ale nie działa jak młotek. Lust nie próbuje udowodnić, że kobiety były zawsze mądrzejsze, bardziej pokojowe i ogólnie lepsze. Zamiast tego pokazuje, jak łatwo nauka też dziedziczy przekonania swojej epoki. Jeśli przez dekady badania prowadzili głównie mężczyźni wychowani w konkretnym modelu społecznym, to trudno się dziwić, że później widzieli ten model także w prehistorii. Myśliwy był automatycznie mężczyzną, opiekunka dziecka kobietą, przywódca mężczyzną. Lust pyta po prostu: a skąd to właściwie wiemy?
I tu robi się najciekawiej. Bo wiele współczesnych ustaleń nie tyle odwraca wcześniejsze role, co komplikuje cały obraz. Kobiety mogły polować. Mężczyźni mogli zajmować się dziećmi. Wspólnoty mogły funkcjonować bardziej elastycznie, niż przez lata zakładano. Przetrwanie nie wygląda wtedy jak samotny łowca z włócznią, tylko jak grupa ludzi, która potrafiła się sobą zajmować. Empatia, troska, dzielenie zasobów i współpraca nagle przestają być dodatkiem do „prawdziwej” historii ludzkości. Stają się jej rdzeniem.
Bardzo podoba mi się też to, że Lust nie udaje całkowitej bezosobowości. Wplata w książkę własne doświadczenia, także te związane z dorastaniem w kulturze pełnej wstydu wokół kobiecego ciała. Dzięki temu jej fascynacja paleolitycznymi figurkami nie jest tylko akademicka. Te ciała, tak jawne, tak pozbawione naszego dzisiejszego zawstydzenia, uruchamiają u niej osobistą reakcję. I dobrze, bo przez to całość nie zamienia się w chłodny wykład.
Nie wszystko jednak działa równie dobrze. Bywa, że książka się rozlewa. Czasem chciałoby się mocniejszego porządku, bo przy tylu źródłach, przykładach i dygresjach łatwo stracić poczucie kierunku. Są też momenty, kiedy nie do końca wiadomo, czy omawiany przykład dotyczy konkretnej społeczności, okresu czy bardziej ogólnej hipotezy. To nie jest album, który przeczytałam jednym ciągiem i miałam poczucie idealnie zamkniętej całości. Raczej taki, do którego się wraca, kartkuje, sprawdza przypisy i wyciąga z niego rzeczy partiami.
Ale może właśnie tak powinno być. Kobieta jako człowiek nie próbuje dać jednego wielkiego objawienia. Bardziej pokazuje, jak niewiele wiemy z absolutną pewnością i jak łatwo człowiek dopowiada sobie resztę. To w sumie dość odświeżające, zwłaszcza przy tematach, które przez lata były przedstawiane jako oczywiste.
Po lekturze nie zostaje mi więc nowy, gotowy obraz prehistorii. Zostaje raczej podejrzliwość wobec tych zbyt prostych. I chyba o to chodziło. Ulli Lust nie mówi: tak było. Mówi raczej: sprawdźmy jeszcze raz, skąd właściwie wzięliśmy przekonanie, że było właśnie tak. A wtedy ten jaskiniowiec z włócznią przestaje być taki samotny.



