Londyn ma być przez szesnaście dni najbezpieczniejszym miejscem na świecie. Kamery pokażą stadion, sportowców, tłumy, flagi i perfekcyjnie wyreżyserowaną ceremonię, podczas gdy tysiące ludzi będą pracować nad tym, żeby widzowie nigdy nie dowiedzieli się o wszystkim, co mogło pójść źle. Jeffrey Archer właśnie tam umieszcza ostatnią sprawę Williama Warwicka. Nie na ponurym przedmieściu ani w zamkniętym pokoju z trupem, lecz pośrodku XXX Letnich Igrzysk Olimpijskich, kiedy Londyn znajduje się pod obserwacją całego świata, a jeden skuteczny atak wystarczyłby, żeby sportowe święto zamieniło się w katastrofę transmitowaną na żywo. Trudno wyobrazić sobie lepszą scenę dla finału serii, która od początku lubiła mieszać policyjną fikcję z prawdziwą brytyjską historią.
Ostatnia rozgrywka jest ósmą i zgodnie z zapowiedziami finałową częścią cyklu o Williamie Warwicku. Bohater przeszedł długą drogę i w 2012 roku stoi już na czele elitarnej jednostki Scotland Yardu odpowiedzialnej za bezpieczeństwo igrzysk. Sam awans dobrze pokazuje skalę, jaką przez kolejne książki osiągnęła ta seria. Warwick nie prowadzi tym razem śledztwa dotyczącego pojedynczego przestępstwa. Musi myśleć o całym mieście, dziesiątkach potencjalnych celów, zagranicznych delegacjach, politycznych konsekwencjach i przeciwnikach, dla których powodzenie operacji niekoniecznie oznacza zabicie jak największej liczby ludzi. Czasem wystarczy upokorzyć Wielką Brytanię przed miliardową publicznością.
Archer wykorzystuje przygotowania do igrzysk jak ogromny zegar odliczający czas. Wiadomo, kiedy musi rozpocząć się ceremonia otwarcia, wiadomo, że wydarzenia sportowe nie poczekają na policję i nie da się po prostu zamknąć Londynu na tydzień, ponieważ służby otrzymały niepokojącą informację. Każdego dnia do miasta przybywają kolejni ludzie, a liczba możliwych punktów zapalnych rośnie. Dzięki temu autor nie musi sztucznie przypominać co kilka rozdziałów, że bohaterom kończy się czas. Kalendarz igrzysk robi to za niego. Ominięcie jednego zagrożenia przynosi tylko chwilową ulgę, bo za moment pojawia się następne.
Tym bardziej zaskakujące jest to, jak mocno powieść wyrasta z rzeczywistości. Archer przyznaje, że spośród dwudziestu dwóch incydentów wykorzystanych w fabule trzynaście miało mieć swoje odpowiedniki podczas prawdziwych igrzysk w Londynie. Nie zdradza przy tym, które dokładnie. I bardzo dobrze, bo ta informacja zaczyna pracować dopiero po jej poznaniu. Nagle człowiek próbuje w pamięci segregować kolejne sytuacje na „Archer na pewno to wymyślił” oraz „chwila, czy naprawdę ktoś mógł próbować czegoś takiego?”. Granica między sensacyjną fikcją a niewidzialną pracą służb okazuje się dużo mniej oczywista, niż można byłoby przypuszczać.
To zresztą jeden z najbardziej charakterystycznych elementów pisarstwa Archera. Historyczne wydarzenie nie jest u niego pocztówkowym tłem, na którym bohaterowie przypadkiem prowadzą własną sprawę. Autor wpycha fikcyjne postaci w szczeliny pomiędzy faktami i pozwala im działać tam, gdzie oficjalna historia pozostawia trochę wolnego miejsca. Londyn 2012 szczególnie dobrze nadaje się do podobnej zabawy, bo sukces zabezpieczenia igrzysk polegał właśnie na tym, że przeciętny widz nie musiał wiedzieć, ile potencjalnych katastrof udało się powstrzymać. Archer może więc dopisywać niewidzialną historię wydarzenia, nie naruszając jego znanego finału.
Oczywiście polityka szybko wchodzi do gry. Zagrożenie nie sprowadza się do jednego fanatyka z bombą schowaną w plecaku. Pojawiają się interesy zagranicznych państw, ludzie gotowi wykorzystać igrzyska do osłabienia reputacji Wielkiej Brytanii, a także znacznie bardziej przyziemna chciwość tych, którzy dla własnej korzyści chętnie pomogą właściwie każdemu. Archer zestawia więc terroryzm z korupcją i nadużyciem władzy. Jedno wygląda efektownie w nagłówkach, drugie często odbywa się w eleganckim gabinecie, ale konsekwencje obu mogą być równie niebezpieczne.
Powracają przy tym znajome twarze, przede wszystkim Ross Hogan oraz Miles Faulkner. Ten drugi jest szczególnie ważny, bo finał serii potrzebował nie tylko nowego zagrożenia związanego z igrzyskami, lecz również rozliczenia starych rachunków. Faulkner od dawna pozostaje cierniem w boku Warwicka i jego bliskich, a Archer nie zamierza kończyć cyklu, udając, że czytelnicy zapomnieli o wcześniejszych konfliktach. Dzięki temu Ostatnia rozgrywka nie sprawia wrażenia przypadkowej ósmej sprawy, po której autor po prostu zdecydował się zakończyć serię. Nowa intryga spotyka się tutaj z tym, co bohaterowie ciągnęli za sobą przez poprzednie tomy.
Jednocześnie nie trzeba znać wszystkich siedmiu części, żeby zrozumieć zasadniczą fabułę. Archer dość sprawnie przypomina potrzebne informacje i sama historia zabezpieczenia igrzysk ma wystarczająco wyraźny początek oraz stawkę. Tyle że czytanie wyłącznie tego tomu oznacza rezygnację z dużej części emocjonalnej nagrody. Powracający bohaterowie, relacje Warwicka, rodzinne wątki i rozliczenia z Faulknerem znaczą więcej, kiedy pamięta się drogę prowadzącą do tego miejsca. Jako samodzielny thriller książka działa. Jako pożegnanie działa zdecydowanie lepiej.
Warwick pozostaje przy tym bohaterem bardzo charakterystycznym dla Archera. Nie jest rozbitym psychicznie śledczym z obowiązkowym alkoholizmem, trzema rozwodami i mieszkaniem, w którym lodówka zawiera wyłącznie światło. Jego siłą jest profesjonalizm. Analizuje, planuje, deleguje zadania i ufa ludziom, z którymi pracuje. W przypadku historii o zabezpieczeniu imprezy takiej skali wypada to znacznie wiarygodniej niż uczynienie z niego samotnego superpolicjanta biegającego po Londynie i osobiście rozbrajającego każdą bombę. Archer rozumie, że bezpieczeństwo igrzysk jest przedsięwzięciem zespołowym, nawet jeśli potrzebuje jednej rozpoznawalnej twarzy na pierwszym planie.
Dobrze wypada także powrót Hogana do współpracy z Warwickiem. Obaj mają różne kompetencje i temperamenty, dzięki czemu ich działania nie polegają na wzajemnym potwierdzaniu, jacy są świetni. W finałowym tomie takie spotkania ze znajomymi bohaterami mają oczywiście również wymiar sentymentalny. Autor pozwala nam jeszcze raz zobaczyć drużynę w działaniu, zanim zgasi światło. Na szczęście nie przesadza z pożegnalnym machaniem do czytelnika, bo przy spisku obejmującym igrzyska byłoby dość zabawne, gdyby co trzeci rozdział zatrzymywał akcję na nostalgiczne wspominki.
Istotna pozostaje również rodzina Warwicka. Beth oraz ich dorosłe już dzieci nie są pozostawione poza główną historią, a jedno z nich dostaje szczególnie interesujące miejsce w wydarzeniach poprzez działalność dziennikarską. To kolejny element pokazujący, ile czasu minęło od początku cyklu. Nie obserwujemy bohatera zamrożonego w wiecznym policyjnym „teraz”. Dzieci dorosły, relacje się zmieniły, kariery poszły naprzód. Dzięki temu zakończenie ma poczucie rzeczywistego domknięcia pewnego okresu życia, a nie wyłącznie rozwiązania ostatniej sprawy.
Archer nie rezygnuje przy tym z charakterystycznej wielowątkowości. Perspektywy przeskakują pomiędzy osobami stojącymi po różnych stronach konfliktu, przez co czytelniczka często wie trochę więcej niż sam Warwick, ale nigdy na tyle, żeby całkowicie stracić niepewność. To stary thrillerowy mechanizm, lecz tutaj pasuje szczególnie dobrze. Przy organizacji tak ogromnego wydarzenia zagrożenie nie może przecież istnieć wyłącznie tam, gdzie akurat patrzy główny bohater. Londyn jest za duży, przeciwników jest za wielu, a planów wystarczająco dużo, żeby nawet Scotland Yard chwilami wyglądał jak człowiek próbujący zatkać palcami kilkanaście dziur jednocześnie.
Tempo pozostaje bardzo wysokie. Archer nie buduje napięcia poprzez długie psychologiczne analizy, lecz poprzez kolejne zdarzenia, krótkie rozdziały, zmiany perspektyw i świadomość zbliżających się igrzysk. Co chwilę pojawia się następny problem, a rozwiązanie jednego nie oznacza, że bohaterowie mogą spokojnie odetchnąć. W rękach mniej doświadczonego autora taka konstrukcja mogłaby przypominać listę kolejnych kryzysów do odhaczenia. Tutaj większość z nich składa się jednak na poczucie ogromu operacji, w której powodzenie oznacza przede wszystkim, że publiczność niczego nie zauważy.
Nie wszystkie wątki mają przez to jednak identyczną wagę. Mnogość incydentów działa na korzyść tempa, ale czasami odbiera pojedynczym zagrożeniom przestrzeń potrzebną, żeby naprawdę wybrzmiały. Książka chce jednocześnie rozliczyć Faulknera, opowiedzieć o międzynarodowym spisku, pokazać pracę służb, zahaczyć o politykę, rodzinę Warwicka i jeszcze zamknąć ośmiotomowy cykl. Archer jest sprawnym żonglerem, lecz piłek pozostaje dużo. Niektóre przelatują przed oczami tak szybko, że ledwo zdążymy zapamiętać ich kolor.
Podobnie potraktowałabym przeciwników. Rosyjskie i chińskie interesy oraz próby uderzenia w Wielką Brytanię dają historii odpowiednią skalę, ale momentami pozostają bliższe klasycznej sensacyjnej figurze niż naprawdę pogłębionej politycznej intrydze. Ostatnia rozgrywka nie próbuje jednak być drugim Le Carré. Archerowi bardziej zależy na ruchu pionków niż wielostronicowej analizie geopolityki. Kiedy przyjmie się tę konwencję, wszystko działa znacznie lepiej. To klasyczna brytyjska sensacja napisana przez człowieka, który doskonale wie, kiedy należy odsłonić kolejną kartę.Najbardziej interesujący jest dla mnie kontrast pomiędzy tym, co widzi świat, a tym, co dzieje się za kulisami. Dla milionów ludzi Londyn 2012 pozostaje wspomnieniem ceremonii, sportowych rekordów i atmosfery wielkiego wydarzenia. Dla Warwicka ta sama przestrzeń jest mapą możliwych zamachów. Stadion przestaje być stadionem, a staje się obiektem do zabezpieczenia. Tłum nie jest publicznością, lecz jednocześnie potencjalnym celem i miejscem, w którym może ukryć się sprawca. Archer konsekwentnie odwraca perspektywę i pokazuje koszt stworzenia iluzji pełnego bezpieczeństwa.
Późniejsza informacja o trzynastu rzeczywistych incydentach tylko ten efekt wzmacnia. Oczywiście czytając fikcję, przyjmujemy, że autor podkręca rzeczywistość, przesuwa fakty i wykorzystuje je dla dramaturgii. Tutaj zaczyna się jednak zabawa w zgadywanie, gdzie dokładnie kończy się jego wyobraźnia. I właśnie tego elementu nie próbowałabym sobie podczas lektury psuć sprawdzaniem wszystkiego w internecie. Znacznie ciekawsze jest pozostawienie tej niepewności do końca, szczególnie że sam Archer świadomie nie wskazuje, które z opisanych prób sabotażu miały rzeczywiste podstawy.
Jako finał Ostatnia rozgrywka ma jeszcze jedno trudne zadanie: musi pożegnać bohaterów bez zamieniania ostatnich stron w paradę sztucznie szczęśliwych zakończeń. Archer wybiera rozwiązanie bardziej słodko-gorzkie. Domyka większość ważnych wątków, pozwala niektórym postaciom dostać to, na co długo pracowały, ale nie chroni wszystkich przed konsekwencjami wydarzeń. Jest tu także strata, która przypomina, że stawka nie była wyłącznie dekoracją dla efektownego thrillera. Dzięki temu finał nie sprawia wrażenia obowiązkowego rozdawania medali po zakończeniu zawodów.
Nie będę udawała, że po ośmiu tomach wszystko sprowadza się do pytania, czy ostatnia intryga jest najbardziej skomplikowaną w serii. Ważniejsze jest to, że Archer potrafił znaleźć dla Warwicka sprawę odpowiednią do momentu, w którym bohater się znajduje. Zaczynał znacznie niżej w policyjnej hierarchii, a kończy, odpowiadając za bezpieczeństwo wydarzenia oglądanego przez cały świat. Skala ostatniej misji staje się więc podsumowaniem jego zawodowej drogi. Jednocześnie autor nie próbuje na siłę wymyślić Warwicka od nowa. Nie dostajemy ponurej dekonstrukcji bohatera tylko dlatego, że to finał. Nie okazuje się nagle, że przez siedem tomów wszystko było kłamstwem, a William skrywał mroczny sekret w piwnicy. Archer ufa temu, co budował wcześniej. Pozwala bohaterowi wykonać ostatnią pracę najlepiej, jak potrafi, spotkać ludzi ważnych dla całej serii i doprowadzić kilka długo ciągniętych konfliktów do końca. Jest w tym coś przyjemnie staroświeckiego.
Ostatnia rozgrywka nie zmienia więc zasad cyklu na ostatniej prostej. Zamiast tego zbiera jego najmocniejsze elementy: policyjną procedurę, polityczne machinacje, rodzinne relacje, znajome antagonizmy, fakty historyczne wplecione w fikcję oraz fabułę zbudowaną tak, żeby jeszcze jeden rozdział zawsze wydawał się rozsądnym pomysłem. Nie wszystko dostaje tyle miejsca, ile mogłoby, a geopolityczne figury bywają prostsze niż otaczająca je intryga. Mimo tego jako pożegnanie z Warwickiem książka robi dokładnie to, czego od niej oczekiwałam. Nie próbuje przekonać mnie, że osiem tomów było przygotowaniem do jakiejś gigantycznej metafizycznej prawdy. Chce po prostu rozegrać ostatnią partię porządnie.
A kiedy znicz gaśnie i Londyn przestaje być centrum sportowego świata, najciekawsza pozostaje świadomość, jak wiele z tej rozgrywki miało nigdy nie trafić przed oczy publiczności. Sukces ludzi odpowiedzialnych za bezpieczeństwo mierzy się przecież dość osobliwie: im lepiej wykonają swoją pracę, tym mniej ktokolwiek będzie miał do opowiadania. Archer przez osiem tomów opowiadał natomiast o człowieku, którego zawód polegał właśnie na działaniu za kulisami. Dlatego igrzyska są dla Williama Warwicka bardzo dobrym miejscem na ostatnią sprawę. Cały świat patrzy na Londyn, a jego zadaniem jest dopilnować, żeby nie zobaczył absolutnie niczego.

