Turystyka w czasie miała być świetnym biznesem. Bogaci klienci dostają starożytny Egipt, prehistorię albo renesans, przedsiębiorcy budują dla nich bezpieczne enklawy, a Chronosquad sprząta wtedy, kiedy ktoś zgubi się kilka tysięcy lat od domu. Giorgio Albertini już wcześniej pokazał jednak, że udostępnienie przeszłości turystom jest mniej więcej równie rozsądnym pomysłem jak otwarcie parku rozrywki na czynnym poligonie. W drugim tomie robi kolejny krok. Skoro można podróżować w czasie dla wakacji, można przecież wykorzystać tę samą technologię do przemytu, handlu ludźmi, polityki albo rewolucji. I nagle zabawny koncept zaczyna robić się całkiem nieprzyjemny.
Bloch boleśnie przekonuje się o tym podczas swojej pierwszej misji. Egipt IV dynastii nie okazuje się specjalnie zainteresowany tym, że nowicjusz powinien dostać trochę czasu na wdrożenie. Dwójka poszukiwanych nastolatków znika, sam Bloch zostaje ciężko ranny, a handlarze niewolników zdecydowanie nie pasują do epoki, w której się pojawili. Do tego dochodzą dziwni olbrzymi wojownicy. Ktoś ewidentnie korzysta z przeszłości w sposób, którego nie przewidziano w turystycznych folderach.
To jeden z ciekawszych pomysłów całego Chronosquadu. Albertini nie traktuje podróży w czasie wyłącznie jako okazji do odwiedzania efektownych epok. Interesują go konsekwencje stworzenia całej gospodarki opartej na dostępie do historii. Oficjalnie mamy hotele, wycieczki i klientów chcących zrobić sobie najbardziej spektakularne wakacyjne zdjęcia świata. Nieoficjalnie pojawiają się ludzie, którzy szybko rozumieją, że przeszłość jest gigantycznym terytorium praktycznie niemożliwym do skutecznego kontrolowania. Jeśli legalny biznes może wysyłać klientów do Egiptu, dlaczego przestępcy nie mieliby wysyłać tam swoich ludzi?
Drugi tom coraz mocniej odchodzi przez to od komediowego punktu wyjścia. Humor nadal działa, Bloch wciąż potrafi być chodzącą katastrofą, a absurd chronoturystycznej rzeczywistości regularnie przebija się na pierwszy plan. Świetnym dodatkiem pozostają reklamy zachwalające podróże w przeszłość niczym kolejny luksusowy kurort. Tym razem pod powierzchnią żartów pojawia się jednak znacznie większa intryga. Kolejne wypadki przestają wyglądać jak niezależne anomalie. Ktoś działa pomiędzy epokami i ma znacznie poważniejsze plany niż popsucie kilku wakacyjnych turnusów.
Najlepiej pokazuje to pomysł transtemporalnego przewrotu socjalistycznego. Brzmi niedorzecznie, dopóki nie zacznie się rozważać jego logiki. Jeżeli rewolucjoniści dysponują podróżami w czasie, proletariat nie musi ograniczać się do jednej epoki. Niewolnik ze starożytności, średniowieczny chłop pańszczyźniany i robotnik mogą teoretycznie stać się uczestnikami tej samej walki. Albertini bierze polityczne hasła i przepuszcza je przez zasady własnego świata, dzięki czemu otrzymuje coś jednocześnie zabawnego i niepokojąco konsekwentnego. W świecie bez granic czasowych również ideologia nie ma powodu ich respektować.
Wątków robi się jednak bardzo dużo. Zaginieni nastolatkowie, tajemnicza organizacja, problemy Chronosquadu, prehistoryczne incydenty, Lady Silverberg, dziwne istoty pojawiające się w przeszłości, a do tego prywatne historie agentów. Penn wikła się chociażby w romans z Leonardem da Vinci, co w normalnej historii samo wystarczyłoby na całkiem pokaźny problem. Tutaj jest jednym z kilku elementów większej układanki. Album dzięki temu pędzi, ale momentami zaczyna również przypominać tablicę śledczą, na której ktoś rozwiesił o kilka karteczek za dużo.
To największa słabość tego tomu. Albertini wyraźnie przygotowuje większą historię i nie zamierza jeszcze odkrywać wszystkich kart. Dostajemy pewne odpowiedzi, po których natychmiast pojawiają się następne pytania. Nie wszystkie nitki zostają równie dobrze poprowadzone, a przeskoki między postaciami i epokami potrafią wprowadzić lekki chaos. Pierwszy tom korzystał z prostoty odkrywania zasad tego świata. Teraz reguły już znamy, więc scenarzysta rozbudowuje planszę. Czasami aż za bardzo.
Z drugiej strony właśnie dzięki temu Chronosquad zaczyna wyrastać ponad swój początkowy żart. Coraz ciekawsze staje się pytanie, co podróże w czasie zrobiłyby z samą historią. Bohaterowie z teraźniejszości stopniowo kolonizują przeszłość. Budują tam infrastrukturę, prowadzą interesy, zakochują się w ludziach z innych epok i ingerują w miejsca, które początkowo miały być jedynie turystycznymi dekoracjami. Trudno przy tym wierzyć, że wszystko pozostanie nietknięte. Chronoturystyka przypomina tutaj masową turystykę doprowadzoną do najbardziej absurdalnej postaci. Nie wystarcza nam już niszczenie miejsc istniejących obecnie. Znaleźliśmy sposób, żeby pojechać i przeszkadzać również ludziom sprzed kilku tysięcy lat.
Panaccione idealnie pasuje do takiego kontrolowanego bałaganu. Jego rysunek jest ruchliwy, ekspresyjny i bardzo sprawnie przechodzi od komedii do akcji. Postacie mają charakterystyczne twarze i przesadzone reakcje, dzięki czemu humor często działa bez udziału dialogów. Przy ciągłym skakaniu między epokami ważna okazuje się też czytelność plansz. Nawet kiedy fabularnie robi się tłoczno, wizualnie historia rzadko traci tempo. Panaccione potrafi prowadzić dłuższe nieme sekwencje, choć zdarzają się fragmenty, które można byłoby skrócić bez większej szkody dla opowieści.
Bloch nadal pozostaje przy tym jednym z największych atutów serii. Nie zmienia się nagle w genialnego agenta tylko dlatego, że przeżył pierwszą katastrofę. Popełnia błędy, pakuje się w problemy i próbuje nadrobić doświadczeniem, którego jeszcze nie posiada. Jest wystarczająco nieporadny, żeby generować komedię, ale nie na tyle, żeby stać się wyłącznie żartem. Łatwo go polubić właśnie dlatego, że w świecie ludzi próbujących kontrolować historię sam ledwo kontroluje własną misję.
Chronosquad 2 jest przez to tomem bardziej ambitnym, choć niekoniecznie równie równym jak początek serii. Mniej tutaj świeżości pierwszego odkrywania chronoturystyki, za to znacznie więcej konsekwencji jej istnienia. Czasem fabuła rozbiega się w zbyt wielu kierunkach, kilka gagów można było sobie darować, a mnożenie tajemnic zaczyna ocierać się o przesyt. Tyle że kiedy album dobiega końca, najbardziej dokuczliwym problemem pozostaje brak trzeciego tomu pod ręką. Albertini i Panaccione zrobili bowiem coś sprytnego. Najpierw sprzedali czytelnikowi wycieczkę w przeszłość. Teraz pokazują mu, że ktoś właśnie próbuje urządzić tam rewolucję.



