Najpierw jest noc, potem las, a dopiero później pojawia się pytanie, czy Jasiek rzeczywiście powinien zrobić jeszcze ten jeden krok. Łukasz Godlewski nie potrzebuje długo tłumaczyć zasad swojego świata. Wystarcza szelest, ciemność, kilka spojrzeń i poczucie, że coś w gęstwinie już dawno zauważyło bohatera. Listopad. Złote serce od początku działa przede wszystkim atmosferą, a dopiero później fabułą. I to jest jego najlepsza decyzja, bo romantyczne inspiracje nie zostają tu sprowadzone do cytatów, kostiumu czy zestawu szkolnych symboli. Godlewski próbuje wejść w sam sposób myślenia epoki, w przekonanie, że rzeczywistość widzialna jest tylko jedną warstwą świata, a za nią czai się coś starszego, bardziej kapryśnego i znacznie mniej zainteresowanego ludzką logiką.
Punktem wyjścia jest motyw prosty, wręcz baśniowy. Znudzone demony nie znajdują już wśród ludzi wystarczająco interesującego materiału do psucia, bo człowiek sam poradził sobie z tym znakomicie. Dopiero Jasiek, chłopak o tytułowym złotym sercu, budzi ich zainteresowanie. Nie dlatego, że jest najpotężniejszy czy wyjątkowo przebiegły, ale właśnie dlatego, że zachował coś, co można jeszcze naruszyć. To odwrócenie typowej logiki opowieści o złu działa bardzo dobrze. Demony nie szukają najgorszego człowieka. Szukają kogoś, na kim korupcja będzie miała sens.
Sama idea złotego serca mogłaby łatwo ugrzęznąć w moralizatorstwie, ale Godlewski unika tej pułapki, ponieważ nie przedstawia Jaśka jako chodzącej cnoty. Znacznie ciekawsze jest to, że demony nie muszą tworzyć w nim zła od podstaw. Wystarczy obudzić pragnienie, zwątpienie albo żal, który już gdzieś istnieje. Dzięki temu pokusa nie wygląda jak zewnętrzny atak, lecz jak coś, co zostaje wydobyte z samego człowieka. To znacznie bliższe romantycznej wyobraźni niż prosty pojedynek dobra ze złem.
Trzy lisice są jednym z najbardziej sugestywnych elementów komiksu. Sam ich wygląd ma w sobie coś przewrotnego, bo nie są groteskowymi diabłami z widłami ani potworami stworzonymi tylko po to, żeby straszyć. Ich siła bierze się z uroku, lekkości i inteligencji. Są atrakcyjne, figlarne, a przez to niebezpieczne. Kuszenie nie wymaga krzyku ani przemocy. Może przyjść pod postacią śmiechu, swobody i obietnicy, że świat wcale nie musi być tak ciężki, jak wydaje się bohaterowi.
Naturalnie pojawia się też pytanie o symboliczne znaczenie tej trójki. Skojarzenie z zaborcami nasuwa się niemal automatycznie, szczególnie przy tytule Listopad i deklarowanych inspiracjach polskim romantyzmem. Nie jestem jednak przekonany, że trzeba od razu zamykać lisice w jednym politycznym odczytaniu. Komiks zyskuje więcej, gdy potraktuje się je szerzej jako siły rozkładu, zwątpienia i wygodnej rezygnacji. Symbol jest ciekawszy wtedy, gdy może działać na kilku poziomach naraz.
Sam listopad również nie wydaje się nazwą przypadkową. W polskiej kulturze ten miesiąc niesie ze sobą określony ciężar historyczny, narodowy i emocjonalny. Kojarzy się z końcem, chłodem, buntem, pamięcią i klęską. Godlewski wykorzystuje to skojarzenie bez konieczności wykładania go wprost. Dzięki temu polityczność komiksu nie jest podana jak teza do udowodnienia. Raczej sączy się spod obrazów i sytuacji.
Właśnie dlatego dobrze działa połączenie wątków historycznych z nadprzyrodzonymi. Romantyzm nigdy nie traktował tych porządków jako całkowicie oddzielnych. Historia, duchowość, natura i metafizyka mogły funkcjonować obok siebie. Godlewski korzysta z podobnej swobody. Las nie jest tylko miejscem akcji, lecz przestrzenią przejścia. Kiedy Jasiek wchodzi między drzewa, porządek codzienny zaczyna się rozpuszczać, a bohater trafia w rzeczywistość rządzoną innymi zasadami.
To właśnie las robi tutaj ogromną część roboty. Nie jest jeszcze jednym gotyckim rekwizytem, ale przestrzenią dezorientacji. Ścieżki przestają prowadzić tam, gdzie powinny, ciemność zagęszcza się szybciej, niż wynikałoby to z pory dnia, a poczucie kierunku okazuje się czymś równie kruchym jak pewność własnych decyzji. Godlewski dobrze wykorzystuje lęk przed zgubieniem się, bo jest to strach bardzo prosty i pierwotny. Człowiek nie musi zobaczyć demona, żeby poczuć, że coś jest nie tak. Wystarczy świadomość, że nie wie, którędy wrócić.
Graficznie Złote serce działa właśnie przez takie poczucie zamknięcia. Stonowana paleta, brunatne tony i cięższe cienie tworzą atmosferę jesieni bez konieczności epatowania liśćmi i deszczem. Plansze są spokojne, ale w tym spokoju jest coś podejrzanego. Kadry prowadzą wzrok bardzo naturalnie, a jednocześnie zostawiają miejsce na chwilę zawahania. Czytelnik nie pędzi przez komiks wyłącznie dla fabuły. Zatrzymuje się, bo układ planszy i sposób prowadzenia ruchu wymuszają obserwację.
To jedna z tych sytuacji, w których forma rzeczywiście współpracuje z treścią. Gdy bohater traci orientację, plansza może również sprawić, że czytelnik zacznie czuć podobną niepewność. Gdy demony przejmują kontrolę nad sytuacją, komiks nie musi oznajmiać tego dialogiem. Wystarczy zmiana rytmu, odległości i kompozycji. Godlewski wyraźnie rozumie, że groza w komiksie najlepiej działa wtedy, gdy nie zostaje wyjaśniona do końca.
Ważne jest też to, że nadnaturalność nie pożera warstwy ludzkiej. Jasiek pozostaje centrum całej historii i to jego podatność na pokusę stanowi właściwe napięcie. Gdyby demony były tylko efektowne, a bohater wyłącznie pionkiem, całość szybko zamieniłaby się w pokaz atmosfery. Tymczasem Godlewski próbuje sprawdzić, jak łatwo jest odejść od planu, kiedy ktoś zaczyna mówić dokładnie to, co chcielibyśmy usłyszeć.
Tytułowe złote serce nie jest więc nagrodą ani certyfikatem moralnej doskonałości. Przeciwnie, staje się obciążeniem. Im bardziej ktoś jest przekonany o własnej słuszności, tym ciekawiej wygląda moment, w którym pojawia się pierwsza rysa. Demony nie muszą zniszczyć Jaśka. Wystarczy, że przekonają go, by sam zaczął podważać własne intencje. To właśnie ten mechanizm nadaje historii coś więcej niż prostą baśniową strukturę.
Romantyczne inspiracje są widoczne również w sposobie, w jaki dobro i zło przestają być wyłącznie kategoriami etycznymi, a zaczynają dotyczyć tożsamości. Kim jest człowiek, kiedy jego przekonania zostają wystawione na próbę? Czy patriotyzm, poświęcenie albo wierność własnym ideałom mają wartość dlatego, że są wielkie, czy dlatego, że ktoś potrafi ich dotrzymać mimo pokusy? Godlewski nie odpowiada na te pytania wprost i bardzo dobrze, bo dzięki temu komiks nie zamienia się w ilustrowany wykład o romantyzmie.
Najbardziej ryzykowna jest właśnie symbolika. Przy takim zestawie inspiracji łatwo byłoby przeciążyć historię znaczeniami. Lisice, listopad, las, złote serce, demony, motywy historyczne i polityczne aż proszą się o przypisywanie każdemu elementowi jednej konkretnej funkcji. Na szczęście pierwszy tom zostawia wystarczająco dużo luzu, żeby interpretacje nie zamknęły opowieści. Nie wszystko musi być alegorią, a nie każda scena musi mieć ukryty narodowy kod.
To bardzo ważne, bo Listopad ma szansę działać także poza kontekstem szkolnej znajomości romantyzmu. Czytelnik nie musi od razu rozpoznawać wszystkich skojarzeń, żeby poczuć niepokój i zrozumieć podstawowy konflikt. Kto zna epokę, dostanie dodatkowe warstwy. Kto jej nie zna, nadal zostaje z historią o pokusie, strachu i człowieku stojącym na granicy własnych decyzji.
Komiks miejscami wręcz przypomina ludową opowieść przepuszczoną przez bardziej nowoczesną wrażliwość. Nie ma tu prostego podziału na dobro i zło, ale jest intuicyjne poczucie, że przekroczenie pewnej granicy zawsze coś kosztuje. Las pamięta. Demony czekają. Człowiek może uważać się za świadomego i racjonalnego, dopóki nie znajdzie się w miejscu, gdzie jego pewność siebie przestaje mieć znaczenie.
Najlepiej działa również to, że groza pozostaje przyczajona. Godlewski nie bombarduje makabrą i nie próbuje udowadniać, że potrafi narysować coś odrażającego. Strach rodzi się z oczekiwania. Z przekonania, że bohater już dawno powinien zawrócić, ale tego nie robi. To znacznie bardziej skuteczne niż otwarty atak potwora.
Pierwszy tom ma jednak jedną oczywistą wadę: kończy się w momencie, kiedy świat dopiero zaczyna się naprawdę otwierać. Wiele motywów zostaje zaledwie zaznaczonych, relacje polityczne i historyczne nie zdążają jeszcze wybrzmieć w pełni, a część symboli funkcjonuje bardziej jako obietnica niż rozwinięty temat. Można więc poczuć niedosyt. Nie dlatego, że komiks jest pusty, lecz dlatego, że jego konstrukcja od początku sugeruje większą całość.
To zarazem dobra wiadomość dla całego cyklu. Złote serce nie wygląda jak zamknięta miniatura sztucznie rozciągnięta na serię. Jest raczej pierwszym otwarciem drzwi do świata, w którym historia, mitologia i ludzkie słabości będą się stale przenikać. Jeśli kolejne tomy rzeczywiście rozwiną motyw błędnego koła historii zapowiedziany w opisie, może z tego powstać projekt znacznie szerszy niż opowieść o jednym chłopaku w lesie.
Na tym etapie najciekawsze jest jednak to, że Godlewski nie próbuje romantyzmu kopiować. Nie ubiera bohaterów w kostium i nie odtwarza szkolnego zestawu skojarzeń. Korzysta raczej z jego nerwu, z przekonania, że człowiek jest jednocześnie częścią historii, wspólnoty i świata duchowego, a każda decyzja może mieć sens większy, niż wydaje się w chwili jej podejmowania.
Listopad. Złote serce działa więc najlepiej jako opowieść o kuszeniu i zwątpieniu, a nie jako historyczna łamigłówka do rozszyfrowania. Godlewski buduje gęstą, niepokojącą atmosferę, świetnie prowadzi plansze i potrafi sprawić, że zwykły krok między drzewa nabiera ciężaru przekroczenia granicy. Najbardziej interesujące jest zaś to, że zło nie przychodzi tu z zewnątrz z gotowym rozwiązaniem. Ono tylko podsuwa człowiekowi własne pragnienie i cierpliwie czeka, co zrobi dalej. Jeżeli kolejne tomy utrzymają tę równowagę między symbolem, historią i grozą, Listopad może okazać się jednym z ciekawszych sposobów na rozmowę z polskim romantyzmem bez zamieniania go w muzealny eksponat.



