Słońce zwykle ma w kulturze dość dobrą prasę. Życie, ciepło, nadzieja, odrodzenie, te sprawy. Bartosz Zaskórski bierze cały ten pakiet skojarzeń, wrzuca go do grobu, zamyka w trumnie, a potem patrzy, co się stanie, kiedy to coś w środku jednak wstanie. W Postapolsce słońce nie świeci, tylko pleśnieje. I bardzo szybko okazuje się, że to wystarczy, żeby rozjechać świat, człowieka, ciało, porządek biologiczny i kilka rozsądnych przyzwyczajeń czytelnika przy okazji.
Najciekawsze jest to, że Zaskórski nie traktuje tej apokalipsy jak wydarzenia, które trzeba porządnie objaśnić. Nie ma tu szczególnej potrzeby rozpisywania genezy katastrofy, zasad mutacji czy mechaniki końca świata. Słońce wydostało się z grobu i wszystko zaczęło się psuć. Tyle wystarczy. Reszta ma bardziej smak koszmaru niż świata przedstawionego z instrukcją obsługi. Ludzie zmieniają się w potworności, potworności stają się schronieniem, coś kiedyś żywego rośnie do rozmiaru architektury, a granica między organizmem a krajobrazem robi się bardzo umowna. Czytelnik nie tyle poznaje ten świat, ile jest do niego wrzucany po pas.
I dobrze, bo Postapolska zyskałaby niewiele, gdyby zaczęła zachowywać się jak klasyczne postapo. Nie ma tu tej przyjemnej infrastruktury gatunku, gdzie można policzyć konserwy, naboje i litry benzyny, a potem ruszyć w stronę następnej osady. Zaskórskiego bardziej interesuje rozkład niż przetrwanie. Mutacja niż odbudowa. Świat po katastrofie nie jest pusty, tylko potwornie przepełniony nowymi formami życia. Coś rośnie na czymś, coś zjada coś innego, ciało potrafi pełnić funkcję budynku, a życie najwyraźniej nie dostało informacji, że po końcu świata wypadałoby się uspokoić.
Wizualnie to właśnie ta nadprodukcja życia daje najlepszy efekt. Plansze bywają gęste, oblepione detalem, czasem aż nieprzyjemnie organiczne. Nie chodzi jednak o klasyczny body horror, który ma przede wszystkim obrzydzić czytelnika. U Zaskórskiego deformacja potrafi być jednocześnie paskudna, śmieszna i dziwnie sympatyczna. Ten komiks ma wyjątkową zdolność pokazywania rzeczy, których człowiek wolałby nie spotkać w piwnicy, po czym po kilku kadrach zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie dałoby się ich pogłaskać. To jest chyba jedna z najbardziej własnych cech Postapolski. Groza nie wypiera czułości. Czasem siedzą obok siebie i wyglądają całkiem zgodnie.
Ten kontrast ratuje zresztą album przed jednostajnością. Gdyby wszystko było wyłącznie ponure, obrzydliwe i skazane na rozpad, efekt zużyłby się zaskakująco szybko. Zaskórski potrafi jednak nagle wrzucić coś drobnego, absurdalnego albo zwyczajnie miłego. Przyjaźń. Głaskanie kundelka. Jakąś relację kompletnie niepasującą do otaczającej rzezi. I właśnie wtedy świat robi się ciekawszy, bo przestaje być dekoracją do cierpienia. Nawet po całkowitym rozpadzie reguł ktoś może do kogoś przyjść, ktoś może czegoś potrzebować, ktoś może znaleźć coś dobrego w miejscu, które wygląda jak wnętrze chorego snu.
Forma jest równie zmutowana jak świat. Poszczególne fragmenty potrafią różnić się długością, sposobem narracji, ciężarem tekstu i podejściem do obrazu. Czasem bliżej temu do komiksu, czasem do ilustracyjnej miniatury, czasem do artbooka, który nagle przypomniał sobie, że miał coś opowiedzieć. Ta niejednorodność nie zawsze działa idealnie. Są fragmenty mocniejsze, bardziej sugestywne, i takie, które wyglądają raczej jak boczny pomysł niż potrzebny element całości. Ale trudno mieć do tego wielki żal, bo eksperyment jest tu częścią umowy. Postapolska nie udaje zwartej fabuły prowadzonej od punktu A do B. Bardziej przypomina wycieczkę przez skażony rezerwat, gdzie każdy okaz może mieć własne zasady anatomii.
Najlepiej wypadają te momenty, w których absurd podany jest całkowicie serio. Kamienie zyskujące świadomość, rozrastające się organizmy, makabryczne osobliwości funkcjonujące jak coś zupełnie normalnego. Im mniej autor mruga do czytelnika, tym zabawniej i dziwniej robi się na stronie. Ten humor nie rozładowuje grozy, tylko ją przekrzywia. Nagle nie wiadomo, czy wypada się śmiać, bo przecież rzecz jest okropna, ale jednocześnie trudno nie zauważyć, że jest też bardzo śmieszna. Zaskórski dobrze zna tę granicę i chętnie po niej chodzi.
Słabiej bywa z tekstem. Obraz ma tak silną osobowość, że słowa czasem zostają z tyłu. Niektóre partie narracyjne są celnie suche albo dobrze kontrastują z wizualnym chaosem, inne mogłyby być mniej dopowiedziane lub po prostu bardziej zwarte. Kiedy plansza już robi trzy rzeczy naraz, dodatkowe tłumaczenie czwartej nie zawsze pomaga. Zdarzają się też fragmenty, które bardziej sugerują głębszą warstwę, niż rzeczywiście ją rozwijają. Ale tu znowu wraca charakter całego projektu: to bardziej świat do oglądania, czucia i rozgrzebywania niż manifest filozoficzny z gotową tezą.
Nie przeszkadza mi też, że nie wszystko daje się spiąć w jedną interpretację. Można czytać Postapolskę jako opowieść o końcu człowieka, o mutacji środowiska, o naturze, która po prostu przejmuje z powrotem materiał, albo jako ponury żart z naszych wyobrażeń o apokalipsie. Można też nie czytać jej w ten sposób w ogóle i po prostu patrzeć, jak zmutowane życie rozpycha się po planszach. Ten komiks nie domaga się jednej poprawnej odpowiedzi. Trochę by zresztą do niego nie pasowała.
Najbardziej lubię w nim to, że obrzydliwość nie prowadzi automatycznie do nihilizmu. Zaskórski pokazuje świat po totalnym rozpadzie, ale nie sprawia, że wszystko staje się przez to martwe albo obojętne. Wręcz przeciwnie, tu życie jest aż nadto obecne. Tyle że wypaczone, pomylone, nadmierne, czasem śmieszne, czasem biedne. W tej całej brei można jeszcze komuś zaufać, można coś polubić, można znaleźć kundelka. To niby drobiazg, ale właśnie przez takie drobiazgi Postapolska nie zamienia się w katalog deformacji.
To nie jest komiks, który bierze czytelnika za rękę i prowadzi po dobrze oznaczonej ścieżce. Raczej otwiera klapę w podłodze. Pod spodem jest mokro, coś oddycha i chyba się rusza. Warto zejść, jeśli ma się ochotę na rzecz paskudną, śmieszną, nieco czułą i bardzo własną. Bo koniec świata w wykonaniu Zaskórskiego nie wygląda jak śmierć. Wygląda jak życie, któremu kompletnie odbiło.

