669 dzieci. Liczba jest na tyle duża, żeby robić wrażenie, i jednocześnie na tyle wygodna, żeby po chwili przestać cokolwiek znaczyć. Można ją wpisać do podręcznika, umieścić obok nazwiska Nicholasa Wintona i zapamiętać jako kolejną informację z historii XX wieku. Verecká i Podprocký robią coś znacznie mniej wygodnego. Przypominają, że każde z tych 669 dzieci miało rodziców, dokumenty, miejsce w pociągu, kogoś oczekującego po drugiej stronie i ludzi, którzy musieli doprowadzić do tego, żeby w ogóle mogło wyjechać. Nagle 669 przestaje być liczbą. Robi się z tego potworna ilość roboty.
I chyba właśnie w tym miejscu najlepiej widać sens powstania Winton nie był sam. Historia brytyjskiego maklera, który pomógł uratować setki dzieci z Czechosłowacji tuż przed wybuchem II wojny światowej, jest przecież znana. Była opowiadana w książkach, dokumentach, artykułach, doczekała się również kina. Łatwo jednak zapamiętać ją w bardzo atrakcyjnej narracyjnie wersji: jeden dobry człowiek widzi nadchodzące zło, podejmuje decyzję i ratuje 669 istnień. Tyle że wielkie rzeczy rzadko robi się samemu. Tereza Verecká właściwie już tytułem odbiera czytelnikowi możliwość wygodnego pozostania przy tej wersji. Nicholas jest ważny, bez dwóch zdań, lecz obok niego pojawiają się Doreen Warriner, Trevor Chadwick, Beatrice Wellington, Marie Schmolka i kolejne osoby zaangażowane w ratowanie uchodźców. Nazwiska znacznie mniej rozpoznawalne. Niektóre pewnie dla wielu czytelników zupełnie nowe. A przecież bez ich pracy opowieść, którą dzisiaj znamy jako historię dzieci Wintona, wyglądałaby zupełnie inaczej.
Komiks cofa się do Pragi roku 1938. Układ monachijski już zrobił swoje, ludzie opuszczają domy, uchodźców przybywa, a świadomość, że sytuacja może zrobić się jeszcze gorsza, przestaje być paranoją. Wojna jeszcze formalnie nie wybuchła. To chyba jeden z bardziej przerażających momentów całej historii, bo wszyscy znajdują się w czymś w rodzaju poczekalni. Można jeszcze działać. Granice jeszcze nie są całkowicie zamknięte. Dokument może jeszcze uratować życie. Pociąg może jeszcze odjechać. Jeszcze. Verecká bardzo dobrze wykorzystuje to słowo, nawet jeśli nie musi go bez przerwy pisać. Nad kolejnymi działaniami bohaterów wisi zegar. Trzeba znaleźć rodziny zastępcze, uzyskać zgody, przygotować papiery, przekonać urzędników, zorganizować transport. Normalnie administracja potrafi doprowadzić człowieka do szału, gdy czeka się na jeden podpis. Tutaj za podpisem stoi dziecko, a za plecami coraz bliżej znajduje się nazistowski reżim.
To ciekawy rodzaj napięcia jak na komiks historyczny. Nie trzeba wymyślać pościgów ani dokładać strzelaniny. Stempel może być równie ważny jak broń. Telefon do odpowiedniej osoby może zmienić czyjś los. Spóźniony dokument oznacza coś znacznie poważniejszego niż konieczność przyjścia do urzędu następnego dnia. Bohaterowie walczą z czasem przy pomocy list, paszportów, wiz, telefonów i kontaktów. Czasami również rozwiązań, które z legalnością mają dość luźną relację. Materiały dotyczące historii wspominają choćby o fałszowaniu dokumentów, gdy oficjalna machina działała zbyt wolno.
Łatwo byłoby zrobić z tego strasznie napuszoną historię. Podniosłe monologi, bohaterskie pozy, obowiązkowe spojrzenia w dal. Na szczęście Winton nie był sam nie potrzebuje pomnika. Winton i reszta są znacznie ciekawsi, kiedy telefonują, organizują, kombinują, kłócą się z rzeczywistością. Czasem pojawia się nawet humor, co przy takim temacie mogło skończyć się katastrofą. Nie kończy się. Jest go akurat tyle, żeby przypomnieć, że ci ludzie nie wiedzieli, iż występują właśnie w przyszłym rozdziale podręcznika historii. Po prostu próbowali załatwić coś, co należało załatwić.
Bardzo podoba mi się również Doreen Warriner. Nie jako dodatek mający udowodnić, że przecież były tam także kobiety, tylko jako pełnoprawna część całej operacji. W ogóle im więcej nazwisk pojawia się obok Wintona, tym lepiej działa pomysł Vereckiej. Historia robi się mniej elegancka, trochę bardziej zatłoczona, ale dzięki temu uczciwsza. Wielki czyn okazuje się sumą mnóstwa mniejszych czynów. Ktoś zdobywa informacje, ktoś rozmawia z władzami, ktoś organizuje opiekę, ktoś zajmuje się transportem. Nie każdy dostanie później film o sobie.
Podprocký też nie próbuje zamieniać tego w ilustrowany podręcznik. Jego rysunek może początkowo wymagać przyzwyczajenia. Nie jest to realistyczna, grzeczna rekonstrukcja epoki, gdzie najważniejsze byłoby poprawne narysowanie każdego guzika płaszcza. Twarze mają charakter, sylwetki bywają przerysowane, rzeczywistość potrafi nagle ustąpić miejsca metaforze. I dobrze. Komiks zaczyna wtedy korzystać z własnego języka zamiast udawać film rozrysowany na kadry. Szczególnie dobrze wypadają momenty, gdy obraz przestaje dosłownie przedstawiać wydarzenia i zaczyna je komentować. Podprocký wykorzystuje symbole, deformację, zmianę skali. Polityczne wydarzenie może zostać pokazane inaczej niż rozmowa dwojga ludzi, strach rodziców inaczej niż gorączkowa praca organizatorów transportów. Są też ilustracje wychodzące poza zwykły rytm paneli i właśnie wtedy warstwa graficzna najmocniej pokazuje, po co ta historia została opowiedziana jako komiks.
Nie wszystkie twarze są równie łatwe do rozpoznania, zwłaszcza że postaci przewija się sporo. Ktoś wchodzi na chwilę, robi coś istotnego, znika, pojawia się następna osoba. Przy takiej konstrukcji można czasami zgubić nazwisko albo przez moment zastanawiać się, na kogo właściwie patrzymy. Jest w tym pewien paradoks. Komiks chce wydobyć ludzi z cienia Wintona, więc siłą rzeczy musi zrobić dla nich miejsce, a im więcej tego miejsca robi, tym większego skupienia wymaga od czytelnika. Jeden z głosów krytycznych wobec książki wskazuje właśnie mnogość szybko pojawiających się postaci oraz problemy z ich rozróżnianiem.
Nie przeszkadzało mi to jednak na tyle, żeby rozbiło opowieść. Tym bardziej że ten lekki tłok pasuje do jej podstawowej myśli. Tu miało być dużo ludzi. Właśnie o to chodzi.nJest jeszcze druga rzecz, którą warto mieć z tyłu głowy. Verecká nie udaje, że każda rozmowa i każda scena została stenograficznie przeniesiona z 1938 czy 1939 roku. To powieść graficzna oparta na prawdziwych wydarzeniach, więc dramaturgia wymaga czasem odtworzenia lub dopowiedzenia sytuacji, których szczegółów zwyczajnie nie znamy. Dla części czytelników może być to problem, zwłaszcza przy historii tak delikatnej. Ja wolę, kiedy autorzy podobnych prac uczciwie zaznaczają granicę między dokumentem a rekonstrukcją, zamiast sprzedawać każdą scenę jako stuprocentowo udokumentowany fakt. Samo istnienie tej granicy nie przekreśla komiksu, trzeba tylko o niej pamiętać.
Najmocniejsze momenty i tak nie potrzebują szczególnego dopowiadania. Rodzice oddający dzieci do transportów wiedzą, że robią to właśnie dlatego, iż chcą je ocalić. Równocześnie nie mogą mieć pewności, czy jeszcze kiedykolwiek je zobaczą. Trudno wymyślić bardziej okrutny rodzaj nadziei. Ratunek oznacza rozstanie. Sukces oznacza pociąg odjeżdżający z dzieckiem coraz dalej od rodzica. A potem przychodzi 1 września 1939 roku. W materiałach przywołano transport liczący 250 dzieci. Dokumenty były gotowe. Wszystko przygotowano. Dzieci znalazły się w pociągu. Data zrobiła resztę. Nie będę rozwijał tego fragmentu, bo właśnie w takich miejscach komiks powinien mówić sam za siebie. Dość powiedzieć, że wszystkie wcześniejsze telefony, listy, starania i triumfy nagle dostają jeszcze cięższy kontekst. Historia nie zamierza poczekać, aż bohaterowie skończą swoją pracę.
Dlatego 669 zaczyna z czasem brzmieć inaczej. Na początku to imponujący wynik. Pod koniec człowiek myśli również o tych, których nie udało się wysłać. O nazwiskach pozostających na listach. O opiekunach czekających na pociąg, który już nie przyjedzie. Sukces i porażka znajdują się tutaj paskudnie blisko siebie. Verecká nie odbiera Wintonowi zasług, żeby rozdać je komuś innemu. To byłby równie tani zabieg jak budowanie legendy samotnego wybawcy. Robi coś rozsądniejszego. Poszerza kadr. Nicholas nadal w nim stoi, ale nagle widzimy Doreen, Trevora, Beatrice, Marie oraz kolejnych ludzi. Za nimi rodziny zastępcze, urzędników gotowych pomóc, osoby przygotowujące dokumenty. Jeszcze dalej rodziców podejmujących decyzję, której żaden rodzic nie chciałby podejmować.
I dopiero wtedy naprawdę widać skalę przedsięwzięcia. Winton nie był sam nadaje się również dla młodszego czytelnika, choć nie powiedziałbym, że łagodzi historię. Raczej opowiada ją językiem, który nie wymaga wcześniejszego przeczytania kilku opracowań o Czechosłowacji po układzie monachijskim. Komiks pomaga uporządkować osoby i wydarzenia, obraz przejmuje część ciężaru od tekstu, a emocjonalny punkt wejścia jest bardzo prosty. Trzeba uratować dzieci. Dopiero później odkrywamy, jak potwornie skomplikowane jest wykonanie tego prostego zdania.
Nie potrzebuję po tej lekturze kolejnego zdania o tym, że zwykli ludzie mogą zostać bohaterami. Sam komiks pokazuje to znacznie lepiej. Jego bohaterstwo jest mało fotogeniczne. Telefonować. Pisać. Naciskać. Prosić. Organizować. Kłamać odpowiednim ludziom, jeżeli trzeba. Wstać następnego dnia i zrobić to ponownie, bo następne dziecko wciąż czeka. Nicholas Winton pomógł uratować 669 dzieci. To zdanie nadal jest prawdziwe. Po przeczytaniu komiksu pojawia się tylko ochota, żeby dopisać do niego kilka nazwisk.



