„Przechodzący przez rzekę” wisi nad Brdą i właściwie trudno o bardziej wdzięczny symbol Bydgoszczy. Tyle że Anna Olszewska każe spojrzeć na niego inaczej. Przy charakterystycznej rzeźbie pojawia się ciało młodego chłopaka, odpowiednio ułożone, owinięte taśmą, wystawione na widok publiczny. Ktoś nie tylko zabił. Ktoś zadał sobie sporo trudu, żeby śmierć miała właściwą oprawę. I chyba właśnie tutaj Kopista łapie mnie najmocniej, bo od początku wiadomo, że trup nie został porzucony. Został wystawiony.
Paweł Pikas jeszcze nie wie, co właściwie ogląda. Pierwsza ofiara może być dziwnym, brutalnym przypadkiem, ale kiedy pojawiają się następne ciała, kolejne bydgoskie pomniki i tajemnicze tatuaże, przypadek przestaje wchodzić w grę. Ktoś tworzy serię. Układa elementy, wybiera miejsca i najwyraźniej zakłada, że wcześniej czy później znajdzie się osoba zdolna odczytać wiadomość. Olszewska ma więc dobry pomysł na seryjnego mordercę, bo Kopista nie jest interesujący ze względu na samą brutalność. Ciekawsze staje się pytanie, dlaczego potrzebuje publiczności.
Tytuł zresztą bardzo ładnie gra z tym, co dzieje się w książce. Kopista kojarzy się przecież z zachowywaniem cudzych słów, powielaniem czegoś po to, żeby nie zniknęło. Tutaj kopiowanie nabiera paskudnego znaczenia. Sprawca używa ludzi jak materiału, odtwarza, aranżuje, zostawia znaki. Sztuka, literatura czy teatr przestają być kulturalnym ornamentem do kryminału, a zaczynają wchodzić w sposób myślenia mordercy. Miejsca zbrodni przypominają makabryczne instalacje, tylko że nikt nie wychodzi z galerii, kiedy robi się zbyt nieprzyjemnie.
Bydgoszcz bardzo na tym korzysta. Lubię kryminały, w których miasto nie sprowadza się do nazw ulic wrzuconych między dialogi, żeby autor mógł pochwalić się znajomością mapy. Tutaj charakterystyczne punkty rzeczywiście zostają wciągnięte do gry. Pomniki, ulice, lokalna codzienność, nawet wieczne remonty i komunikacyjny bałagan sprawiają, że sprawa Kopisty nie mogłaby zostać bezboleśnie przeniesiona do dowolnego polskiego miasta. Zabójca zawłaszcza miejsca należące do mieszkańców i dopisuje do nich własne skojarzenia. Po czymś takim trudno po prostu wrócić do wcześniejszego sposobu patrzenia na znajomy monument.
Samo śledztwo idzie sprawnie. Olszewska podrzuca szczegóły, pozwala coś sobie poukładać, po czym dorzuca kolejny element i zmusza do poprawienia teorii. To niekoniecznie kryminał, w którym niemożliwe jest wcześniejsze wskazanie podejrzanego. Mnie bardziej interesował motyw i cała konstrukcja stojąca za zbrodniami. Można mieć swoje typy, a mimo to nadal nie rozumieć, po co ktoś robi to wszystko. Przy seryjnych mordercach znacznie częściej kupuję właśnie taki układ niż rozwiązanie zależne od wyciągnięcia sprawcy z kapelusza na ostatnich stronach.
Tylko że Kopista dość szybko przestaje być wyłącznie opowieścią o łapaniu mordercy. Pikas ma córkę, Sarę. Zaginioną córkę. Kiedy zaczyna podejrzewać, że jej los może łączyć się z prowadzoną sprawą, zawodowe śledztwo przestaje być zawodowe. I wtedy facet robi rzeczy, przy których czasami miałam ochotę złapać go za ramiona i zapytać, czy naprawdę uważa to za rozsądny pomysł. Ale właśnie dlatego go kupuję. Pikas nie jest jednym z tych kryminalnych geniuszy, którzy mają traumę wpisaną do życiorysu głównie po to, żeby wyglądać bardziej interesująco podczas przesłuchania. Zaginięcie Sary realnie wpływa na sposób, w jaki działa. Zawęża mu pole widzenia, pcha do przekraczania granic i sprawia, że potrafi dostrzec trop tam, gdzie równie dobrze może znajdować się tylko jego desperacja. Ojciec zaczyna wygrywać z prokuratorem. Oczywiście odbija się to na realizmie części jego zachowań, bo Pikas wykracza poza to, czego należałoby oczekiwać po osobie na jego stanowisku. Tyle że emocjonalnie rozumiem, dlaczego to robi, nawet kiedy zawodowo dawno powinien powiedzieć sobie „stop”.
Podobnie jest ze Sławą Zawadzką. Lekarka medycyny sądowej mogłaby spokojnie zostać sprowadzona do osoby dostarczającej bohaterowi informacji znad stołu sekcyjnego, ale dostaje własne życie, i to wyjątkowo niewygodne. Jej konflikt z byłym mężem, walka o córkę Marcelinę, manipulacja i coraz bardziej paskudna gra prowadzona wokół dziecka momentami zabierają sporo miejsca głównej sprawie. Początkowo zastanawiałam się nawet, czy Olszewska nie dokłada do kryminału za dużo obyczajowego bagażu. Z czasem zaczęło mi to przeszkadzać znacznie mniej, bo Sława i Pikas okazują się połączeni czymś więcej niż kolejnymi zwłokami.
Oboje mają dzieci, których nie potrafią ochronić w taki sposób, w jaki by chcieli. Pikas żyje z niewiedzą, Sława z poczuciem, że ktoś bardzo świadomie wykorzystuje jej córkę przeciwko niej. Dzięki temu śledztwo toczy się obok dwóch historii o rodzicielskiej bezradności. Nie zawsze subtelnie i nie zawsze z idealnie rozłożonymi proporcjami, ale wystarczająco przekonująco, żebym nie traktowała prywatnych problemów bohaterów jak obowiązkowych przerw między kolejnymi trupami.
Najbardziej ludzkie w Kopiście jest chyba właśnie to, że Pikas i Sława bywają znacznie lepsi w swoich zawodach niż we własnym życiu. Przy zwłokach można zebrać ślady, przeprowadzić sekcję, określić przyczynę śmierci, poszukać związku między ofiarami. Z poczuciem winy, strachem o dziecko czy przemocową relacją nie da się zrobić tego samego. Nie ma procedury, która po kilku krokach wypluje prawidłową odpowiedź. Przez to książka ma chwilami więcej z powieści obyczajowej, niż sugerowałby sam pomysł na seryjnego mordercę. Nie każdemu spodoba się takie przesunięcie. Kto czeka przede wszystkim na śledztwo, może mieć momenty zniecierpliwienia, kiedy kolejny rodzinny problem odciąga uwagę od Kopisty. Mnie ten balans przeważnie odpowiadał, choć zdarzają się miejsca, w których chciałam już wrócić do tatuaży, pomników i pytania, co łączy ofiary.
Olszewska nie zawsze przekonuje mnie też proceduralnie. Bohaterowie podejmują decyzje, przy których zawodowy rozsądek zostaje chwilowo odłożony na półkę, czasem bardzo wygodnie dla tempa historii. Można oczywiście część z tego wytłumaczyć osobistym zaangażowaniem Pikasa, ale nie wszystko. To ten rodzaj kryminału, w którym emocjonalna logika postaci jest dla autorki ważniejsza od drobiazgowego pilnowania, czy przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości na każdym etapie zachowują się dokładnie tak, jak powinni. Za to tempo rzeczywiście ma coś w sobie. Kolejne ofiary nie pojawiają się wyłącznie po to, żeby podbić licznik ciał. Każda dokłada element do wzoru, a tatuaże dają śledczym coś więcej niż efektowny podpis mordercy. Stopniowo zmienia się znaczenie wcześniejszych informacji i to właśnie wtedy Kopista wciąga najbardziej. Nie w chwili, kiedy próbuje zaszokować, lecz kiedy nagle drobiazg, na który wcześniej ledwie zwróciłam uwagę, zaczyna pasować do czegoś większego.
Podoba mi się też, że Olszewska nie próbuje zrobić z zabójcy nadludzkiego mistrza szachów grającego piętnaście ruchów przed policją. Jego plan jest skomplikowany, teatralny i obsesyjny, ale wyrasta z konkretnej potrzeby. Nawet jeśli wcześniej uda się wytypować osobę odpowiedzialną za zbrodnie, pozostaje jeszcze pytanie o sens całego przedstawienia. Dla mnie ciekawsze od „kto?” było tutaj właśnie „dlaczego w taki sposób?”. Bo Kopista nie chce tylko zabijać. Chce coś utrwalić. Paradoks jest paskudny: dawni kopiści przepisywali teksty, dzięki czemu historie mogły przetrwać ludzi, którzy je stworzyli. Ten współczesny próbuje osiągnąć podobną nieśmiertelność, tylko jego atramentem są cudze ciała. Nie wystarcza mu śmierć. Potrzebuje jeszcze znaczenia.
I chyba dlatego ten pomysł zostaje ze mną dłużej niż sama odpowiedź na kryminalną zagadkę. Kopista ma swoje potknięcia, czasem za bardzo nagina zachowania bohaterów pod potrzeby fabuły, czasem rozbudowane sprawy rodzinne odciągają uwagę od dochodzenia. Nie przeszkodziło mi to jednak wejść w tę historię, bo Olszewska ma wyrazisty pomysł na zbrodnie i ludzi wystarczająco poobijanych, żeby śledztwo nie przypominało rozwiązywania łamigłówki w próżni. A Bydgoszcz po wszystkim odzyskuje swoje pomniki, choć niekoniecznie niewinne. I to akurat bardzo pasuje do historii o kopiowaniu. Oryginał pozostaje na swoim miejscu, ale kiedy ktoś dopisze do niego wystarczająco potworną opowieść, już nigdy nie patrzy się na niego dokładnie tak samo.

